TYLKO ŻELKI

TYLKO   ŻELKI

Wstrząsająca śmiechem historia.

Był sobie chłopiec, który jadł tylko żelki. Od dnia, w którym się urodził, nie chciał nic jeść. Nie chciał nawet ssać cycusia swojej mamy. Wszelkie próby nakarmienia go kończyły się tak strasznym wrzaskiem, że potem długo trzeba go było uspokajać. Godzinami darł się w niebogłosy, tak że istniała obawa, że udusi się własnymi łzami lub przestanie oddychać. Po prostu zanosił się płaczem i nie przestawał. Chyba więcej płakał niż nie płakał. Sąsiedzi byli przekonani, że rodzice biją dziecko albo coś mu robią ale nie wzywali policji, żeby się nie narażać. Woleli pogłośnić telewizor. A chłopczyk krzyczał i krzyczał zalewając się łzami.

Jego rodzice byli już na skraju wyczerpania psychicznego.

Kiedy skończył rok, po raz kolejny znalazł się w szpitalu pod kroplówką.

Chłopczyk był teraz karmiony bezpośrednio do żyły. W butelce znajdował się specjalny płyn odżywiający. Przynajmniej nikt się nie martwił, że chłopczyk umrze z głodu.

Ten zresztą źle nie wyglądał.

Wcześniej karmiony był przymusowo i wpychano mu jedzenie łyżką, prawie wprost do gardła. Teraz jednak, kiedy miał już rok i zrobił się silniejszy, rodzice uświadomili sobie, że nikomu od miesiąca nie udało się nakarmić chłopczyka. Nikomu nie udało się sprawić, żeby przełknął choć jeden kęs. Mimo to chłopczyk przybierał na wadze i rozwijał się prawidłowo. Rodzice zdecydowali się więc na szpital wyłącznie ze strachu. No bo jak to tak, nic nie jeść?

Chłopiec źle nie wyglądał bo od miesiąca po kryjomu zajadał żelki.

Rodzice chłopczyka mieli sklep spożywczy. Samoobsługowy. Kiedy nie było klientów a podłoga świeżo wytarta, pozwalali mu raczkować gdzie chciał. Pewnego razu chłopczyk na czworakach podpełzł do półek ze słodyczami. Na wyciągnięcie ręki, na samym dole, zobaczył żelki. Piękne, kolorowe, niebieskie, różowe i zielone żelki – miśki. Jakaś magiczna siła kazała mu wziąć torebkę. Miał już trzy zęby, dzięki którym udało mu się ją otworzyć.

– Mniam „ Jakie pyszne żelki ! Pyszne ! „

Zjadł całą paczkę. W końcu miało się trzy zęby, no nie ?

Drugą paczkę wsadził sobie w pampersa i udało mu się ją przemycić do wózka. Ukrył ją pod materacykiem. Mama nic nie zauważyła. Dyskretnie ssał żelki. kiedy byli ludzie i gryzł zapamiętale, kiedy nikt nie widział. A że codziennie rodzice zabierali go do sklepu, okazji do zdobycia pożywienia było co niemiara.

Teraz to się skończyło. Oddzielony od żelków, leżał samotnie w szpitalnym łóżeczku i nie mógł się nawet ruszyć a igła od kroplówki tkwiła boleśnie w jego małym ciałku. Gdyby chociaż mógł dostać się do wózka.

Wózek stał pod oknem. W środku, pod materacykiem, ukryte było jeszcze z pół torebki żelków. Pewnie tyle zostało. „Gdyby mógł się tam dostać…” Na samą myśl, ślina napłynęła mu do ust. Niestety łóżeczko dla niemowlaków, w którym leżał, bardziej przypominało klatkę niż… Ech, szkoda gadać.

Weszła mama.

– Jak tam mój kochany syneczek, tiu, tiu, tiu, ? – zagadała czule – dobrze się czujesz ?

– Gulu-guluu-u-u – odpowiedział chłopczyk, który jeszcze nie umiał mówić. Potem zrobił okropnie smutną minę, ponieważ chciał się dobrać do żelków a nie mógł. Jakby w odpowiedzi na to, mama zaczęłą ścielić pościel w wózeczku.

– Trzeba to uprać – zamruczała do siebie – niedawno było prane – powiesiła kołderkę na oparciu krzesła i zaczęła ścielić prześcieradełko – o, co my tu mamy, materacyk taki nierówny…, O ! – krzyknęła nagle i wyprostowała się, trzymając w wyciągniętej wysoko ręce, foliową torebkę żelków, niebiesko-różowo-zieloną. Mama zrobiła idiotyczną minę. I tak stała.

– Gu, gu, gulu, gulu – zaszczebiotał chłopczyk, wyciągając rączki w kierunku żelków. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Żelki – mama odezwała się dopiero po dłuższej chwili – i to z metką naszego sklepu… Skąd to się tam wzięło ?

– Gulu gulu gul kugu kagn hagn – artykułował chłopczyk, wprost wyrywając się z łóżeczka ku żelkom. Dopiero teraz dotarło do mamy, że to reakcja na widok żelków. Nigdy nie reagował tak na żadne jedzenie. Jego jedyną reakcją był bowiem, do tej pory, płacz.

