Opowiadanie* Baśnie Antyandersena* MAGICZNE SZATY CESARZA

Przed wielu laty żył sobie cesarz, który bardzo nie lubił się stroić. Z najwyższą niechęcią zakładał cesarskie szaty, a jego ministrowie długo musieli go do tego namawiać. Najchętniej ubierał się w prostą szarą tunikę i sandały. Niestety, ciągle był zmuszany,  z racji tego że był cesarzem, brać udział w  najróżniejszych uroczystościach, a każdej uroczystości odpowiadał specjalny strój, tym bardziej że każde pojawienie się cesarza, wszyscy traktowali jako uroczystość. Cierpiał więc okrutnie z powodu swojej tekstylnej niechęci. Zdarzało się, że z tego nie mógł przez to w nocy spać. Niezbyt pomagało mu nawet to, że podczas ubierania go, w czym brało udział pięć garderobianych, najlepsi bajarze opowiadali mu najbardziej interesujące i niesamowite opowieści. Dla odwrócenia uwagi. Słuchał, co prawda chętnie, ale każda kolejna przymiarka, czy zakładana część garderoby, wywoływała na jego twarzy nieszczęśliwy wyraz, lub nawet bolesne westchnienie, ewentualnie jedno i drugie, jeśli zakładano mu coś bardzo strojnego.

Sytuacja zdawała się być beznadziejna i młody jeszcze cesarz, stopniowo tracił radość życia. Co gorsza tracił też zainteresowanie sprawami cesarstwa, co wywoływało zrozumiały niepokój jego otocznia. Zachowywał się apatycznie, a podczas audiencji, spotkań czy narad, miał smutną minę i był pozbawiony inicjatywy. Było to tym bardziej niepokojące, że dotychczas uchodził za nie najgorszego cesarza.

W tym czasie pojawili się na cesarskim dworze, dwaj tkacze. Żądali widzenia z samym cesarzem. Twierdzili, że potrafią utkać najdelikatniejsze materiały, niespotykane na całym świecie. Nie tylko kolory i wzory miały być niezwykle piękne, ale miały posiadać czarodziejską właściwość: uszyte z nich ubranie będzie niewidzialne dla każdego, kto nie nadaje się na swoje stanowisko, albo też byłby zupełnie głupi.

Oczywiście potraktowano ich jako oszustów, tym bardziej że jeden z nich twierdził, że jest bezpośrednim siostrzeńcem Szczurołapa z Heinlein, a oświeceni doradcy Cesarza wiedzieli przecież doskonale, że żadnego Szczurołapa z Heinlein nie było. Poza tym, co to za określenie „bezpośredni”?

Innym powodem, dla którego nie chciano dopuścić tkaczy przed oblicze cesarza, był ich podejrzany wygląd. Nie żeby byli brudni czy zaniedbani, ale wyglądali po prostu dziwacznie. Na przykład jeden z nich nosił pokaźny warkocz, a drugi, ten od Szczurołapa, miał zielone włosy. Obaj nosili długie sękate kije. Szpiczaste buty, z wyglądającej na krokodylą, skóry. I kolczyki w uszach. Mówili też tak jakoś nietypowo, nie żeby w obcym języku, czy z obcym akcentem, i trudno dokładnie powiedzieć dlaczego, ale sprawiało to bardzo dziwne wrażenie. Jednak mimo zdecydowanej odmowy, z którą się spotkali, przychodzili codziennie i stanowczo domagali się widzenia z cesarzem. Wykłócali się z dowódcą straży pałacowej i trzeba przyznać, że robili to z godnością.  Nie ugięli się nawet wobec groźby, że zostaną wtrąceni do lochu i na drugi dzień pojawili się, jak gdyby nigdy nic, ponawiając swoje żądanie. Słyszano ich rozmowę, w której ten z warkoczem przekonywał, że powinni użyć „skutecznych środków haram”, ale jego adwersarz pozostał nieprzejednany. „Postępujemy trybem zjawisk naturalnych”- miał powiedzieć. Co to znaczyło? Nikt nie był pewien.

