STOPA

 

S   T   O   P   A

Thriller Ezoteryczny

 

Czy zdrętwiała Wam kiedyś ręka albo noga, aż do stanu całkowitej bezwładności, zupełnie pozbawiona czucia, dyndając jak nieżywa ryba trzymana za ogon ?

—————–

Obudził się w środku nocy i stwierdził, że umarła mu stopa. Nigdy wcześniej nie doświadczył całkowitego zdrętwienia jakiejkolwiek części ciała, zdziwił się więc niezmiernie. A może był

też trochę głupi ? Można przecież powiedzieć, że każdy jest trochę głupi. Stopa zachowywała się jak kawałek martwego, obcego ciała, przyczepionego do reszty nogi. Uszczypnął ją ale nic nie poczuł. A kiedy podnosił nogę, stopa majtała się  bezwładnie na wszystkie strony. „ Na co mi taka stopa, raczej będzie mi tylko przeszkadzać”.

A że był człowiekiem czynu, bo tak został wychowany, sięgnął po tasak,  który trzymał pod łóżkiem, tak na wszelki wypadek. Oparł nogę o krzesło stojące obok, zamachnął się i z całej siły uderzył. Stopa została odcięta.

„Niezły cios”- pomyślał tracąc przytomność.

Ocknął się zanim zdążył wykrwawić się na śmierć, czyli po niedługim czasie. Ból, mimo wszystko, był możliwy do wytrzymania. Dobrze, że było ciemno, bo pokój został drastycznie zalany krwią. Takich widoków nie lubił.

Zawinął kikut nogi w prześcieradło. Ścisnął mocno. „No dobrze”.

Podszedł do okna podpierając się krzesłem. „Na co mi taka stopa?”.

Wyrzucił stopę na podwórze. Mieszkał w parterowym domku, więc nie leciała długo.

——————

 

Stopę znalazł duży kudłaty pies. Chwycił ja w zęby i zadowolony umknął ze swoja zdobyczą.

——————

Psa zauważył Czarownik. Przyjrzał mu się uważnie i stwierdził, że pies niesie w zębach ludzką stopę. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, bo dawno już poszukiwał takiej stopy. Wyglądała na świeżo obciętą. Miał wobec niej swoje plany. Czarownik ruszył za psem.

Pies ze swoją zdobyczą umykał niespiesznie, chyłkiem, ale czarownikowi trudno było dotrzymać mu kroku. Nie wypadało mu biec, był bowiem znaną osobistością w mieście, tym bardziej, że na ulicy zaczynali pojawiać się pierwsi przechodnie. Dniało.

„ Ale co tam” Czarownik zakasał swoją długą szatę i zaczął jednak biec, żeby nie stracić psa z oczu.  „Jak brzmiało to zaklęcie?” usiłował sobie przypomnieć formułę na zatrzymanie uciekającego psa, ogólnie była to formuła na unieruchomienie każdego zwierzęcia. W swojej praktyce rzadko miał do czynienia ze zwierzętami. Miał to na końcu języka,” kurcze”, musiałby zajrzeć do księgi. Pies był ciągle w zasięgu wzroku, a co równie ważne, głosu.

W końcu przypomniał sobie.

Zaklęcie zabrzmiało jak świst bicza i mało przypominało jakikolwiek ludzki język. W każdym razie podziałało. Pies stał jak wryty. Z pyska wypadła mu zakrwawiona ludzka stopa.

Czarownik rozejrzał się czy go nikt nie widzi, chwycił stopę, wrzucił do swojej czarodziejskiej torby i poszedł. Był zadowolony, ale się nie uśmiechał, bo już zapomniał jak to się robi. Za dużo obcował z demonami.

——————–

Czarownik otworzył zardzewiałą furtkę i zarośniętą wąska ścieżką podążył w głąb ogrodu. Tu mieściła się jego pracownia, niski,  z zewnątrz wyglądający na zaniedbany, budynek. Wszedł do środka. Czego tam nie było… Położył zdobyczną stopę w  pentagramie, wyrysowanym na wielkim okrągłym stole. Dopiero potem założył rytualną pelerynę z magicznymi znakami i szpiczasty czarny kapelusz, który służył do wypluwania górą negatywnych energii, jak przez komin. Dlatego dobre wróżki miały na czubku kapelusza frędzle, odprowadzające szkodliwe energie do ziemi. Ale czarnoksiężnicy mieli w nosie czystość astralnego środowiska. Kapelusz służył również do ukrycia i zabezpieczenia siódmego czakramu przed intruzami. Peleryna też była czarna, jak czarne były jego czary, choć oficjalny powód był taki, że czarny jest kolorem ciszy. Trzeba jednak przyznać, że był wszechstronnym czarownikiem i przyjmował różne rodzaje zleceń.

Wyciągnął szklane buteleczki, z których biorąc po szczypcie posypywał stopę kolorowymi proszkami. Zielonym, niebieskim i czerwonym. Mamrotał sobie coś pod nosem, a i tym razem

dźwięki te nie przypominały za bardzo żadnego znanego ludzkiego języka. Te zabiegi zajęły mu trochę czasu, po czym usiadł na poduszce w pozycji medytacyjnej. I tak długo siedział.

Wybudziły go dzwony oznajmiające południe. Rozejrzał się wokoło, jakby z trudem rozpoznając otoczenie. Potem wstał bardzo szybko i za pomocą miotełki skropił stopę, stojącą w pentagramie, wodą. Prawdopodobnie święconą. Zdjął kapelusz i pelerynę, po czym wyszedł.

———————–

 

-Nie zdawałam sobie sprawy, jaki z niego głupek- żaliła się matka Kemala sąsiadce, która przyszła ją odwiedzić, tego dnia wieczorem.

-A wydawał się taki fajny chłopak…

-Wchodzę a on w kałuży krwi, kikut owinięty prześcieradłem, leży i jęczy, prześcieradło całe czerwone, pytam co się stało a on, że mu stopa umarła i że wyrzucił ją przez okno…

-Stopa mu umarła?

-Musi zdrętwiała a on nie wiedział co to…

-Nigdy mu wcześniej pewnie nie zdrętwiała…

-Tylko nie mów nikomu, bo się będą śmiali.

-No pewnie, nic nie powiem, jak grób będę milczała, ale co z jego pracą?

-Zapomnij, przecież był tragarzem.

-Takie nieszczęście! Ale trzeba powiedzieć, że odważny…

-Odważny?!!! Kikut mu opaliłam nad ogniem, aż skwierczało, aż smród był palonego mięsa…

-Takie nieszczęście…

——————–

 

Nazajutrz śmiało się z Kemala całe miasto i Czarownik dowiedział się, skąd się wzięła stopa. Niektórzy jej szukali, bo jak wiadomo, nadawałaby się na niezły amulet. Albo talizman.

 

Mówiono, że Kemal wyrzucił ją przez okno. Ale gdzie?  Pies nikomu tego nie powiedział, bo nie umiał mówić. Czarownik również nic nie mówił, bo nie chciał.

———————-

 

Stopa rosła. Zaczęło się to zaraz po wyjściu Czarownika. Stopa rosła równomiernie a raczej rozrastała się równomiernie na wszystkie strony. Przybierała na wadze i objętości. Dawno już

przekroczyła wszystkie, znane na ziemi , rozmiary  butów. Była już taka duża, że palce i pięta wystawały poza obwód okrągłego stołu, który  zaczął niebezpiecznie trzeszczeć.

Gdyby się tak obiektywnie przyjrzeć, nie dając się przerazić zjawisku niepohamowanego rozrostu, była to bardzo ładna Stopa, z wysokim elegancko wysklepionym podbiciem, cała śniada, zwieńczona w miejscu obcięcia, powyżej  kostki,  koroną purpury, której utrwalony połysk,  być może był efektem ubocznym działania czarodziejskich proszków.

Kiedy Stopa osiągnęła rozmiar około dwóch metrów długości, stół nie wytrzymał. Blat pękł na pół a Stopa, być może pod wpływem paniki, wyskoczyła na zewnątrz, rozwalając okno. Trzeba by dodać: Wielka Czarodziejska  Stopa.

Poruszała się, jakby była częścią niewidzialnej nogi, kogoś idącego na dwóch nogach. Zginała się w palcach, unosiła piętą i przelatywała, a można by powiedzieć, że przepływała   w powietrzu. Pozostawiała za sobą do cna rozgniecione  krzaki. Kopnięciem przewróciła płot i poszła dalej.

Czarownik nie przewidział takiego obrotu sprawy.

———————-

 

-O kurwa jebana w dupę mać! – Czarownik ze zgrozą przyglądał się zdemolowanej pracowni. Już po drodze zaczął się domyślać, że efekty jego magii znacznie przekroczyły oczekiwania a nawet mocno zboczyły z torów tych oczekiwań. Wywnioskował to po  śladach. I to jakich!

-O ja pierdolę! W pizdu rozjebane! – Potem  zdał sobie sprawę, że przeklina, czego nie robił już od bardzo dawna- „kurwa, ale wiązanka…”.

Kiedyś był adeptem ścieżki duchowej. Mieszkał wraz z innymi uczniami w klasztorze przyczepionym do szczytu niebosiężnej góry, tak że często widział przepływające w dole chmury. To było niesamowite miejsce.