– Lubis zelki ? tiu, tiu, tiu – zaszczebiotała do niego a sprawa niewyjaśnionego pochodzenia żelków została zepchnięta na dalszy plan. Teraz liczyło się tylko : „ Nakarmić dziecko ! „

– Gulu gulu gulu gulu – gulgotał chłopczyk, który chciał jak najszybciej dostać żelki w swoje ręce. Teraz, natychmiast, już…

Wyrwał jej łapczywie torebkę, po czym wsadził wszystkie żelki na raz do ust.

„Nareszcie ma apetyt” – pomyślała mama.

# # #

Chłopczyk został wkrótce wypisany ze szpitala. Wrócił do domu a tam… Rodzice naznosili mu wszystkich rodzajów żelków, jakie tylko były dostępne na całym świecie. Ale chłopczyk jadł tylko miśki. Te w niebiesko-różowo-zielonych torebkach. Z niebieskimi, różowymi i zielonymi miśkami. Tylko te były dobre. Resztę tata, po namyśle, postanowił sprzedać w sklepie. Umieścił nawet napis na witrynie : „ NAJWIĘKSZY WYBÓR ŻELKÓW NA ŚWIECIE „.

Lekarz słuchający radosnej nowiny, że chłopczyk nareszcie zaczął jeść i to tylko żelki, zrobił dziwną minę.

– Proszę państwa – przerwał przekrzykującym się rodzicom – dziecko nie może żywić się samymi żelkami. Dziecko potrzebuje urozmaiconej diety, w której skład muszą wchodzić produkty pochodzenia roślinnego i zwierzęcego aby zapewnić dziecku odpowiedni budulec dla organizmu…- i tak dalej. Tu lekarz wygłosił krótki wykład na temat prawidłowej diety i zdrowego odżywiania.

– Hmm – powiedział tata, kiedy wykład dobiegł końca.

– No, hmm, rzeczywiście – powiedziała mama – w początkowej euforii, że on w ogóle coś je, zupełnie nie wzięłam tego pod uwagę. Co możemy zrobić, panie doktorze ?

– Zastanówmy się… – lekarz zmarszczył czoło poprawiając okulary – dziecko ma absolutny jadłowstręt i jest skłonne przyjmować pokarm, tylko pod warunkiem, że są to żelki… Mam pewien plan…- tu zrobił pełną napięcia pauzę – …ale będzie to od państwa wymagało nie mało poświęcenia i nie będzie tanie…

# # #

Po drugiej wizycie u dyrektora fabryki żelków, mama odetchnęła z ulgą. „Udało się”. Po przeprowadzeniu konsultacji z działem technologii produkcji, zamówienie zostało przyjęte.

Uniwersalne żelki, zawierające wszystko co potrzebne do odżywiania dzieci, zostaną wdrażane do produkcji. Żelki, które są 100% owym suplementem diety.

Ale próbna partia żelków miała być gotowa dopiero za miesiąc.

Miesiąc jednak szybko minął a chłopczyk tylko jeszcze raz wylądował w szpitalu pod kroplówką ( dla pewności, że nie zabraknie mu niezbędnych składników pokarmowych ). Poza tym odżywiał się tylko niebieskimi, różowymi i zielonymi miśkami, tymi w niebiesko-różowo-zielonych torebkach.

Fabryka żelków wywiązała się z zadania w terminie. Nowe żelki zostały zaprojektowane, tak jak jedzenie dla kosmonautów, żeby zawierały wszystkie potrzebne składniki z tym, że dla rozwoju dziecka. Jedna duża torebka wystarczała na jeden dzień, jako pełnowartościowa dieta dziecka. Żelki wyglądały tak samo jak te niebieskie różowe i zielone i miały taki sam smak.

Na szczęście dla mamy i taty naszego małego bohatera, którego wszyscy od pewnego czasu nazywali Żelkiem, fabryka postanowiła wprowadzić nowy produkt na rynek. Koszty wyprodukowania go były bowiem tak duże, że mama i tata niedługo musieliby sprzedać sklep i dom i samochód i jeszcze by im nie starczyło na zapłacenie za nowe żelki, gdyby były robione specjalnie i tylko dla małego Żelka.

A tak, żelki trafiły do sklepów. Najpierw, co prawda, przeprowadzono badanie rynku i żelki weszły poparte mocną kampanię reklamową, w ramach której lekarze opowiadali, jaki to nowy, cudowny projekt odżywiania dzieci. Żadnego karmienia kaszką i żmudnego gotowania obiadków. Wystarczyło teraz dać dziecku torbę żelków i na cały dzień – spokój. Nowe żelki, w trakcie zjadania, wydzielały inną temperaturę w zależności od koloru ; niebieskie były najzimniejsze, różowe – obiadowe, robiły się w ustach najcieplejsze ( ale tak, żeby się nie poparzyć ) a zielone – letnie. Miały więc wszystko co potrzeba a nawet więcej.

W niektórych gazetach pojawiły się, co prawda, krytyczne opinie na temat takiego sposobu odżywiania dzieci ale w sumie nikt się tym nie przejął. Dzieci chciały jeść żelki a rodzice oszczędzali masę czasu i pieniędzy. Po wprowadzeniu do masowej produkcji, żelki nie były drogie.