W końcu im się udało. Ich tradycyjną już kłótnię z dowódcą straży pałacowej, usłyszał przechodzący obok, nadworny medyk. Wiedział o całej sprawie, i jako że stan psychiczny cesarza znacznie się pogorszył, zdecydował że spróbuje mu ulżyć w cierpieniu, z pomocą dziwnych tkaczy. Ujął się za nimi i gdy zostali wpuszczeni wprowadził ich wprost do sypialni cesarza, który z powodu tekstylnej depresji w ogóle już nie wstawał z łóżka. Leżał tylko i tępym wzrokiem wpatrywał się w baldachim.

Tkacze przedstawili cesarzowi swoją propozycję, a on ucieszył się jak dziecko. Widząc to nadworny medyk nie żałował swojej decyzji. Tkacze udzielali cesarzowi uprzejmych i naukowych wyjaśnień na wszystkie jego pytania. Używali, co prawda, dziwacznej terminologii, np.”ektoplazma” czy „tkanina astralna”, której mimo wyjaśnień, ani cesarz ani nadworny medyk, do końca nie zrozumieli. Ten ostatni uważał ich zresztą za oszustów zgodnie z niesławną opinią, która ich wyprzedzała. Ale teraz, po ich wysłuchaniu, skłonny był zaklasyfikować tkaczy, jako osoby chore psychicznie. Mimo to, obserwując natychmiastową poprawę stanu zdrowia cesarza, doszedł do wniosku, że cel uświęca środki i postanowił nie mieć wyrzutów sumienia, że oddał władcę w ręce wariatów.

Ręce domniemanych wariatów zdjęły natychmiast miarę z jego cesarskiej mości i uczyniły to, trzeba przyznać, bardzo sprawnie. O dziwo, cesarz poddawał się tym zabiegom, nad wyraz chętnie, ufny zapewnieniom tkaczy, że nie tylko nie będzie odczuwał magicznego ubrania, które mu uszyją, ale ponad to, zapewni mu ono wspaniałe czarodziejskie moce. Jeśli tylko będzie raczył je zakładać.

Ku zdumieniu nadwornego medyka, tkacze odmówili przyjęcia hojnej zaliczki. Poprosili tylko o zezwolenie na prowadzenie pracy w krypcie katedry, gdzie spoczywali czcigodni przodkowie cesarza. Cesarz zgodził się na to bez mrugnięcia okiem. Natomiast nadworny medyk, usłyszał w odpowiedzi na swoje pytanie o warsztaty tkackie, że stosują „procedurę wirtualną”,i utwierdził się w przekonaniu, że ma do czynienia z ludźmi całkowicie szalonymi. „Trzeba tylko uważać, żeby nie rzucili się na cesarza z nożem, czy co”- pomyślał i postanowił, że zadba o dodatkową ochronę, przy kontaktach władcy z tkaczami.

Po wyjściu tkaczy cesarz poczuł się na tyle dobrze, że pozwolił się ubrać, a nawet zgodził się, choć z wyraźnym obrzydzeniem, na założenie złotego łańcucha z ogromnym rubinem. Było mu lżej ponieważ uwierzył, że jego męka wkrótce się skończy.

W krypcie pałacowej katedry znajdowała się mała kaplica. Tkacze przeznaczyli ją na, jak to określili, lab oratorim. Tam, z właściwym sobie brakiem pośpiechu, zabrali się do roboty. Po wspólnie odprawionej modlitwie, czy medytacji, stanęli naprzeciwko siebie i zaczęli wykonywać różne gesty, płynne i najczęściej koliste, z mocno zaakcentowanymi mudrami palców. Dla niewtajemniczonych wyglądało to na coś w rodzaju tańca lub sztuki walki. Tymczasem tkacze w ten sposób tkali.