Od dziecka czuł powołanie, żeby poświęcić się Bogu, czy jakkolwiek To nazywano. Już w wieku dwóch lat jego ulubioną zabawką był dubbyjski różaniec. Nie służył mu do wywijania. Przesuwając między palcami paciorki, powtarzał swoją dziecinną mantrę „mama-tha-tha-mana”.  W wieku lat dwunastu udał się do klasztoru. Wędrówka i wspinaczka tam, ze starym Lilamą, zajęła im trzy miesiące. W ostatnim etapie zostali wciągnięci na linach w plecionych wakanowych koszach. Potem już tylko 1123 wykute w skale schody.

Przeor Talama  lekko uśmiechnął się na widok chłopca. Dotknął go w okolicy serca i ten poczuł rozlewające się po całym ciele przyjemne gorąco. Dopiero wtedy zrozumiał jak bardzo był przemarznięty.

Wkrótce nadano mu nowe imię. Nie używał go, już od czasu gdy wstąpił na ścieżkę czarownictwa. Nie wypadało. Imię leżało zepchnięte w otchłań niepamięci. Nawet w myślach go nie wymawiał. A imię z dzieciństwa, które mu nadano po urodzeniu?  Było już od dawna zupełnie obce i nieprzystające. Nie utożsamiał się z nim. Teraz był po prostu Czarownikiem. I tak o sobie myślał.

Nie był ani młody ani stary. Przez jakiś czas stosował wprawdzie techniki  fizycznej nieśmiertelności, których nauczył się od pewnego tysiącletniego jogina, ale potem zwątpił w sens tak długiego życia na ziemi  i zaprzestał. Ćwiczenia pewno zrobiły jednak swoje i zachował sprawność.

Nie był ani zły ani dobry. On sam nie uważał, żeby oddalił się zbytnio ze ścieżki duchowej, jednak… robił przecież takie rzeczy i to dla pieniędzy. Czasami  jednak czuł się jak odstępca, żeby nie powiedzieć zdrajca. Ale przynajmniej starał się nie przeklinać.

Nie był ani niski ani wysoki. Ani gruby ani chudy.

Po tym napływie wspomnień spróbował się uspokoić. Usiadł, zamknął oczy i skupił spojrzenie wizji w górnym prawym rogu. „Tylko frajerzy używają szklanej kuli”. Jest, była tam. Widział ją. Szła sobie drogą na zachód. Obraz nie był zbyt wyraźny.

Dopiero teraz zastanowił się, która to była stopa. Dotychczas był przekonany, że to była prawa. Przyjrzał się swojej wizji uważniej…

———————

 

To była lewa Stopa. I w dodatku szła na wschód, szerokim dziedzińcem, a nie jak się wydawało Czarownikowi, na zachód. Może te wszystkie komplikacje wynikały właśnie z tego powodu, że to była lewa Stopa a nie prawa. Lewa nie nadawała się do niczego. I każdy powinien o tym wiedzieć.

Tak więc Stopa szła sobie szerokim dziedzińcem na wschód, a właściwie na wschód południowy a za nią podążali zafascynowani i przerażeni jej widokiem gapie, choć można by ich nazwać uczestnikami pochodu. Ich liczba rosła w postępie geometrycznym. Po niedługim czasie za Stopą podążał już cały tłum.

A droga wiodła do stolicy cesarstwa.

———————–

 

W Sali audiencyjnej, na ogromnym złotym tronie, Cesarz Nus ad Din I wysłuchiwał raportu Ministra Spokoju El Dżalika, który był szefem tajnych służb. Taka była oficjalna nazwa jego resortu – Ministerstwo Spokoju. Było jeszcze Ministerstwo Dobrobytu czyli Gospodarki, Ministerstwo Bogactwa (Finansów), Ministerstwo Mądrości, itd.

Cesarz Nus ad Din I przypominał stara purchawę i był wystrojony, jak tylko może być cesarz na złotym tronie. Sala audiencyjna była ogromna i wspaniała. Minister spokoju wyglądał na szczwanego lisa, co na tym stanowisku nie było niczym dziwnym.

-Otrzymaliśmy informacje, Wasza Cesarska Mość, że w drodze do stolicy jest Wielka Czarodziejska Stopa, za którą podąża wielki tłum poddanych Waszej Cesarskiej Mości.

-Wielka Czarodziejska Stopa?- po twarzy monarchy przebiegł cień zaniepokojenia.

-Chodzi o zjawisko magiczne. No stopa…, taka wielka…

-Czy to zjawisko magiczne ma charakter materialny?

-Taak. Mamy nad wszystkim kontrolę.  Są tam już nasi najlepsi agenci. Próbowali ją dotknąć. Da się to zrobić, ale tego nie lubi. Kopie na boki. To znaczy tych, którzy usiłują jej dotykać. Nie kopie mocno, ale jeden z moich ludzi ma połamane żebra. W końcu jest wielka…

– Jak wielka?

-Ma ze dwa metry długości i jest całkiem ładna.

-I tak sobie idzie?

-Zmierza drogą do stolicy a za nią wielki tłum, powinna tu być za kilka tygodni, jak tak dalej pójdzie, jak idzie.

-I co to oznacza? Jak mamy zareagować na tę…, na to zjawisko magiczne?

-Myślę, o Najpotężniejszy, że to leży w kompetencjach Ministra Cudów. Przydałoby się go o to zapytać.

-Wołać Ministra Cudów- zaordynował Cesarz, starając się by jego drżący głos zabrzmiał władczo. Bo tak naprawdę był przerażony.

———————

 

Czarownik, sobie tylko znanym sposobem, przedostał się na pierwsza linię pochodu. Widać skorygował pomyłkę kierunków geograficznych. Jego nagłe pojawienie się , nie wywołało

żadnej reakcji uczestników, ponieważ uwaga wszystkich skoncentrowana była na Stopie, która  w swoim marszu przedstawiała zaiste przedziwny widok. Czarownik zaś, przebrany za normalnego człowieka, wyglądał normalnie. No prawie, jeśli nie spojrzało się w jego dzikie oczy.

-Ale chryja- mruknął pod nosem, chociaż tłum wznosił, co jakiś czas, okrzyki „alleluja”, na cześć Wielkiej Stopy- totalnie to spierdoliłem.- Od czasu incydentu w pracowni, rzeczywiście zaczął przeklinać.

Ludzie podążający za Stopą znajdowali się w stanie jakiegoś szaleństwa czy ekstazy, wykazując niezwykły entuzjazm. Byli tam biedni i bogaci, kupcy, rzemieślnicy, robotnicy i arystokraci, włóczędzy i żebracy.

„Wszystkie stany” pomyślał  czarownik, który nie mieszał się z tłumem emocjonalnie. Nie udzielało mu się. Miał silnie zbudowane ciało astralne z potężną strefą buforową, co jest charakterystyczne dla jego profesji.  Tym razem odczuł jednak pewną pokusę aby przyłączyć się do wznoszenia okrzyków. Dziwne. Zdusił to w zarodku.

„No i co mam, kurwa, zrobić?” zastanawiał się usilnie a jego chmurne czoło pobruździła wielka, idąca w poprzek zmarszczka. I wtedy stał się mały cud w topografii twarzy czarownika. Coś co nie zdarzyło się  od bardzo, bardzo dawna. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. Wiedział już co robić.

Trudno było jednak robić cokolwiek, a tym bardziej to co chciał zrobić Czarownik, podążając szybkim krokiem w ciżbie ludzkiej, będąc popychanym i potrącanym, ponieważ Stopa,

utrzymując dość ostre tempo, nie dawała nikomu odpocząć. Chociaż mogłaby pewnie iść jeszcze szybciej.

Czarownik rozejrzał się wokoło. Tak, i tym razem nie zawiódł się na ludzkiej przedsiębiorczości. Wśród tłumnego pochodu dostrzegł, tu i ówdzie wozy ciągnięte przez konie. Przepchnął

się do tyłu, po prostu zwalniając kroku. Zamienił kilka słów z woźnicą. Nie mylił się. Okryty plandeką wóz, ciągnięty przez dwa konie, był do wynajęcia. Musiał zapłacić z góry a z woźnicą nie dało się targować.

W środku wozu było jeszcze goręcej, ale usiadł wygodnie na derce i spróbował zatopić się w sobie.  Otaczała go wrzawa idącego tłumu. Westchnął i wsadził sobie do uszu zatyczki z pszczelego wosku.

———————

 

Minister cudów Al Dżamali był wysokim, starym czarownikiem z długimi siwymi włosami, w pełnym rynsztunku, to znaczy w czarodziejskim płaszczu, szpiczastym kapeluszu i w złotych szpiczastych butach, które musiały mieć dobre pięćdziesiąt centymetrów długości.  Miał nawet różdżkę- zmyślnie łączony heban ze srebrem i starą księgę obitą w skórę, ze złotymi tłoczonymi znakami na okładce. Nie miał tylko brody, był gładko ogolony na twarzy. Wyglądał zaiste wspaniale i profesjonalnie a powietrze wokół niego skrzyło się elektrycznością. W swoich stajniach miał nawet najprawdziwszego smoka. Podobno. Tak mówiono.