Od początku sprzedawały się doskonale a zapotrzebowanie było ogromne. Dzieci chciały jeść żelki! Wkrótce musiano zwiększyć produkcję i zbudować drugą fabrykę, która była ogromna. Potem trzecią i czwartą. Nowe żelki stały się wszechobecne, coś jak koka kola i niebawem można je było znaleźć w niemal każdym sklepie na świecie. Nazwano je TYLKO ŻELKI a pierwszą partię 30 torebek z nową nazwą, dostał oczywiście nasz mały Żelek, który nigdy już nie musiał być karmiony kroplówką.

# # #

Dorośli też zaczęli jeść TYLKO ŻELKI. Szczególnie ci, którzy dużo pracowali i mieli mało czasu. Wyprodukowano więc TYLKO ŻELKI dla dorosłych.

# # #

Śniło mu się, że wspina się na drzewo. W górze coś brzęczało. Nagle otoczył go rój dzikich pszczół. A niech to ! Wsadził łapę do ula. Tak, to była łapa. Kosmata i z pazurami. I wielka.

Żelek obudził się w swoim łóżeczku przerażony.

# # #

W przedszkolu opowiedział swój sen koledze. Darek Dred, bo rodzice rastamani zrobili mu dredy, powiedział :

– Ja miałem taki podobny sen. Łapałem ryby, stałem w strumieniu i też miałem wielkie kosmate łapy z taaakiiimi pazurami !

– Zalewasz !

– Nie. Naprawdę !

Chłopcy spojrzeli na siebie zdumieni.

# # #

Okazało się, że bardzo dużo dzieci miewa podobne sny. Niektóre opowiadały o nich rodzicom. Niektórzy rodzice rozmawiali tym z psychologami. Psycholodzy nie wiedzieli co o tym sądzić.

Ale niektórzy dorośli też mieli podobne sny.

# # #

– Wstawaj Żelku, już czas do przedszkola – Mama weszła do dziecinnego pokoju. Ale w łóżeczku nie zastała Żelka. Leżał tam ktoś czy coś w Żelka piżamce. Mały niedźwiadek.

Wrzask jaki wydała z siebie jest właściwie nie do opisania. No, można coś takiego usłyszeć niekiedy w horrorach. Dziwne, że nie popękały szyby. Wrzask mamy trwał długo. Bardzo długo.

Niedźwiadek otworzył oczy.

– Co się stało mamusiu ? – zapytał ziewając a jego głos przypominał trochę głos Żelka.

Mama wybiegła z pokoju.

– Andrzej ! Andrzej ! – krzyczała – ja chyba zwariowałam.

– Co się stało, kochanie ? – zapytał obudzony tata Żelka – śnił mi się straszny pisk…

– Chodź, zobacz, w pokoju jest niedźwiadek ! – potem dodała już ciszej – Przemówił do mnie ludzkim głosem. W piżamce Żelka. – Usiadła na łóżku i tępo wpatrzyła się w podłogę – Albo zadzwoń na pogotowie. Niech mnie zabiorą do szpitala dla wariatów.

Tata Żelka nie bardzo uwierzył. Wstał i poszedł do dziecinnego pokoju.

Tym razem dobiegł stamtąd męski, dużo niższy krzyk. Ale również głośny i długi. Właściwie mama słuchała go z ulgą. W pewnym sensie potwierdzało to, że jest przy zdrowych zmysłach. A może wolałaby nie być.

Tata wszedł do sypialni dziwnym automatycznym krokiem. Usiadł na łóżku obok mamy i objął ją ramieniem. Długo nie mogli wydusić z siebie głosu. W końcu tata wydusił :

– Też do mnie przemówił – i widać było, że to jest dla niego najdziwniejsze.

Do sypialni wszedł niedźwiadek w piżamce Żelka. Był śliczny i miał zielone futerko.

– Dlaczego tak krzyczycie ? Przecież już wstałem, dobrze dobrze, zjadłbym na śniadanie rybę i miodu. I kolę. Już nie chcę żelków. Nigdy ! Stanął na tylnych łapach, odwrócił się, opadł na cztery i wymaszerował do kuchni. Po chwili rodzice usłyszeli odgłos otwieranej lodówki i straszny brzęk.

A potem zaczął krzyczeć niedźwiadek.

# # #

Mama poderwała się błyskawicznie. Niedźwiadek stał przy otwartej lodówce wśród potłuczonych słoików i półmisków. Z przerażeniem wpatrywał się w swoje pokryte zielonym futrem łapy.

– Mamo, c co się s stało – przenosił zdumiony wzrok to na łapy to na nią.

Nie wytrzymała. Podbiegła i przytuliła go mocno. Objął ją za szyję, zupełnie jak mały chłopczyk. Po jej policzkach spływały łzy.

– Wszystko będzie dobrze kochanie, wszystko będzie dobrze. Wszystko…

– Chcę do lusterka – głos niedźwiadka się załamał.

Poszła, trzymając go na rękach, do łazienki. Był trochę cięższy od dawnego Żelka. Zapaliła światło. Stali długo i w milczeniu, wpatrując się w wielkie podświetlane lustro. Minęła cała wieczność.

– Jestem… misiem… Jestem… zielonym misiem…

– Jesteś… moim synkiem… zawsze… cokolwiek by się stało – przytuliła go mocno a on przycisnął puchaty pyszczek do jej szyi. Dotknął ją zimnym nosem. Pachniał tak jak zielone żelki – świeżymi jabłuszkami.