Zaplatali, niewidzialne dla oczu zwykłych śmiertelników, różnokolorowe fluorescencyjne linie sił pola, które pulsowały powolnym rytmem, jakby były żywe. Przesyłali te pulsujące linie przez obszary nieciągłości, splatając równoległe wymiary, tkając energetyczne wątki z pasmami osnowy, wydobywanej z subtelnej materii. Pracowali według zasad świętej geometrii. Co jakiś czas któryś z nich wymawiał krótkie zaklęcie, czy tajemne słowo i wtedy pojawiały się szczególnie silne rozbłyski, lub zarysy kształtów. Po jednym z takich zaklęć, podkreślonym szczególnie mocnym gestem, zmaterializowała się dosyć wyraźna postać krasnoluda. Miała może ze trzy łokcie wysokości i zawisła między tkaczami. Wtedy jeden z nich, ten z warkoczem,wyrwał mu szybkim ruchem włos, z długiej białej brody. Wydawać by się mogło, że krasnolud pisnął zanim zniknął. I tak sobie pracowali.Było o dosyć żmudne i wymagające dużej koncentracji zajęcie, któremu poświęcali codziennie kilka godzin. Niewidzialnej tkaniny przybywało powoli ale systematycznie.

Cesarz niecierpliwił się jednak, kiedy będą gotowe jego nowe magiczne szaty. Postanowił, że sam pójdzie sprawdzić postępy w pracy tkaczy. Nadworny medyk był temu, z wiadomych powodów przeciwny i tak długo prosił i przekonywał monarchę, aż ten ustąpił. Stanęło na tym, że sprawdzić najpierw pójdzie medyk. I poszedł.

Musiał długo czekać, zanim masywne, kute drzwi do krypty uchyliły się ze skrzypieniem i niechętnie. Jednak za drzwiami nie zobaczył nikogo. Dopiero kiedy wszedł do kaplicy, zauważył tkaczy. Siedzieli sobie wygodnie po obu stronach nawy. Odpowiedzieli na jego powitanie skinieniem głowy. Uprzejmie ale obojętnie. Nadworny medyk rozglądał się szukając szaty, ale nic nie zauważył.

–  Szata leży na ołtarzu- powiedział tkacz z zielonymi włosami.

–  I nie ma w tym żadnego świętokradztwa- dodał ten z warkoczem.

– Po prostu, ona sama jest święta- uzupełnił ten pierwszy.

– Jak wszystko, zresztą- wyjaśnił ten drugi.

Nadworny medyk przyglądał się ołtarzowi zdezorientowany. Z jednej strony starał się pamiętać, że ma do czynienia z szaleńcami. To go akurat nie niepokoiło, ponieważ był lekarzem, a oni nie zachowywali się agresywnie i nie stanowili fizycznego zagrożenia. Dlatego zdecydował się przyjść bez eskorty. Ale nawet w tej sprawie musiał mieć jakieś wątpliwości, bo nie chciał narażać cesarza i przyszedł sam. Sam też, patrząc z drugiej strony, naważył sobie piwa, zapoznając cesarza z tymi wariatami i tym samym zaakceptował ich idiotyczną historyjkę o magicznych szatach, które pozostaną niewidoczne tylko dla ludzi niekompetentnych i dla głupców. Poczuł, że jest w pułapce. Czy miał się przyznać, że nic nie dostrzega i potwierdzić tym samym, że nie nadaje się na stanowisko nadwornego medyka, a może żadnego medyka? Czy zdoła teraz przekonać cesarza, że ci tkacze są oszustami i w dodatku są chorzy psychicznie? Przecież cesarz poczuł się pod ich wpływem znacznie lepiej i nawet podjął przerwane obowiązki. A może powinien zrobić dobrą minę do złej gry i udawać, że widzi to czego nie widzi? Dla dobra cesarstwa.

–  Nie jesteśmy wariatami- to zielonowłosy tkacz przerwał jego wewnętrzny monolog i tym samym przyniósł mu ulgę w etycznym konflikcie oraz w podjęciu tak trudnej decyzji.