Minister cudów skinął na powitanie głową jego cesarskiej mości. Uprzejmie, ale nie służalczo. Komu innemu by nie przeszło powitanie cesarza bez pełnego ukłonu, ale on był przecież nadwornym magiem, wzbudzającym strach i podziw u dworzan a nawet pewien respekt u samego władcy.

-Wiem wszystko- zaczął nie pytając, a jego niski głos ze studni magicznej mocy, podziałał na Cesarza uspokajająco – i wiem co trzeba zrobić, Wasza Cesarska Mość- dodał grzecznościowo na koniec, jakby przypomniał sobie z kim rozmawia.

„Arogancki skurwysyn, jak zwykle” pomyślał Cesarz Nus ad Din I „ale wie co robić” i uśmiechając się wyniośle, raczył zapytać:

-Co doradzasz?

Wyraz twarzy ministra cudów był nieprzenikniony. Oczywiście usłyszał  myśli  Nus ad Dina, ale nie przejął się tym wcale. „Pierdolony Ignorant”. Po czym przemówił basowo:

-Zbadałem stare przepowiednie, o Miłościwe Słońce Wszechświata – postanowił, że nie głupio będzie się jednak trochę podlizać i zauważył od razu zadowolenie płynące od Cesarza- przepowiednie z czasów dziada twojego dziada i dziadów jego dziadów- nie chciał przesadzić- w każdym razie jeszcze z czasów Diamentowej Dynastii, i mówią przepowiednie wyraźnie o Wielkiej Czarodziejskiej Stopie, która zjawi się w stolicy na cesarskim dworze…

-Po co się zjawi? -­­­ Zapytał Nus ad Din I a jego głos był słaby.

-Zjawi się Wielka Czarodziejska Stopa – zadudnił nadworny Czarownik- na czele niezliczonych tłumów twoich poddanych, o Miłościwy, aby… – i tu zawiesił dramatycznie głos.

Cesarz słuchał znieruchomiały, patrząc niepewnie.

-Aby złożyć ci pokłon, Władco Świata. To mówią przepowiednie.

Nus ad Din I wypuścił  długo wstrzymywane powietrze I odprężył się z ulgą.

-Możesz odejść ministrze cudów- powiedział łaskawie a na jego pobladłą twarz powróciły kolory.

Nadworny mag odwrócił się na pięcie i płynnym krokiem oddalił się od tronu, a jego długi czarodziejski płaszcz powiewał za nim, jak tren panny młodej.

———————

 

Wozem trochę rzucało i czasem podskakiwał na nierównościach. Może nie było to idealne miejsce do wejścia w odmienny stan świadomości, ale Czarownikowi  wkrótce się to udało. Skanował Stopę. Tak, posiadała pewien rodzaj inteligencji. Tego się obawiał, lecz tak to często bywa z magicznymi obiektami. Tak, posiadała pewien rodzaj własnej woli. „Cholera”. Wyglądało na to, że jest uparta. Czerwona, czerwoni utka aura. To go akurat nie zdziwiło. A percepcja? Była percepcja. Stopa odbierała informacje z zewnątrz za pomocą drgań powietrza. To znaczy, coś słyszała. Odbierała i przetwarzała informacje. I chyba w jakiś sposób widziała. Czy za pomocą dużego palca? Zastanowił się.

Czarownik wytężył uwagę i spróbował, najpierw delikatnie, narzucić Stopie swoją wolę.”Skręć lekkow prawo.” No cóż, droga była w tym miejscu prosta. „ Może idzie tak jak prowadzi droga?””Zatrzymajsię! Stopo stop!”- to było nawet trochę zabawne.  Poczułby, gdyby się udało, bo wóz niechybnie by stanął. Próbował jeszcze na wszelkie sposoby, zakładał Stopie silnie wizualizowaną

magiczną uprząż i tak dalej. Nic to nie dawało. Stopa szła przed siebie drogą. Czarownik wyjął z uszu korki i wyciągnął się na wznak.”Nic to, kurwa, nie daje.” W sumie, się już uodpornił. Smak porażki nie był mu obcy. Wyczerpany, zasnął.

—————————————-

 

Stopa zatrzymała się dopiero trzeciego dnia wczesnym wieczorem, nad jeziorem, a dokładnie mówiąc, w jeziorze Tilaka. Po prostu zatrzymując się, zarządziła postój dla tysięcy ludzi

podążających za nią w pochodzie. Liczba ich ciągle rosła i to zdawało się nie mieć końca. Ludzie pozostawiali swoje domy, warsztaty, sklepy i pałace i podążali za Stopą. Napływali z każdego zakątka Cesarstwa. A za pielgrzymującymi ciągnęli ci, którzy chcieli na tym zarobić. Były więc wozy z zaopatrzeniem, tak że w obrębie pochodu można  było kupić niemal wszystko. Zjawili się też obwoźni rzemieślnicy; szewcy, fryzjerzy, jubilerzy (modne stały się różne ozdoby w kształcie stopy, zawieszki, broszki i kolczyki ze srebra i ze złota i z miedzi) a także ladacznice ( modny stał się także fetyszyzm stóp ).

Stopa, nie zwalniając, weszła wprost do jeziora Tilaka. Chlapała i podskakiwała i widać było, że sprawia jej to niemałą radość. Czasami znikała pod powierzchnią wody by po chwili wynurzyć się na powrót. Nie oddalała się jednak od brzegu.

Trwało to bardzo długo ale jedno nie ulegało wątpliwości. Stopa nie potrafiła pływać.

-Wielka Czarodziejska Stopa nie umie pływać!- powtarzano sobie w całym obozie, który powstał nad brzegami jeziora.

-Co mówicie ?

-Że nie umie pływać!

Wtedy Wielka Czarodziejska Stopa poszła po wodzie. Oddalała się od zebranych na brzegu tłumów

szybkim krokiem, znacząc ślady na wodzie rozchodzącymi się kręgami .  Wszyscy wiedzą, jak ogromne jest Tilaka. Niektórzy nazywają je morzem i nie ma w tym dużej przesady.

Wybuchła panika. Co odważniejsi próbowali płynąć za nią. Szybko jednak zawracali. Nie mieli szans jej dogonić. Stopa stawała się coraz mniejsza i mniejsza, zamieniła się w maleńki punkcik pośród wód otchłani, aż w końcu zniknęła im sprzed oczu . Rozległy się lamenty kobiet a zaraz potem płacz dzieci.

-Odeszła Stopa !  Biada nam biada!

-Za kim teraz pójdziemy?!

-Obraziła się, trzeba było nie mówić, że nie umie pływać!

-Obraziliśmy Wielką Czarodziejską Stopę!  I słusznie nas opuściła!

A Czarownik, który  to wszystko widział, miał naprawdę idiotyczną minę.

 

—————————

 

Jakaż była radość zgromadzonych, kiedy świtem bladym ujrzeli powracającą po wodzie Stopę. A trzeba przyznać, że się nie rozpierzchli tylko wiernie czekali.

Mówiono, że poszła porozmawiać z Duchem Jeziora Tilaka.

Mówiono, że na drugim brzegu Poselstwo Niebiańskie jej oczekiwało.

Mówiono, że pokonała wodnego potwora , którym tradycyjnie straszono dzieci, kiedy chciały się wykąpać.

A Czarownik naprawdę nie wiedział, co ma o tym myśleć. Choć nigdy by się do tego nie przyznał. Bo taki miał zawód.

Stopa wyszła z wody w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Porównywanie jej do Afrodyty byłoby ryzykowne, ale potem znaleźli się i tacy. Piewcami Wielkiej Czarodziejskiej

Stopy zwani. Już wtedy zaczął się szerzyć kult Czarodziejskiej Stopy. Powstały modlitwy typu: ”Wielka  Czarodziejska Stopo chroń nas od złego” i inne. Klękano przed nią lub bito pokłony. Stopa zdawała się na to nie zwracać uwagi ale być może czuła się mile połechtana.

A więc Stopa wyszła z wody i raźno na wstąpiła na stertę przyszykowanych jej troskliwie koców i ręczników.

Ten dzień został potem nazwany Świętem  Kroczącej Po Wodach Tilaka Wielkiej Czarodziejskiej Stopy.

 

————————————

Czarownik widząc, że nic nie wskóra, postanowił wrócić do miasta, gdzie zajął się swoimi sprawami. Dziwiło go tylko, że Stopa nie umie pływać.

———————————————————————

 

Podobny scenariusz postoju powtórzył się nad morzem Ardanejskim, wzdłuż brzegu którego biegła droga oraz nad jeziorem Pakala, zwanym Cesarskim, skąd niedaleko już było do stolicy.

A stolica była gotowa na przyjęcie Wielkiej Czarodziejskiej Stopy. Wzdłuż  przewidywanej trasy pochodu została przystrojona girlandami kwiatów, odnowiona (przynajmniej z

wierzchu ) i wysprzątana. Podejrzany element został również uprzątnięty, to znaczy pozamykany w więzieniach. Ogromne napisy na transparentach głosiły : ” WITAJ WIELKA CZARODZIEJSKA STOPO !!! „, ” LUD STOLICY POZDRAWIA WIELKĄ CZARODZIEJSKĄ STOPĘ” itp.