# # #

– Co ty robisz ? – tata wszedł do łazienki i patrzył w zdumieniu na przytulającą misia żonę -to przecież mały niedźwiedź.

– To nasz synek Żelek ! – powiedziała stanowczo.

Niedźwiadek popatrzył na nią z wdzięcznością a potem na ojca, błagalnie i trochę z wyrzutem. W jego oczach zalśniły niedźwiedzie łzy.

– Jesteś pewna ?

– Matka zawsze rozpozna swojego synka ! Jesteś taki śliczny… Żelku.

– Skoro tak mówisz… – ojciec bezradnie opuścił ręce – … to pewnie masz rację… Tak… śliczny… śliczny…

– Tatusiu. A ty mnie poznajesz..? – zapytał drżącym głosem.

– …Tak…Żelku – powiedział tata i wyszedł z łazienki.

# # #

Postanowili sprawę zataić. Po paru dniach mama zadzwoniła do przedszkola, że Żelek jest chory i żeby się nie niepokoili.

– Czy to coś poważnego ? pani przedszkolanka miała zatroskany głos.

– Ta… to znaczy nie, chyba nic takiego… taki katar – mama zganiła się w myślach za kłamstwo, ale co miała robić ?

– Bo to chyba jakaś epidemia… Darek Dred, kolega Żelka też nie przyszedł od wczoraj i jeszcze pięcioro innych dzieci.

Zapadło długie milczenie.

– To do widzenia.

– Dziękuję za telefon. Czekamy tu na Żelka z niecierpliwością. Jest grzeczny i dzieci go lubią.

– Ta… Również dziękuję. Do widzenia – zakończyła mama.

Obok niej, na kanapie spał słodko mały zielony niedźwiadek.

# # #

– Kochanie wróciłem. – Trzaśnięcie drzwiami. Po chwili w drzwiach kuchni ukazał się tata.

Mama i mały miś siedzieli przy nakrytym stole. Miś miał zawiązaną pod szyją białą serwetkę.

– Tata !

– Dobrze, że już jesteś.

– Zobaczcie co przyniosłem. – W ręku trzymał wielką torbę pełną świeżych makreli. Tak było co dzień.

– Makrela !!! – z pyska pociekła misiowi ślina. Mama wytarła go błyskawicznie serwetką.

– Rybki, rybki, rybeczki !!!

– Jest bardzo głodny. Nie mógł się już doczekać.

– Dla nas jest ogórkowa i pierogi – mama wskazała parującą wazę i półmisek.

Niedźwiadek zeskoczył z krzesła i na czterech łapach podbiegł do torby. Chwycił jedną surową rybę wprost do pyska i po jednej w każdą łapę.

– Żelku ! Tak nie można ! Jadamy przy stole ! – mama siliła się na stanowczość.

Zielony niedźwiadek łypnął na nią spode łba. Potem na tatę, który nie bardzo wiedział jak ma się zachować, ale na wszelki wypadek zmarszczył brwi. Miś niechętnie odłożył ryby do torby, poczłapał z powrotem i wgramolił się na krzesło.

– No już dobra, zaczekam.

– Ależ on urósł przez te parę dni – trochę niepewnym głosem zauważył tata, wsypując ryby do wielkiej miski.

Posiłek wszystkim bardzo smakował.

# # #

– Boże, za co nas to spotkało ? – mówił ściszonym głosem tata, kiedy miś Żelek już położył się spać.

Mama milczała.

– I pomyśleć, mam syna niedźwiedzia !

– Mamy syna.

– Co mówisz ?

– To nasze wspólne dziecko.

– To nie dziecko, to niedźwiedź !

– Mów ciszej.

– Przepraszam… ale zupełnie nie wiem co mam robić…

– Jak to co. Prowadź sklep i przynoś ryby. I miód.

– Przynoś ryby i miód – powtórzył jak echo – ładne załatwienie sprawy. I jak to się stało ? Co to w ogóle jest? To przecież jakiś zwariowany sen…

– Życie jest snem – mama była zadziwiająco spokojna.

– Nie zaczynaj znowu z tą filozofią !

Zapadło milczenie. Po chwili odezwała się mama :

– On jest taki śliczny..

– Ta. Połyka ryby w całości. Z głowa i z ogonem. To takie śliczne…

– Nie ironizuj. Andrzej !

Tato milczał.

– I ma takie piękne, zielone, opalizujące futerko – mama była prawie rozmarzona – takie mięciutkie. I umie mówić.

– Gadający niedźwiedź ! Moje dziecko.

– W Indiach uznałoby go za Boga.

– Ale nie żyjemy w Indiach. Żyjemy w PiiiiiP ( zagłuszenie ). Zresztą w Indiach nie ma niedźwiedzi.

Mama milczała.

– I dlaczego tylko nas to spotkało ?

I tu się mylił.

# # #

Z Darkiem Dredem działo się to samo. Został niedźwiadkiem kilka dni ( i nocy ) po Żelku.

Tylko miał niebieskie futerko.

Kati zmieniła się w różową puchatą misię, jedną noc ( i dzień ) po Darku.