–  Chociaż czasem miałoby się ochotę zwariować- wtrącił tkacz z warkoczem.

–  Zresztą, nie ważne kim jesteśmy.

–  Szanujemy też, że ty jesteś.

–  Ale nie obchodzi nas kim jesteś.

–  To znaczy, nie obchodzi nas co robisz.

–  Ważne, że jesteś.

–  Tak, tylko to jest ważne.

Nadworny medyk starał się nie robić głupiej miny, patrząc to na jednego to na drugiego, jakby obserwował grę w kometkę. Było to o tyle dobre dla niego, że przestał się zastanawiać co zrobi, i postanowił czekać co z tego wyniknie. Dosyć go to uspokoiło a poza tym się nie pomylił. Coś wynikło.

– Wiemy, że nic nie widzisz- zaczął jak zwykle ten z warkoczem.

– Doskonale wiemy- dorzucił zielonowłosy.

– To znaczy, że nie widzisz szaty.

– Która leży na ołtarzu.

– I jest jej już całkiem dużo.

– Bo tkamy i tkamy.

– Chociaż tkactwo to tylko nasza uboczna działalność.

– No właśnie. Trochę się poświęcamy.

– Troszeczkę.

– Ale już nie długo.

– Bo wkrótce skończymy.

– A ty nie widzisz jej nic a nic.

– Tak, prawdę powiada pismo, że ślepy kulawego prowadzi.

– „I obaj w dół wpadną.”

– A w innym miejscu powiada „Kto się chce stać mądry, niech się stanie głupi.”

– Kto chce widzieć, musi najpierw przyznać, że jest ślepym.

Obaj tkacze spojrzeli na nadwornego medyka w taki sposób, że ten poczuł się bezbronny i nagi. To były spojrzenia które przeszywają na wylot. Następnie tkacze przemówili jednocześnie:

– Ale mamy dla ciebie dobrą wiadomość!

– Bo dobry z ciebie człowiek- powiedział zielonowłosy.

– Zaprowadziłeś nas do cesarza- dodał tkacz z warkoczem.

– I nie chcemy, żebyś dręczył się dłużej.

– Daliśmy ci tylko metafizyczne pouczenie.

– I teologiczne.

– Żeby cię przygotować.

– Tak, trzeba cię było trochę przygotować.

– Twój racjonalny umysł…

– Tak, jesteś w porządku, ale masz jednostronnie racjonalny umysł.

Nadworny medyk zdecydował się wreszcie odezwać. Tkacze zmierzali do celu okrężną drogą. Teraz na chwilę zamilkli  i znowu wpatrywali się w niego z przerażającą przenikliwością. Zapytał:

– Ddo czego przygotować?- tyle tylko zdołał wyartykułować, bo czuł się coraz bardziej dziwnie i nierealnie, jak we śnie.

– Życie jest snem- powiedział zielonowłosy i medyk był pewien, że tamten usłyszał jego myśli. Dopiero teraz zauważył że ma on również wściekle zielone oczy.

– Czujesz się więc właściwie- uzupełnił ten z warkoczem.

– Całkiem adekwatnie…

– A za chwile poczujesz się jeszcze dziwniej.

Zapadło długie milczenie.

– No dobra, podaj mu okular.

– Auroskop, czyli spektroskop ultrasensoryczny- tkacz z warkoczem podał medykowi wyrafinowany technicznie przyrząd- voila!

– Szata jest już prawie gotowa. Wygląda jakby jej nie było, ale jest – relacjonował nazajutrz medyk cesarzowi. Robił to z przejęciem i dosyć nieskładnie, co było do niego niepodobne, ale trudno się dziwić po tym, co przeżył poprzedniego wieczoru- Nie widać jej ale widać. Jest wspaniała!

– Nienawidzę wspaniałych strojów- oświadczył cesarz stanowczo.

– Nie w tym sensie- nadworny medyk usiłował ratować sytuację- jest wspaniała, bo jej nie ma. Prawie- dodał po chwili, czym całkowicie się pogrążył.