 

———————————————————————–

 

– Podobno wśród moich poddanych szerzy się kult Wielkiej Stopy – Zagaił cesarz Nus ad Din do ministra cudów, kiedy przechadzali się po wspaniałych pałacowych ogrodach – podobno nawet się do niej modlą…

– Ach, to nam bardzo pomaga – przemówił minister swoim niskim głosem – to znaczy Jego Miłościwemu Majestatowi – poprawił się zaraz – bo kiedy Stopa odda już pokłon Waszej Cesarskiej

Mości, wszyscy będą wiedzieć komu naprawdę należy się cześć i chwała.

– Ale jak Stopa może się pokłonić? – to pytanie nurtowało już od dawna Cesarza.

– Na pewno Czarodziejska Stopa znajdzie jakiś sposób by wyrazić swoją cześć wobec Jego Wysokości – gładko odpowiedział minister cudów.

Dnia trzydziestego piątego oktawata Wielka Czarodziejska Stopa wkroczyła do miasta. Ten dzień został później nazwany…, chwileczkę, teraz to jeszcze tajemnica. A co do kalendarza Późnego Cesarstwa Ardamanu to trudno byłoby wyjaśnić jego zawiłości, mamy zresztą mało danych. Część badaczy przychyla się do hipotezy, że był liczony według obrotów Wenus.

Trzy tygodnie trwała podróż Stopy.

No więc, kiedy Wielka Czarodziejska Stopa wkroczyła do miasta, było hucznie. Były wiwatujące tłumy  i tak dalej. I wszystko odbywało się w miarę sprawnie i według planu, to znaczy

przemarsz Stopy ulicami stolicy. Trasa była wytyczona tak, by prowadziła do pałacu cesarza.

I Stopa tak szła a za nią ludzie w większości ogarnięci entuzjazmem na granicy histerii, czy też ekstazy, niektórzy uroczyście poważni a niektórzy śmiertelnie poważni, jakby byli

naprawdę świadomi doniosłości wydarzeń. Dzieci były rozbrykane. Stopa miała rzeczywiście potężny wpływ na psychikę ludzi i sam jej widok wywoływał silne wrażenie niesamowitości.

– Czuję się taka odrealniona, kochanie.

– Ja też, kochanie, ja też, to zadziwiające.

I Stopa wkroczyła do pałacu a za nią pochód.

I tak szła przez kolejne bramy a strażnicy prężyli sie przed nią ze swoimi halabardami. Kiedy minęła siódmą bramę, gwardia pałacowa utworzyła szpaler zwężając szerokość  pochodu do rozsądnych granic, ale i tak to wszystko zbyt rozsądnie nie wyglądało.

I kiedy stopa znalazła się w sali audiencyjnej, cisza nastała jak makiem zasiał. Stopa stanęła przed tronem.

Cesarz Nus ad Din I uśmiechnął się i nabrał powietrza. Nabrał też kolorów. W spontanicznym geście powstał z tronu, co zdarzyło mu się przy powitaniu po raz pierwszy i stanął naprzeciw

Stopy. Obie ręce miał podniesione, jak wtedy, gdy się chce kogoś wyściskać. Ale jak tu wyściskać Stopę. I to w dodatku dwumetrową. Wszyscy patrzyli. Wszyscy czekali. Czas stanął w miejscu a chwila ta wydawała się trwać w nieskończoność.

 

—————————————-

 

Czarownik po powrocie do miasta usiłował zajmować się innymi sprawami, ale coś mu to nie wychodziło. Chcąc nie chcąc, mimo mentalnej dyscypliny jaką wdrożył, jego myśli krążyły ciągle wokół

Stopy. Niby wszystko było takie samo jak przedtem ale miał wrażenie, że już nie jest takie samo, a co najważniejsze, że on sam już nie jest taki sam.

Od czasu wydarzeń za Stopą Czarownik zauważył u siebie następujące zmiany: a) zaczął przeklinać, nad czym zgoła nie panował, b) zaczął się uśmiechać, ba, nawet w głos się roześmiewał,c) odczuwał pewne wzruszenie na widok małych dzieci, kotków, piesków, i d) raz nawet chciał pomóc zapłakanej dziewczynce, szukającej mamy, ale udało mu się powstrzymać w ostatniej chwili.

Analiza tych zmian wykazała, że dotyczą one stanów emocjonalnych. W grę wchodził śmiech, płacz, złość, wzruszenie – wszystko się zgadzało. Przeprowadzając rozumowanie na ten temat czuł się normalnie, ale już sam temat bardzo go zaniepokoił. Uczucia nie były jego mocną stroną, były raczej chyba domeną kobiet. A nie czarowników. Poświęcił przecież długie lata na trening, by nic nie czuć. Bo uczucia tylko mu przeszkadzały. A tu trach! Taka Stopa. I powódź uczuć. W rzeczy samej- problem. Trzeba by mu zaradzić.

Przypomniał sobie swoją pierwszą miłość. Praktykował wtedy jako uczeń u starego mistrza sztuki czarodziejskiej w mieście Uru. Było to już po opuszczeniu górskiego klasztoru.

Spotykał się z nią wieczorami.

Pierwszy raz zobaczył ją na targowisku, dokąd stary czarownik wysyłał go po sprawunki. Sprzedawała kwiaty i sama wyglądała jak kwiat. Jemu zaś jawiła się jako kwiat najpiękniejszy. Stanął i nie mógł oderwać od niej oczu. Podała mu żółtego tulipana. Przyjął go i przyciskając do serca pobiegł przed siebie. Zgubił wtedy wszystkie zakupy.

Odtąd przychodził codziennie. Przynosił jej kryształy i magiczne paciorki a ona dawała mu kwiaty, nieodmiennie żółte tulipany. Bazar był sławny, bogaty, ogromny, wiadomo- suk w mieście Uru, była wiosna, a oni tacy młodzi.

W końcu spotkali się sami któregoś wieczora. W końcu się kochali. Chcieli uciec razem. W końcu się wydało.

I stary Czarownik zmusił go by złożył swą ukochaną w ofierze. W krwawym  rytuale wulu-jama.

I tak się stało. I odtąd nic już nie czuł, nie uśmiechał się i nie płakał.

A teraz poczuł, że ma oczy pełne łez, kapiących na rytualną księgę zaklęć na demony.

Demony przyglądały się temu z niedowierzaniem.

 

———————————————————-

 

Cesarz wstał z tronu by powitać Stopę a Stopa stała naprzeciw cesarza, czas się zatrzymał, nawet nikt nie mrugnął , jakby film stanął. Zastygli w milczeniu.

 

———————————————————-

 

Pho Lin Q mieszkał pod mostem. Zbił tu sobie domek z desek i to mu wyraźnie wystarczało. I odpowiadało. Należał do tej kategorii ekscentryków, którzy uważają, że nie należą do żadnej kategorii. I trzeba przyznać, że takich ludzi jest na tyle mało, że jeden drugiego może przez całe życie nie spotkać.

Pho Lin Q siedział sobie nad brzegiem rzeki Liżje w miłym cieniu. Siedział dość nieruchomo ale zarazem w sposób zrelaksowany. W jego wyglądzie było coś przyjemnego,

uspokajającego. Tak to odczuwał również Czarownik, który przyszedł odwiedzić starego przyjaciela. Był to zaiste wyjątkowy przyjaciel, ponieważ prawdziwy Czarownik nie ma żadnych

przyjaciół. Przyszedł po radę.

Pho Lin Q cieszył się opinią filozofa i mędrca, chociaż czy się cieszył, to w jego przypadku nie było wiadome. Ucieszył się jednak z odwiedzin Czarownika.

– Odwiedzają mnie raczej szkolne wycieczki i delegacje ze stolicy ale przyjaciel to cenny to rzadki okaz. Stałem się już instytucją muzealno- konsaltingową.

– Czcigodna Instytucjo, to zaszczyt móc złożyć ci pokłon.

– Ty? Ty żartujesz?  Największy ponurak żartuje i się uśmiecha? Nie do uwierzenia!

– No właśnie- pokiwał głową Czarownik i posmutniał, bowiem przypomniał sobie, że ma problem- i o tym chciałem porozmawiać z tobą…

_________________________

 

Czas się zatrzymał. Stopa naprzeciw Cesarza. Cesarz naprzeciw Stopy. Wszyscy czekają co się zdarzy, a tu nic. Nie wiadomo.

 

———————————————-

 

– I o czym byś chciał porozmawiać?

– O uczuciach. Uczuciach i emocjach. No wiesz, co słychać w ogóle, co u ciebie, jak się pozbyć uczuć, jak to zablokować?- Czarownik w toku wypowiedzi sam się zreflektował, jak bardzo był zdenerwowany.

– Rzeczywiście, zmieniłeś się przyjacielu…

– Tak, zmieniłem się na gorsze, nie wypada czarownikowi…

– Płakać?

– Tak, płakać… A skąd wiesz? A, No ty wiesz, ty jesteś mądry, jesteś mędrcem, no szamanem…

– Niekoniecznie na gorsze- Pho Lin Q patrzył na Czarownika uważnie – ale zamknij się teraz i posłuchaj, bo rzeczywiście trajkoczesz jak baba na bazarze.