Potem Franciszek, Thomas i Krzysio.

I tak dalej.

A mówimy przecież o dzieciach ( misiach ) z jednego przedszkola. Tylko ociec Darka, Jamajczyk, przyjął to z humorem, mówiąc : „ no, w końcu dobrze, że nie zamienił się w słonia „, na co jego jamajska żona pacnęłą go w głowę gazetą, robiąc zgorszoną minę. Zresztą Darka najłatwiej można było rozpoznać bo zachował sporo, niebieskich teraz, dredów.

Wszyscy rodzice zachowali się tak samo. Postanowili zataić sprawę. Przedszkole opustoszało.

Sprawa gruchnęła dopiero kilka tygodni po przemianie Żeka.

# # #

Pierwsze doniesienia o pojawieniu się tu i ówdzie kolorowych niedźwiadków, media i opinia publiczna zignorowały. Naśmiewano się z tych, którzy mówili, że je widzieli ; „ Mówisz, że widziałeś różowego niedźwiadka, który pił kolę przez słomkę ? A może jeszcze powiedział ci ‘dzień dobry’ ? Tak ? Ty to już zupełnie zwariowałeś. Ha, ha, ha. „

W brukowej prasie pojawiła się dopiero, opatrzona fotografiami historia o niedźwiedziu, który zjawił się rano w jednej z korporacji ( nazwy nie podano ), mówiąc ludzkim głosem, że tam pracuje jako menager. Miał przy sobie identyfikator kartę magnetyczną jednego z wysoko postawionych pracowników firmy. Przerażony strażnik poczęstował go paralizatorem, choć niedźwiedź nie był agresywny. Karetką pogotowia zoologicznego został odwieziony do zoo. Tam, przy okazji różnych badań okazało się, że zwierzę ma 3 promile alkoholu we krwi, czego przyczyny nikt nie potrafił wyjaśnić. Strażnik przyznał reporterom, że niedźwiedź trochę bełkotał, choć mówił w sumie zrozumiale.

– Pewno przeszedł przemianę kiedy był zupełnie pijany i nie zauważył rano, że… już nie jest taki jak przedtem – powiedział błyskotliwie tata Żelka do referującej mu artykuł mamy.

– Piszą, że siedzi teraz osowiały i odmawia wyjścia na wybieg. Jest niebieski. Zobacz fotki. I strasznie przeklina. Sprawę bada policja. Nie mogą się skontaktować z tym pracownikiem.

– Oczywiście – zauważył tata.

# # #

– A to bzdura ! Czytała pani ? Pisali dzisiaj w Superfakcie o gadającym niedźwiedziu – zagadnęła mamę, na klatce schodowej, dozorczyni. – Co za idiotyzmy wymyślają w tych gazetach ! Niedźwiedź gadał ! Przecież do wigilii jeszcze daleko ! Takie bzdury wypisują …

– Ta… – odpowiedziała mama, która wracała właśnie ze sklepu z wielką torbą pełną surowej makreli.

Dozorczyni zaglądnęła ciekawie co mama taszczy, kiedy mijały się na schodach.

– O, apetycik dopisuje, widzę… A może w ciąży jesteśmy ?

– Nie. Też mamy w domu gadającego niedźwiedzia. Tylko zielony..

– Tej to się zawsze żarty trzymają – mruknęła, raczej już do siebie dozorczyni – powariowali wszyscy, no powariowali !

# # #

– Kochanie, sprawdź co porabia Żelek..

Tata niechętnie poszedł do dziecięcego pokoju.

Puk, puk. Zawsze pukał, żeby okazać dziecku ( teraz misiowi ) szacunek. Tak go nauczono.

– Proszę ..

Usłyszał trochę nieobecny głos Żelka.

Tata stanął w drzwiach.

#

– I co porabia ? – zapytała kiedy wrócił do salonu.

– Jak zwykle gapi się na księżyc – głos taty był zmęczony.

– Ale dzisiaj nie widać księżyca.

– To widocznie gapi się w gwiazdy.. A na stoliku leżała moja książka. Po co mu ją zaniosłaś ?

– Ja ? Nie zaniosłam. Musiał sam wziąć.

– Przecież on nie umie czytać..

– No nie. – Zgodziła się mama. – A co to za książka ?

– ‘Wstęga Mobiusa w aspekcie teorii zakrzywienia wielowymiarowej czasoprzestrzeni’.

– A co o za książka ?

– Przecież ci mówię !

– Ale o czym ?

– Fizyka teoretyczna. Wiesz, że interesowałem się tym kiedyś.

– Ale co to jest wstęga… No.. biusta ?

– Mobiusa. To coś jak infindybuła chronosynklastyczna. Rozumiesz..

– Ta… – powiedziała mama – chociaż nic nie rozumiała.

# # #

Niedługo potem wybuchła afera. Temat kolorowych niedźwiedzi dostał się na pierwsze strony gazet, czołówek dzienników telewizyjnych, mówiono o tym w radiu. Doniesienia płynęły z całego świata. Podobno niedźwiadki ( i czasem niedźwiedzie ) nie pojawiły się tylko w Korei Płn.

– Oni uratują ludzką rasę – zażartował tata. – Reżim Kim Dong Ila.

# # #

Zjawisko stało się na tyle powszechne, że nie wiadomo już było czy ludzie mają problemy z niedźwiadkami i niedźwiedziami ( tych było dużo mniej ) czy też misie mają problemy z ludźmi. Liczbę tych pierwszych szacowano już na około jeden miliard. Czyli co siódmy człowiek był niedźwiedziem. Najczęściej małym bo dużych osobników naliczono około stu milionów. Sprawę pogarszał fakt, że ci duzi zajmowali często bardzo ważne stanowiska w polityce, administracji, wojsku, policji i biznesie.

Na szczęście misie nie były agresywne, atakowały tylko w obliczu zagrożenia, a ich wzrost fizyczny na ogół nie przekraczał wzrostu ludzi, którymi byli wcześniej. Potem przybierali tylko na wadze.

Duży szok wywołał fakt, że prezydent USA, premier Wielkiej Brytanii, prezydent Rosji, przewodniczący Komunistycznej Partii Chin i wielu innych sławnych ludzi, również zamienili się w niedźwiedzie. Trudno było zamykać takie osobistości w zoo, tym bardziej, że mówili do rzeczy.

A mówili najczęściej o równouprawnieniu niedźwiedzi.

# # #

Przemiana trwała około trzech lat. W tym czasie właściwie nic niepokojącego się nie działo. Czasem ktoś miał dziwny sen, czasem zaryczał przerażającym głosem. Wszystko mieściło się w granicach normy. Ale potem sprawy przybierały błyskawiczny obrót.

W ciągu jednej nocy człowiek zostawał przemieniony w niedźwiedzia. Oczywiście nie każdy. Tylko ci którzy jedli TYLKO ŻELKI. Dzieci zmieniały się w małe niedźwiadki a dorośli w duże niedźwiedzie.

# # #

Wykrycie związku między dietą TYKLO ŻELKÓW a przeminą w misia, zajęło naukowcom około jednego roku. Było tym trudniejsze, ponieważ część naukowców również przeszła przemianę.

Pracowano nad lekiem zapobiegającym mutacji, dla tych którzy długo byli na żelkowej diecie i lekiem przywracającym ludzką postać. W to drugie chyba nikt nie wierzył.

Zamknięto prawie wszystkie fabryki TYLKO ŻELKÓW , mimo sprzeciwu dzieci, które po prostu chciały je jeść, nielicznych dorosłych, którzy chcieli zostać niedźwiedziami i populacji niedźwiedzi, które twierdziły, że należy pozostawić ludziom wolność wyboru . Zamknięcie fabryk spowodowało światowy kryzys gospodarczy.

TYLKO ŻELKI produkowano teraz wyłącznie w państwach, które nie podpisały umów międzynarodowych lub ich nie przestrzegały. To stamtąd przemycano TYLKO ŻELKI, których czarnorynkowa cena przekraczała wszelkie poziomy zdrowego rozsądku, tak samo jak przekraczali poziom zdrowego rozsądku ci, którzy je jedli, żeby stać się niedźwiedziami. Ci jednak bronili swojego stanowiska podkreślając różne korzyści wynikające z bycia misiem. Otóż misie prawie nie chorowały, wykazywały niesamowitą wprost tężyznę fizyczną oraz zdolności do nauk ścisłych graniczące z geniuszem. Podobno podobały się kobietom. To tylko niektóre powody. Poza tym bycie niedźwiedziem w niektórych kręgach, stało się po prostu modne. I elitarne. No cóż, każdy ma swoją rację…

Mimo wcześniejszych zapewnień, w Korei Północnej również doszło do mutacji. Niepotwierdzone informacje mówiły, że szef tego państwa, Kim Dong Il i kilku jego ministrów, również przeszli przemianę. Koreą Północną Rządził teraz najprawdopodobniej niedźwiedź.

Za to rybołówstwo i pszczelarstwo przeżywały teraz nie notowany wcześniej rozkwit. Świeże ryby sprzedawały się teraz lepiej niż świeże bułeczki a miód lepiej niż woda. Koka Kola również nie narzekała.

Terroryści przemienieni w niedźwiedzie nie stanowili dużego problemu, gdyż gorzej od ludzi strzelali i nie przejawiali fanatycznej religijności. Zresztą Islam wykluczył misie z grona wyznawców.

Wśród chrześcijan trały za to dyskusje, czy niedźwiedź może być zbawiony. Kościół katolicki nie zajął w tej sprawie jednoznacznego stanowiska. Sprzeciwiał się jedynie zawieraniu związków między ludźmi a niedźwiedziami i wyświęcaniu tych ostatnich na księży.

W innych kościołach to się jednak zdarzało. Tu i ówdzie można było spotkać pastora niedźwiedzia.

Buddyści wierzyli, że niedźwiedź ma naturę Buddy.

W szkołach i przedszkolach zniesiono segregację gatunków po około dwóch latach od pojawienia się pierwszych mutacji. Wcześniej były placyki zabaw osobno dla misiów, osobno dla ludzkich dzieci.

Dorosłe osobniki nie miały tak fantastycznie kolorowych futerek jak maluchy. Skład TYKO ŻELKÓW dla dorosłych był inny.

Zmutowane misie nie spały w zimie. Niektórzy mówili, że szkoda. Zresztą w wielu krajach nie było zimy. A misie były wszędzie.