Na te słowa Czarownikowi stanęły łzy w oczach, bo przypomniał sobie o swojej pierwszej ( i jedynej ) miłości. Ale się zamknął. ” Stul pysk”- pomyślał sam do siebie i zrobiło mu się wesoło.

– Niekoniecznie na gorsze, przyjacielu, może to wyjdzie na dobre,a nawet dobre bardzo, ale nie będzie to takie łatwe. Treningu wymaga praca z emocjami. Transformacja musi nastąpić. Wtedy włączone zostaną uczucia, szczególnie te, których nie chcesz, w twoje pole energii i twoje pole potężne się stanie. To tak jakbyś wrogie armie zdołał na swoją stronę przekabacić.

Stokroć będziesz potężniejszy. I żywy się staniesz, a nie jak czcigodna, pusta i poważna skorupa.

Czarownik miał dość głupią minę i Pho Lin Q roześmiał się serdecznie. Śmiał się długo i klepał się po udach. Czarownik, na początku zrobił jeszcze głupszą minę, potem jednak lekko się

uśmiechnął, trochę na siłę, ale coraz szerzej i dzielącwesołość przyjaciela sam się w końcu roześmiał. Tak się śmiali, aż ich w końcu rozbolały brzuchy.

– Właśnie rozpocząłeś wyższą szkołę jazdy- zdołał wydusić Pho Lin Q. Roześmiałeś się sam z siebie. A teraz opowiedz co się stało.

– ?

– Jak do tego doszło, że uczucia wylały.

– Acha – i Czarownik opowiedział mu o Stopie.

 

————————————————-

 

Stopa uniosła się do góry i z całym impetem rozdeptała na placek cesarza Nus ad Dina I. Słychać było chrzęst łamanych kości a z pod Stopy, której uniesiona pięta wykonywała zgrabne ćwierć obroty w lewo i w prawo, ukazała się kałuży krwi. Widać było jeszcze upierścienione dłonie i podeszwy butów cesarza. Poczym wszyscy znieruchomieli jeszcze bardziej.

Stopa obróciła się frontem ku zebranym w sali i tyłem, elegancko wskoczyła na tron, przed którym leżały rozwalcowane zwłoki cesarza w charakterze niezbyt estetycznego dywanu.

Tron był rzeczywiście ogromny, miękko wyścielany,  o rozmiarach łoża, a Cesarz zwykł był na nim siadać po turecku. Mówiono, że tron był pozostałością po cywilizacji Tytanów.  Stopie wystawał poza krawędź siedzenia tylko duży palec.

Wyglądała dobrze, można powiedzieć, że nareszcie znalazła sie na swoim miejscu.

Wtedy zgromadzeni uklękli. Wszystko to odbywało się tak naturalnie, jakby zostało zaplanowane. A może zostało? Obecność Stopy na tronie została automatycznie zaakceptowana i co więcej uczczona.

– Niech żyje Jej Cesarska Wielka Czarodziejska Stopa- rozległy się głosy, początkowo nieśmiało a potem wszyscy darli się już maksymalnie.

– Niech żyje! Niech żyje!

Obecny tam Minister Cudów, choć nie był tak rozentuzjazmowany jak cała sala, to jednak wyglądał na bardzo zadowolonego.

– Dziękujmy Niebiańskiemu Władcy,  za Jego Świętą Wolę, że zesłał nam Wielką Czarodziejską Stopę jako  Cesarza- zadudnił swoim niesamowitym basen, który wzniósł się ponad inne głosy, jak dym wznosi się nad wodą.

Dzień ten nazwany został DNIEM WSTĄPIENIA NA CESARSKI TRON WIELKIEJ CZARODZIEJSKIEJ STOPY.

 

 

– A to historia, doprawdy surrealizm- odezwał sie Pho Lin Q po długiej chwili milczenia, która zapadła, gdy Czarownik skończył opowiadać – i wtedy obudziły się w tobie uczucia?

– Tak, dostrzegam pewien związek przyczynowy- głos Czarownika zabrzmiał mechanicznie- automatycznie. Jego źrenice powędrowały do góry, by ukryć się pod powiekami  – pe- wien- zwią-

zek- przy- czy- no- wo- sku-t ko- wy- zwią- zek- przy- czy to zno- wu o- na o kur- wa zno- wu o- na nie- moż- li- we- we- we- we- we- eeeeeeeeeeeeeeee… .

Pho Lin Q daleki był od przestrachu a nawet zdziwienia, widząc trans Czarownika. Znali się przecież nie od dzisiaj, więc spokojnie siedział, popijając herbatę.

– Coś ze Stopą?- zapytał po pewnym czasie widząc, że tamten dochodzi już do siebie.

– Tak, coś się znowu sta stało-głos Czarownika wrócił do normalnej tonacji i tempa – ale nie widzę dokładnie co… Coś w pałacu cesarskim.

– No cóż, dowiemy się z gazet. Na razie wróćmy do treningu uczuć. Co czujesz teraz.

– Niepokój.

– Bardzo dobrze. Czuj go. Nie uciekaj. Oddychaj. Kluczem jest oddech.

Czarownik położył się na piasku. Rzeka leniwie przepływała obok a on pierwszy raz stanął w twarzą twarz ze swoim niepokojem, bez niepokoju.

 

————————————————————————————————————————————-

 

Kemal Kikut, tak go nazywano, upijał się bez przerwy. Właściwie nawet nie trzeźwiał. Odkrył w sobie talent do organizowania sobie alkoholu, a czasem jakichś narkotyków, bez konieczności wydawania pieniędzy. Więc pił ile chciał, a raczej ile mógł. Tym bardziej, że tajemniczy związek między jego kalectwem a Wielką Czarodziejską Stopą ,a także ich synchronizacja, dawała wszystkim do myślenia. Wszystkim, tylko nie jemu, bo właśnie dlatego usiłował się zamroczyć, żeby nie myśleć i nie pamiętać o tym. Ale paradoksalnie była to jedna z przyczyn, dla której Kemal mógł zawsze znaleźć sponsora. W tym czasie jego kikut już się prawie zagoił.

 

————————————————————————————————————————————–

 

– Ależ to jakiś absurd! To zupełny absurd! Totalny!- denerwował się minister spokoju,El Dżalik. Rozmawiał z dowódcą gwardii pałacowej Lunu, swoim bezpośrednim podwładnym, którego wezwał do gabinetu. Lunu był wielkim napakowanym jasnobrązowym murzynem. Stał przed biurkiem El Dżalika prawie na baczność, u pasa wisiał mu zakrzywiony, mieniący się złotym blaskiem miecz tahuna. Lunu  miał wojskowy wyraz twarzy.

– Stopa jest cesarzem. Chronimy cesarza- stwierdził w odpowiedzi Lunu.

„No a czego ja się, kurwa, miałem spodziewać, po tym debilu”- myślał nerwowo El Dżalik  -„wypowiada swoje aksjomaty typu >chronimy cesarza<  i w ogóle się nie zastanawia, kto tak naprawdę rządzi. Robot jebany.”

– Stopa jest cesarzem a cesarza chronimy?- zapytał sarkastycznie, bo nie miał lepszego pomysłu.

– Tak jest, sir – i po chwili namysłu zapytał – a co to absurd?

– To coś w rodzaju cudu- odparł po chwili zastanowienia-” jednak dociekliwy, jak na takiego debila.” Ale się nad tym za dużo nie zastanawiaj. Stopa jest cesarzem ?

– Chronimy cesarza ! – i z tymi słowy, na dany przez ministra znak, Lunu wymaszerował.

Pozyskanie Lunu było zresztą z góry skazane na niepowodzenie. No cóż, trzeba było spróbować. I choć ostatnie wydarzenia były dla Ministra zupełną niespodzianką i nie bardzo wiedział co ma robić, nie zamierzał jednak tego tak zostawiać. Postanowił, że na tym czy innym ruszcie usmaży swoją antylopę. I miał do dyspozycji potężnyRresort Spraw Wewnętrznych.

 

————————————————————————————————————————————-

 

Ministra Cudów Al Dżamali dochodziły co raz to telepatyczne słuchy, że nie wszyscy dworzanie są zadowoleni z takiego obrotu sprawy, to znaczy z intronizacji Stopy. Szczególnie podejrzany wydawał  się El Dżalik, Minister Bezpieczeństwa. Nie dziwił mu się wcale. Minister Nadworny Czarownik mało czemu się dziwił. I mało co mogło go zaskoczyć. Tym co go jednak całkowicie zaskoczyło, było zachowanie Stopy. To znaczy zmasakrowanie Cesarza. Przepowiednia o Stopie, o której mówił Nus ad Dinowi I była wiarutnym kłamstwem. Blefował. No cóż, miało się wprawę. Czynione przez Ministra Cudów  próby odczytania przyszłości, dotyczące Stopy, niczego nie przyniosły. Stopa była jakby

objęta klauzulą tajności i wszystkie, dotyczące jej warianty prekognitywne były zaciemnione. W ogóle, z chwilą wkroczenia Stopy do sali audiencyjnej, wszelkie jasnowidzenie przyszłości się urywało. Milczał także Karok. Al. Dżamali dorobił nawet nową kartę z wizerunkiem obciętej stopy, ale nie zastała ona rozpoznana przez  pozostałe arkana i jako niekompatybilna wprowadzała tylko dezinformacje.