Naukowcy podejrzewali użycia zaawansowanej nanotechnologii przy produkcji TYLKO ŻELKÓW. Oczywistym już było, że to sabotaż. Największy w dziejach ludzkości. Tylko kto za tym stoi. Tego ustalić nie zdołano.

Niedługo po zniesieniu segregacji, dorosłe niedźwiedzie otrzymały prawo do głosowania i nastąpiło pełne równouprawnienie.

Ludzie i niedźwiedzie współistnieli odtąd w miarę pokojowo na planecie Ziemia. I wtedy… Ale o tym potem.

# # #

Żelek chodził już do drugiejl klasy podstawówki i był pięknym okazem zielonego niedźwiadka, który stojąc na tylnych łapach miał 137 centymetrów wzrostu. Pozycja wyprostowana była zresztą wśród niedźwiedzi trendy, choć niektóre chodziły sobie luzacko na czterech łapach. Żelek był oczywiście trendy. Tym bardziej, że podobała mu się różowa niedźwiedziczka Kati, z którą chodził jeszcze do przedszkola.

Podobała mu się i to z wzajemnością. Teraz chodzili do jednej klasy i siedzieli w jednej ławce. Na przerwach dzielili się surową rybą, miodem i koka kolą.

Co do strojów to misie ubierały się raczej symbolicznie. Ten i ów nosił czapeczkę ( z daszkiem do tyłu ), tamten – pasek, niektóre misie płci pięknej – majteczki z dziurką na ogonek. Szpanerzy i elegantki ubierali się nawet całkiem jak ludzie, włącznie z butami, marynarką czy sukienką itd. Widywało się nierzadko misie w okularach.

W klasie siedziały same niedźwiadki. Było ich pięcioro. Po długich debatach ustalono bowiem, że osobno wykłada się im matematykę i fizykę. Potem wprowadzone astronomię. Powodem tego były niezwykłe zdolności do przedmiotów ścisłych, jakie wykazywały niemalże wszystkie misie. W miarę możliwości szkoły starały się zapewnić im wykładowców z wyższych uczelni.

Kati narysowała właśnie na karteczce serduszko i pokazała Żelkowi, który dorysował przebijającą je strzałę. Spojrzeli na siebie czule.

– Żelku – siwowłosy naukowiec w grubych rogowych okularach zwrócił się do niego – może nam powiesz co to jest różniczka…

– Różniczka… hmm… to wyniczek z odejmowanka !

Kolorowe misie zarechotały. Wykładowca starał się zachować poważny wyraz twarzy.

– To stary kawał ale tym razem ci się upiekło, Żelku.

# # #

Wracali razem po lekcjach. Zielono różowa para misiów. Trzymali się za łapki.

Pod płotem stało czterech chłopaków. Mieli może po 12 lat.

– Misie pysie !!!

– Zakochana para, żelków ofiara !!!

– Precz z misiami !!!

Żelek wyprężył się i wyszczerzył kły. Wyciągnął pazury i rzucił się w stronę chłopaków. Warczał przy tym jak motocykl ze sportowym tłumikiem.

– Żelku !!! Uspokój się ! Nic nam przecież nie zrobili !

Chłopcy zdążyli uciec przez płot. Żelek stał opierając się na nim i gryząc pręty. Warczał wściekle.

– Ależ Żelku. Nic się przecież nie stało – powiedziała Kati, kiedy wrócił do niej zdyszany. Już nie warczał.

– Udawałem furię – mrugnął do niej okiem – muszą nauczyć się nas szanować.

# # #

– Ależ tato, makrele !

– Dzisiaj kupujemy pstrągi !

– Strongi, strongi, jestem strong misiem – podśpiewywał Żelek. Byli na zakupach w hipermarkecie.

Co jakiś czas widziało się mamę lub tatę z kolorowym misiem. Bywało też, że szedł niedźwiedź z ludzkim dzieckiem. Nikt już nie zwracał na to specjalnej uwagi. Chociaż małe misie miały takie śliczne futerka.

Na dorosłe okazy patrzono z pewną obawą. Tym bardziej jeśli pachniały alkoholem. Ale zdarzały się też kolejki ludzi po autograf do jakiegoś niedźwiedzia celebryty.

Mieli już wyładowany koszyk. Pełen pstrągów, miodu i koka koli. Tata kupił sobie fasolkę szparagową w słoiku i ementaler. Bułeczki i keczup.

– Nie lubię kepaczu !

– De gustibus non disputandum est – odpowiedział tata.

To było już po tym, jak zostawiła ich mama.

# # #

Mama odeszła z niedźwiedziem.

Był dyrektorem banku Milenium, przywróconym na posadę po dwuletniej kwarantannie w stołecznym zoo. Swojego czasu był tam cały pawilon dla zmutowanych misiów. Nie wpuszczano tam dzieci bo niedźwiedzie strasznie przeklinały.

Ber jeździł czarną esą z pięciolitrowym silnikiem. Lubił upajać się prędkością. Z mamą Żelka poznali się w sklepie. Przychodził tam wiele razy. Pamiętała go. Zawsze miał koszyk pełen najbardziej ekskluzywnych produktów. Teraz był tu znowu. Mama stała za kasą.