Wobec takiej niewiadomej postanowił działać intuicyjnie i chociaż bardzo tego nie lubił, nie widział innego wyjścia. Postawił więc żagiel i popłynął z wiatrem. Powiedzmy, oportunizm intuicyjny. To okazało się korzystne, przynajmniej do tej pory. Al. Dżamali  nie bardzo lubił cesarza Nus ad Dina I, uważał go, nie bez podstaw, za tchórzliwego głupca. I chociaż pozwalało to nim manipulować, sytuacja ta męczyła Nadwornego Maga, tym bardziej że Cesarz ciągle domagał się pochlebstw ,zachowywał się kapryśnie, i często nieprzewidywalnie. Szczególnie jak sobie popił.

Minister wykorzystał więc sytuację i przejął realną władzę ogłaszając się Jedynym Autoryzowanym Interpretatorem Translatorem Woli Jej Cesarskiej Wielkiej Czarodziejskiej Stopy. No bo kto, jeśli

nie Dyplomowany Telepata, Nadworny Czarownik, mógł odczytywać  rozkazy takiego Cesarza. Było to proste i genialne, właściwie samo się narzucało i był to taki przewrót bez przewrotu.

 

Al Dżamali poczułby pewnie wdzięczność wobec Opatrzności, gdyby w Opatrzność wierzył. Zamiast tego pomyślał, że co to za różnica, kto siedzi na tronie.

Minister Al Dżamali większą część swojej uwagi poświęcał teraz Stopie. I odkrył, że Stopa była trochę jak zwierze, nie do końca dzikie. Coś jak niedźwiedź. Niedźwiedzie są znane ze swoich nieprzewidywalnych napadów agresji, nawet jeśli się wydają zupełnie oswojone. Nawet jeśli potrafią jeździć na rowerze.  Oczywiście, na ten tor rozmyślań pchnął Al Dżamalego smutny koniec zmasakrowanego Cesarza. W tym wypadku, zachowania Stopy nie dawało się wyjaśnić w kategoriach zwierzęcej, nieprzewidywalnej agresji. Pominąwszy bowiem drastyczność sytuacji, cała sprawa wyglądała raczej na precyzyjnie przeprowadzony plan. Kto tym kierował i czy w ogóle ktoś tym kierował. Stopa konsekwentnie opierała się próbom magicznej infiltracji. W jakiś sposób utajniona była jej przeszłość i przyszłość. Poza tym, że dysponuje percepcją i, co wydawało się niezaprzeczalne, pewną dozą wolnej woli, która opierała się także czarodziejskim wpływom, trudno było cokolwiek o jej naturze powiedzieć. Al Dżamali odkrył, że Stopa potrafi widzieć dużym palcem u nogi. Prawdopodobnie.

Ale największym odkryciem, którego dokonał, było to, że Stopę można  obłaskawić i, że zdawała się odwzajemniać skierowaną ku niej sympatię. Potwierdzało to teorię o jej zwierzęcej naturze. Ale wcale nie wyjaśniało ,jak potrafi  chodzić po wodzie, co musiało być potwierdzeniem jej magicznego albo transcendentalnego pochodzenia. Albo, że nie potrafiła pływać. Starał się więc lubić ją ze wszystkich sił.

Chodził z nią na długie spacery po cesarskich ogrodach. Chodzili sami, bo Jedyny Autoryzowany Tatranslator Interpretator odsyłał wtedy służbę i straże, mówiąc, że Stopa kazała ich

odprawić. Stopa zachowywała się bardzo poprawnie ( pominąwszy, że zawsze skracała sobie drogę przechodząc po wodzie przez staw ) i pozwalała mu się nawet dotykać. To podsunęło mu pewien pomysł. Nie bardzo wiedział, co z niego wyniknie, ale po pierwsze był tego ciekawy, a po drugie stanowiło to wyzwanie  Ars Magna.

Jako, że czytał myśli, choć te niekoniecznie były bez osłonek, bo ministrowie najczęściej je ukrywali, miał okazję być świadkiem, jak El Dżalik, przechodząc mimo, powtarza sobie:  ” Zabić Stopę! Zabić Stopę! Zabić!”, a kiedy dostrzegł ministra cudów spłoszył się i zaczął w myślach liczyć:” 121, 122,123, 124…”, co stosował jako telepatyczną osłonę. Ale było już za późno.

– Za-póź-no! – pomyślał Al Dżamali.

Realizując swój nowy pomysł  korzystał z okazji braku świadków. Smarował Stopę tajemniczymi mazidłami, co czynił pod pozorem czułości a Stopa się nadstawiała. W każdym razie zachowywała się jakby jej to pasowało. A może coś wiedziała.

” To się zdziwisz, el Dżalik! ”

No i wkrótce zdziwili się wszyscy, gdyż czarodziejskie zabiegi Al Dżamalego przyniosły rezultaty – Stopa nauczyła się latać.

 

Mniej więcej w tym czasie Kemal wyprowadził się od matki i zamieszkał w burdelu. Został tam zaproszony z uwagi na swój kikut.

Jako, że jego sława szeroko się rozniosła jako kogoś w rodzaju Matki Boskiej dla Wielkiej I Tak Dalej, jego osoba przyciągała klientów. Poza tym, no cóż, właściwie wstyd powiedzieć do czego dziewczęta z tego przybytku  używały kikuta. Na pewno nie do mieszania herbaty. Trzeba jednak przyznać, że Kemal zarabiał na siebie. No i oczywiście na alkohol, który wypijał.

 

——————————————

 

Czarownikowi nie szło teraz dobrze. To był dla niego bardzo trudny okres. Mimo, że po odbytym u Pho Lin Q treningu, stał się bardziej pełnowymiarowym, świadomym swoich uczuć człowiekiem, okazało się to przeszkodą w jego pracy, ponieważ zmuszony był teraz odrzucać większość zleceń. Zrezygnował z czarnej magii i od razu odczuł ujemne tego skutki w swojej sakiewce. Tym bardziej miał okazje zdać sobie sprawę, jak czarne do tej pory były jego czary.

Przeżywanie stanów uczuciowych było jednak zajęciem fascynujących i któregoś razu, kiedy płakał już chyba zbyt długo, postanowił odnaleźć Kemala.

Kemala nie trzeba było zresztą długo szukać, wszyscy wiedzieli gdzie jest i co, przynajmniej oficjalnie, porabia. Siedział w salonie klubu Laila&Laila, ubrany w strojne szaty, zdobione sztucznymi klejnotami, co miało wskazywać na jego cesarskie koneksje. Był oczywiście pijany, ale tylko na tyle, na ile pozwalała mu funkcja reprezentacyjnego rezydenta.

– Biała, żółta czy czarna? – zapytał Kemal Czarownika, który nazajutrz stawił się w przybytku rozkoszy- chuda czy przy kości, młódka czy dojrzała?, wszystkie piękne, napalone i pracowite- zachwalał ofertę, lekko bełkotliwym głosem, Kemal.

– Stopa…- Czarownik, który ostatnio był obrazem nieopisanego smutku, nawet się ucieszył, że udało mu się zastać Kemala samego i że może z nim porozmawiać.

– No tak- mruknął dość arogancko Kemal- nie jest tajemnicą, że należę do rodziny Jej Cesarskiej Mości i z tego tytułu możesz mi  waść postawić szklanice kruszona…

– Nie o to chodzi- przerwał mu Czarownik.

– No to o co chodzi?

– Chodzi o to, że to ja..- Czarownikowi jakoś trudno było się zdobyć na wyznanie.

– Co ja?

– No powiększyłem Stopę. Twoją Stopę. Właściwie, to chciałem ją zmniejszyć. Na amulet…ale…

– Chyba żartujesz?- Kemal patrzył na Czarownika z dość lekceważącym powątpiewaniem. Kojarzył go, co prawda mgliście, bo Czarownik był całkiem znaną osobistością w mieście, ale nie bardzo chciało mu się wierzyć w to co mówił. Wielka Czarodziejska Stopa wydawała się wszystkim raczej przybyszem z nieba, czy coś w tym stylu, a jej związek z brakującą kończyną Kemala był traktowany symbolicznie. Jakieś takie duchowo- anatomicznie przystawalne, abstrakcyjne pokrewieństwo, coś nieuchwytnego i tajemniczego. A tu taka brutalna dosłowność. Czarodziejski banał. Po prostu powiększył i to przez pomyłkę. Trudno było to łyknąć, ot tak, po prostu. Poza tym Kemal był trochę pijany.

– Nie żartuję. Taka prawda jest. Teraz chcę ci pomóc odzyskać twoją Stopę. Mogę to zrobić jeśli zechcesz współpracować.

– Znowu żartujesz- Kemal pociągnął sobie trunku z wielkiego srebrnego pucharu- przecież mi tu dobrze. Zobacz, mam wszystko i niczego mi nie brakuje…

– Oprócz Stopy!

– O, to było sprytne, Czarowniku! – Kemal wymierzył w niego wskazujący palec- spryyytne!  Ale Stopa jest Cesarzem i jest daleko a mi tu całkiem wygodnie.