„ Myślałam, że niedźwiedzie jedzą tylko ryby, miód i piją koka kolę „ – pomyślała mama.

– To przesąd, że niedźwiedzie jedzą tylko surowe ryby, miód i piją kolę – powiedział niskim basowym głosem Ber, jakby w odpowiedzi na jej myśli – niedźwiedzie lubią frykasy – spojrzał na nią uwodzicielsko po czym zwalił się przed nią na kolana – czy wyjdzie pani za mnie za mąż – zapytał błagalnie.

– Ale… ja jestem mężatką – odpowiedziała drżącym głosem.

– Miłość nie zna przeszkód ! Kocham panią !

Klienci w kolejce obserwowali tę scenę z niepewnością. Widać było jednak, że kobiety są wzruszone.

Wziął jej dłoń i dotknął ją zimnym czarnym nosem. Ugięły się pod nią kolana.

Trzeba przyznać, że mama Żelka nie zgodziła się tak od razu.

# # #

Kościół katolicki oficjalnie potępił związki ludzi z niedźwiedziami i niedźwiedzi z ludźmi. Grożono za to ekskomuniką.

Jedyny Powszechny Kościół Niedźwiedziowy przedstawiał Jezusa jako Ukrzyżowanego Niedźwiedzia. Nuncjusz papieski nie wypowiedział się na ten temat.

Powstała niedźwiedzia wersja ostatniej wieczerzy. Wszystkie postaci były niedźwiedziami, za wyjątkiem Judasza. Religijność misiów była jednak ( na szczęście ) daleka od fanatyzmu.

# # #

‘ Ftedy przyleciało ufo’ – zapisał Darek Dred w swoim pamiętniku. Bo pamiętnik prowadził od dawna.

# # #

Naliczono około dziesięciu tysięcy latających obiektów. Najpierw nad Paryżem, potem Tokio, Londynem i Nowym Yorkiem. Nad Warszawą zaobserwowano tylko jeden.

Komunikacja została zainicjowana przez obcych. W dużej mierze zapobiegło to panice, chociaż oczywiście, bez niej się nie obyło. Straty były jednak niewielkie.

Rozmowy z Niezidentyfikowanymi Obiektami, które teraz zostały zidentyfikowane, prowadzone były drogą radiową. UFO rozmawiało w pierwszej kolejności z rządem Stanów Zjednoczonych, Unią Europejską i z rządem Chin Ludowych. Rosjanie poczuli się obrażeni. Obcy nie chcieli mówić po rosyjsku.

Rządy Mongolii i Australii zgodziły się na udostępnienie obszarów do lądowania. Po 5000 zidentyfikowanych obiektów latających na każdy z tych krajów.

# # #

JESTEŚMY Z GWIAZDOZBIORU WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY. NASZA MACIERZYSTA PLANETA ULEGŁA ZAGŁADZIE W WYNIKU WOJNY TERMOJĄDROWEJ. CHCEMY SIĘ TU OSIEDLIĆ I ŻYĆ Z WAMI W POKOJU. TO MY SPOWODOWALIŚMY MISIOWĄ MUTACJĘ NA ZIEMI. PRZYZNAJEMY SIĘ I PRZEPRASZAMY. TO BYŁ JEDYNY SPOSÓB NA ZAPOBIEŻENIE KONFLIKTOWI. CHCIELIŚMY WAM POKAZAĆ, ŻE NIE WAŻNY GATUNEK, WAŻNE UCZUCIE. TO DLATEGO PRZEMIENILIŚMY CZĘŚĆ WAS I WASZYCH DZIECI. PRZYWIEŹLIŚMY ANTIDOTUM. KTO CHCE MOŻE ZNOWU ZOSTAĆ CZŁOWIEKIEM, TO SPRAWA TRZECH MIESIĘCY. PRZYCHODZIMY W POKOJU. JOŁ.

# # #

Z gwiazdolotów na terytoriach Mongolii i Australii, wysypały się misie.

# # #

Żelek znów był człowiekiem. Studentem drugiego roku na Harvardzie. Czasami udzielał prasie wywiadów jako pierwszy człowiek, który stał się niedźwiedziem.

Przybysze z Wielkiej Niedźwiedzicy przyznali mu hojne ‘ dożywotnie stypendium, za zasługi na polu rozwijania przyjaźni międzygalaktycznej.’

Kati pozostała różową misią. Pracowała jako kelnerka. Tak wybrała. Nadal mieszkają razem. Wakacje spędzają często u mamy i ojczyma Żelka w Australii.

Ber, również pozostając niedźwiedziem objął tam posadę dyrektora filii banku.

Tata żelka ożenił się powtórnie z o połowę młodszą od siebie ekspedientką. Żelek znał ją od dziecka. I lubił.

Darek Dred został znaną gwiazdą reggae. Opublikował również swoje pamiętniki. Jako człowiek.

Obcy przestali być tacy obcy i zachowywali się w miarę poprawnie. To znaczy, że się nie wtrącali. Krzyżówki między gatunkami okazały się niemożliwe ale dzięki zmutowanym niedźwiedziom asymilacja kosmitów przebiegała dość sprawnie. Ci ostatni mogli mieć z ziemskimi misiami wspólne potomstwo.

Miłość nie zna granic.

Koniec

Napisane nie ważne gdzie i kiedy.