– Ale pomyśl! Możesz odzyskać Stopę i jeszcze zostać…

– Tak, znowu być tragarzem- teraz Kemal wpadł mu w słowo. Eee?  Zatkało kakao? Ani mi się śni! Jeżeli nie szukasz tu kobiety to wybacz, ale audiencję uważam za zakończoną.

Kemal zadzwonił dzwonkiem i zaraz zjawił się potężnie zbudowany wykidajło o zimnym spojrzeniu mordercy.

– Ten pan, zdajesie czarownik, będzie już wychodził.

Wykidajło patrzył na Czarownika natarczywie. Czarownik mógłby, co prawda rzucić nim o ścianę za pomocą drobnego magicznego gestu albo, co gorsza… „E tam, dosyć już nawywijałem”- pomyślał i skierował się w stronę wyjścia.

Opuszczając klub Laila&Laila poczuł się przybity.  Znowu czuł smak porażki, a chociaż był już do niego przyzwyczajony, to wolałby nic nie czuć. Postanowił się upić, ale nie w burdelu. W burdelu było za drogo.

 

————————————————————

 

Odkąd Stopa nauczyła się latać, często unosiła się nad cesarskim tronem a poddani tym gorliwiej oddawali jej cześć i chwałę.

Minister cudów Al Dżamali był z tego bardzo zadowolony, a Minister Spokoju el Dżalik popadał w coraz głębszą depresję. Dowódca straży pałacowej Lunu nie chciał z nim nawet rozmawiać.

Po pewnym czasie  Al Dżamali zamówił u płatnerzy pancerny but dla Stopy. Jak zwykle, zamówienie to określił jako wolę Stopy .I już sam nie był pewien, czy to rzeczywiście jej wola, czy też jego własny pomysł.

Wspaniały but pancerny został zaprojektowany przez Mistrza Budowy Machin Wojennych i wykonany przez najlepszych rzemieślników, z najlepszej tahuańskiej stali, w rekordowo

krótkim czasie. But pancerny wyglądał niesamowicie. Miał ładną linię, był, elegancki, ogromny, zbrojny i pozłacany. Miał segmentową konstrukcję, co pozwalało montować na Stopie kolejne fragmenty blachy, kiedy tylko znalazła się na pancernej podeszwie, której prorektor stanowiły straszliwe kolce. Z przodu, w charakterze zderzaka zainstalowano ogromny szpikulec. W miejscu końca dużego palca, pozwalającego, jak się wydawało, Stopie widzieć, wstawiono wielowarstwową klejoną szybę. Patrząc ze współczesnej perspektywy, dziwić mógłby brak stateczników,  ale należy wziąć pod uwagę fakt, że budowniczowie buta nie mieli doświadczenia w awiacji. Al Dżamali zastanawiał się czy but nie jest aby za ciężki i czy Stopa da radę w nim latać, ale jego obawy okazały się płonne.

Stopa łaskawie pozwoliła się obuć. Stała się teraz awangardową bronią o pierwszorzędnym znaczeniu strategicznym, wielozadaniowym taranem dalekiego zasięgu. W oczach żołnierzy

Stopa stała się teraz realnym głównodowodzącym armii, a dla wszystkich poddanych, także materialnym symbolem zwycięstwa. Już niedługo jej lotnicze interwencje w konfliktach

zbrojnych i jej brawurowe rajdy weszły do legendy i kronik cesarstwa. Zjawiająca się nad polem bitwy Wielka Latająca Czarodziejska Stopa w pancernym bucie, siała postrach w

szeregach wroga, trzeba powiedzieć, panikę. Deptała, przebijała, rozgniatała, kopała i taranowała, za każdym razem doprowadzając do zwycięstwa cesarskiej armii.

 

————————————————————————————————————————————-

 

Dopiero za trzecim, czy za czwartym  razem,  Czarownikowi udało się nakłonić Kemala do swojego pomysłu. W tym celu posłużył się podstępem. I chociaż podstęp jest działaniem co najmniej wątpliwym etycznie, rozwiązał ten dylemat uznając, że jednak czasami cel uświęca środki. Zresztą, co tu dużo mówić, cały plan Czarownika opierał się na podstępie. „Podstęp, ale nie pułapka” –  pocieszał się w myślach  – „Poza tym, jak przekonać pijaka?”.  Być może pomogło również i to, że Kemal Kikut nie zdążył wtedy się jeszcze napić i odczuwał niewyobrażalnego kaca.

Otóż Czarownik przybrał postać dworzanina, zresztą wcale nie musząc się przebierać. Po prostu użył swojej czarodziejskiej sztuki i efekt był taki, że każdy od razu wiedział, że jest ważnym człowiekiem z pałacu cesarza. Efekt był lepszy niż gdyby to sobie wypisał na czole. A jeśli chodzi o siłę sugestii hipnotycznej, której użył, wyglądało to tak; poruszając palcami podniesionej prawej ręki, mówił:

– Chcesz ze mną pójść Kemalu. Pragniesz tego. Wychodzisz teraz ze mną i będziesz chętnie współpracował. Stopa kazała posłać po ciebie, chcesz ją odzyskać  – oczywiście wszystko to

była manipulacja, ale najgorszym bezczelnym kłamstwem było ostatnie zdanie, bo ani Stopa nie dopominała się Kemala, ani Kemal Stopy. W czasie poprzedniej próby, czarodziejska

sugestia nie zadziałała, ponieważ Kemal był zbyt pijany a alkohol dawał mu pewną ochronę przed hipnozą. Jednak tym razem wstał posłusznie i poszedł za Czarownikiem. Udali się do jego

pracowni. Tam Czarownik, pogłębiwszy jeszcze trans, w który wprowadził Kemala, zaprogramował go w najdrobniejszych szczegółach, co ma robić. A było co robić…

Kiedy skończyli, Czarownik pierwszy raz od dłuższego czasu poczuł, że mu ulżyło.

 

————————————————————————————————————————————-

 

W Cesarstwie, od czasu przejęcia przez Stopę tronu, właściwie nic się nie zmieniło. No może to, że ludzie dostali nabożnej obsesji na punkcie Stopy, co nota bene, idealnie wpasowało się w obowiązującą religię, w której Cesarz był Bogiem.  No może jeszcze, że wzrosła potęga militarna i terytorium Cesarstwa powiększyło się o nowo zdobyte ziemie, a Cesarzem de facto był Minister Cudów, Al Dżamali. No, może poddani Jej Cesarskiej Mości Wielkiej Czarodziejskiej Stopy stali się jakoś bardziej uczuciowi. Może na pewno jakoś bardziej ( w sprawach uczuć logika nie jest najważniejsza ). W każdym razie, więcej się śmiali i płakali. Może mniej udawali, że jest świetnie, kiedy byli smutni, czy załamani. Trudno byłoby znaleźć naukowy dowód, że miało to bezpośredni, czy pośredni związek ze Stopą, ale można tak założyć. Tak, jakby obowiązujący dotąd paradygmat ratio, zamienił się  w obowiązujący odtąd paradygmat uczuć. Coś w stylu: ” czuję, więc jestem.”

Efekty tego zjawiska były czasem  śmieszne a czasem bolesne, czego jednym z przykładów był El Dżelik, Minister Spokoju, czyli tajnych służb, który popadł w ciężką depresję od czasu, kiedy Stopa nauczyła się latać. Teraz ciągle płakał.

Natomiast minister cudów Al Dżamali zakochał się chyba w Stopie, tak to przynajmniej wyglądało. Nasłuchiwał jej telepatycznych poleceń i zaraz kazał je zapisywać w formie dekretów

Cesarza. Jako Jedyny Autoryzowany Translator i Interpretator Woli Jej Cesarskiej I Tak Dalej Stopy, sam już uwierzył, że takowe odbiera. A może Stopa porozumiewała się z nim w ten sposób naprawdę.

Już od rana przypatrywał się ablucjom Stopy, która była kąpana przez  osiem nagich służebnic, zgodnie z zaleceniami Al Dżamalego, a więc oficjalnie samej Stopy. W myśl tych zaleceń

była też nacierana olejkami i masowana nagimi piersiami. Potem w ciągu dnia minister nie odstępował jej o krok, głaskał i całował we wszystkie palce i w kostkę. A kiedy wylatywała na

jakąś kolejną wojnę, startując z pałacowego balkonu, odprowadzana wzrokiem tysięcy poddanych, on stał, to znaczy, Al Dżamali, wpatrzony w niebo, aż do jej powrotu. Czasem trwało to

długo, więc leżał pod gołym niebem i tęsknie wypatrywał. Za to kiedy Stopa wracała, w pancernym bucie obryzganym krwią pokonanych wrogów, lądując gwałtownie, z pewną dozą

nonszalancji, radości nie było końca. I wtedy nie tylko minister wydawał być się w Stopie zakochany.

Tak więc w cesarstwie właściwie nic się nie zmieniło.

 

————————————————————————————————————————————–

 

Odkąd odszedł Kemal, w klubie Laila&Laila ( właścicielami były matka i córka ) zrobiło się jakoś smutno. Dziewczęta siedziały, przeważnie patrząc w okno i wzdychały za Kemalem. Musiał

on mieć w sobie coś ujmującego, co kazało do niego odczuwać sympatię a nawet coś więcej, mimo że ciągle był pijany, i mimo że kaleka, a może tym bardziej.

Kemal zaś razem z Czarownikiem zmierzali do Stolicy , wozem ciągniętym przez dwa konie.

Jednym z kluczowych elementów planu Czarownika był lewy but, w którym Kemal chodził przed obcięciem stopy. Dość długo trwało zanim matka Kemala zdołała ten but odszukać.

– Na co ci ten but, drogie dziecko?

– Nie mogę ci powiedzieć, mamo. Na razie. Na razie- odpowiadał zgodnie z zaleceniem.

Poczuła ukłucie niepokoju ale pocieszające było dla niej to, że Kemal wyjątkowo nie wydawał się być pod wpływem alkoholu. Był pod wpływem czarów, ale tego się nie domyślała.

Teraz lewy but, już dawno nie używany, bo od opisanych na początku wydarzeń minął już prawie rok, leżał bezpiecznie w tobie Czarownika. Ten wyjął go i podał Kemalowi, który na prawej nodze

miał drugi but z tej samej pary.

– Masz, przyzwyczajaj się i trenuj.

I Kemal trenował.

 

———————————————————–

 

Czarownik postanowił rozegrać tę scenę przed pełnym audytorium. Najlepiej nadawała się do tego sala audiencyjna w czasie tak zwanej audiencję powszechnej. Miało to swoje minusy,

ponieważ kolejka oczekujących była długa, lecz Kemal, jako niepełnosprawny, już po stosunkowo niedługim czasie, znalazł się przed obliczem Jej Cesarskiej Mości Wielkiej Czarodziejskiej Stopy. Kemal miał przy sobie wszystko, co potrzeba.

Stojąc przed ogromnym tronem, wyraźnie sobie przypominał Stopę, która kiedyś była częścią jego ciała. Znał ją dobrze, w sumie pamiętał każdy szczegół, od pięty aż do małego

palca. To była na pewno jego własna Stopa, tyle że monstrualna i spoczywająca na równie monstrualnym, złotym tronie, otoczona splendorem. Kemal poczuł przytłaczającą nierealność

całej tej sytuacji.

Starając się, żeby jego ruchy wyglądały naturalnie, nieśpiesznie wyjął  z torby ozdobne purpurowe pudełko przewiązane złotą kokardą i położył przed tronem. Takie zachowanie mieściło się jak najbardziej w protokole.

Zgodnie z oczekiwaniami, cesarski paź podniósł i rozpakował paczkę. Potem stanął w pełnej szacunku pozie, unosząc w wyciągniętych rękach używany lewy but. Była to zielona ciżemka.

Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że Kemal nosił taką samą.

Ucichł gwar. Ludzie zaczęli z uwagą przyglądać się dziwnemu darowi Kemala. Czarownik był obecny w sali audiencyjnej, przypatrując się temu z pewnej odległości. Stojący obok tronu, Minister Cudów Al Dżamali, miał coraz bardziej zdziwiony wyraz twarzy.

Stopę przeszedł dreszcz. Wyglądała na bardzo zaaferowaną widokiem buta.  Paź ukłonił się nisko i postawił but przed tronem.

 

————————————————–

 

Pho Lin Q przypatrywał się rzece, leniwie toczącej swoje wody. Nie zastanawiał się skąd, ani dokąd płynie. Podziwiał refleksje słońca na delikatnie marszczącej się tafli. Przypominało mu to jego własny umysł. Uśmiech na jego twarzy był tajemniczy i wyrozumiały.

 

—————————————————

 

Matka Kemala ucierała w coś w makutrze. Doszły do niej słuchy, że jej syn opuścił miasto i to w towarzystwie tego przebrzydłego Czarownika, który jak wiadomo, nie cieszył się dobrą sławą. Nie wróżyło to niczego dobrego.

” Gdzieżeś ty poszedł synku mój kochany? I dokąd prowadzi cię ta twoja głupota. A taki był z ciebie śliczny chłopczyk…”

 

—————————————————

 

Dziewczęta w burdelu Laila&Laila wyglądały trochę jak zaczarowane i patrzyły tępym, nieobecnym wzrokiem. O tej porze nie było jeszcze klientów i mogły sobie na to pozwolić.

 

—————————————————-

 

W sali audiencyjnej panowała elektryczna cisza. Wszyscy wpatrywali się w Stopę i w stosunkowo malutkiego buta. Stopa zaczęła wiercić się nerwowo na tronie. Zeskoczyła i dużym palcem dotykała buta. Minister Cudów przyglądał się temu z rosnącym niepokojem.

Teraz nastąpił najważniejszy moment operacji. Kemal błyskawicznym ruchem wyciągnął z kieszeni  3 buteleczki z czarodziejskimi proszkami i po kolei posypał nimi stopę. Czerwonym, niebieskim i zielonym. I wtedy…

Na oczach wszystkich zgromadzonych Stopa zaczęła się zmniejszać.

To wszystko stało się tak szybko, że dopiero teraz Minister Cudów,  zresztą trzeba mu przyznać, jako pierwszy, zaczął krzyczeć. Być może zorientował się już, o co chodzi.

– Nieeeeeeee!!!!!

Zaraz potem zaczęli krzyczeć wszyscy. Zapanował ogólny tumult.

Stopa zmniejszała się błyskawicznie i wkrótce osiągnęła swoją naturalną wielkość. Rozmiar 44. I, jak się wydawało, wielce zadowolona, wskoczyła do zielonej ciżemki.

Po prostu rozpoznała swój but.

I wtedy do akcji wkroczył, a raczej, wbiegł Czarownik. Jako, że był już na z góry upatrzonej pozycji, wyskoczył z tłumu i zręcznie omijając, otumanionych zaklęciem cesarskich gwardzistów, przypadł do Stopy. Tę część operacji musiał wykonać własnoręcznie, ponieważ czarodziejski klej zrastający wymagał wykonania pewnych mantycznych gestów. Zdążył je wykonać i posmarować klejem kikut Kemala, kiedy rzucił się na niego Al Dżamali i zaczął go dusić.

– Strażeee!!!- ryczał przeraźliwym nieludzkim głosem.

Potraktowani zaklęciem obezwładniającym gwardziści, nie bardzo wiedzieli o co chodzi. Ich dowódca Lunu z otwartymi ustami patrzył w sufit.

Kemal przyłożył Kikut do zmniejszonej stopy, w zielonej ciżemce. Przyrosła natychmiast. Znowu miał buty do pary i to na własnych nogach.

– Niech żyje nowy Cesarz. Prawowity właściciel Czarodziejskiej Stopy!- zakrzyknął wielkim głosem Czarownik, który zdołał uwolnić się z duszącego uścisku Al Dżamalego. Osiągnął to, waląc tego ostatniego w splot słoneczny.

W sali audiencyjnej zrobiło się trochę spokojniej. Do tych, którzy widzieli całą akcję, dopiero teraz, bardzo powoli, zaczęło docierać, co się stało.

Kemal wyprostował się dumnie i usiadł na tronie. I nikt nie próbował mu w tym przeszkodzić.

Minister Cudów leżał na posadzce, usiłując złapać oddech.

– Niech żyje Kemal, nowy cesarz! Prawowity właściciel Czarodziejskiej Stopy!- skandował nieprzerwanie Czarownik.

W końcu podchwycili, tak jak pompą zasysa wreszcie wodę. Najpierw przyłączyły się pojedyncze głosy a potem już popłynęły. Wszyscy krzyczeli zgodnie.

– Niech żyje Kemal, nowy Cesarz. Prawowity właściciel Czarodziejskiej Stopy.

 

—————————————

Właściwie to skończyło się dobrze.

Czarownik został teraz mianowany, przez cesarza Kemala I, Ministrem Cudów.

Dotychczasowy Minister Cudów gdzieś się ukrył, prawdopodobnie na prowincji, a być może w rodzinnym mieście Kemala. Nie jest wykluczone, że tam będzie knuł swoje plany zemsty i

czy, w takim razie, mu się to nie uda. Może nawet, przez podstawioną osobę, wynajął dawną pracownię Czarownika, i tam przeprowadza swoje magiczne eksperymenty. Matka Kemala

została sprowadzona na cesarski dwór, w towarzystwie cesarskiego orszaku, i już nigdy nie narzekała, że ma głupiego syna.

Dziewczęta z burdelu Laila&Laila zostały hojnie obdarowane, a właścicielki przybytku mogły sobie pogratulować, ze udzieliły kiedyś gościnny pijanemu kalece.

Kemal pił teraz mniej i będąc Cesarzem, jakoś sobie radził, tym bardziej, ze miał inteligentnego Ministra Cudów.

A Stopa ? Stopa czuła się dobrze, i wydaje się, że nic nie pamiętała. Zatraciła na pewno swoje czarodziejskie właściwości.

 

————————————————–

 

Pewnego pięknego poranka Czarownik, czyli obecnie Minister Cudów, przechadzał się ulicami stolicy. Nagle zauważył, w niewielkiej odległości, dużego, kudłatego psa, niosącego w pysku jakiś zakrwawiony przedmiot. Wydawało się, że jest to ludzka ręka.

Minister odwrócił głowę i szybkim krokiem ruszył w przeciwnym kierunku.

 

 

 

 

K O N I E C

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s