– Jest czy nie ma?- zapytał rzeczowo cesarz- idę sam zobaczyć- i wybiegł z komnaty. Był ubrany.

Odtąd cesarz codziennie odwiedzał kaplicę w krypcie i spędzał tam coraz więcej czasu. Tkacze wydawali się z tego zadowoleni i odkrywali przed nim coraz to głębsze tajemnice. Nie chodziło bynajmniej o naukę tkactwa. Czasami po wyjściu cesarza, do kaplicy zaglądał także nadworny medyk, który opuszczał potem to miejsce, mając w oczach szaleństwo.

Tkanina był gotowa po kilku tygodniach. Szata przybrała ostatecznie postać cesarskiego płaszcza. Nie byłoby żadnego sensu go opisywać, bo jego wspaniałość jest nie do opisania. Z tego co dowiedziano się do tej pory, tylko 4 osoby były w stanie zobaczyć cesarską szatę. Dwie z nich na początku potrzebowały specjalnego okulara, zwanego spektroskopem ultrasensorycznym czyli auroskopem, ale potem mogły obywać się już bez niego. Nazywało się to przeprogramowaniem percepcji poprzez użycie okulara.

W początkowym zamyśle cesarz chciał przeprogramować wszystkich, począwszy od dworskich dostojników po parobków i staruszki, ale tkacze sprzeciwiali się temu, twierdząc, że masowe otwarcie czarodziejskiego widzenia spowoduje fale szaleństwa, wywoła mnóstwo chorób psychicznych u mnóstwa ludzi oraz, prawdopodobnie, również falę samobójstw. Przychylił się do tego nadworny medyk, który sam u siebie obserwował coś w rodzaju kontrolowanego obłędu, i razem z tkaczami zdołali jakoś odwieść cesarza od tego pomysłu. Coś takiego trzeba by przeprowadzać stopniowo.

Cesarz na razie kazał tylko rozgłosić, że ukaże się w swojej nowej magicznej szacie,wszystkim zgromadzonym poddanym.

– Co mam w takim razie zrobić?- zastanawiał się głośno cesarz- przecież moi poddani będą święcie przekonani, że jestem nagi, a przecież nagi cesarz, ukazujący się w czasie uroczystości nie może być normalny, ale przynajmniej dowiem się czy mi ufają i czy kochają swojego cesarza. Jeśli mnie nie kochają takiego jakim jestem, to nie chcę takich poddanych- Postanowił bowiem, że pierwszy raz zaprezentuje cesarski płaszcz w czasie uroczystej procesji, która miała się odbyć nazajutrz.

Nadworny medyk usiłował co prawda znowu wpłynąć na cesarza, żeby zrezygnował ze swojego postanowienia i używał szaty tylko prywatnie, ale tym razem mu się to nie udało. Postanowienie cesarza było niezłomne. Miał tak dosyć noszenia znienawidzonych i krępujących go niewygodnych uroczystych strojów, że gotów był wystąpić w ogóle nago. Czarodziejska szata zaś nadawała temu wszystkiemu jakiś sens; Widzieć albo być ślepym.

– Co mam w takim razie zrobić?- powtórzył, po raz nie wiadomo który cesarz. Przymierzał gotowy już magiczny płaszcz. W kaplicy obecni byli tylko tkacze i nadworny medyk.

– Wasza Cesarska Mość będzie wiedzieć najlepiej..- zaczął zielonowłosy.

– … co zrobić- dodał ten z warkoczem.

– Nie należy również zapominać o mocy magicznego płaszcza..

– I o pomocy jakiej może dostarczyć także w sprawie podjęcia decyzji.

– Ponadto umożliwia latanie.

– Daje odporność przed atakiem każdą bronią.

– I wzmacnia zdrowie oraz mięśnie- co mówiąc zielonowłosy tkacz, błyskawicznie rzucił w cesarza sztylet. Zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć, sztylet odbił się od czarodziejskiej szaty i z ogromnym impetem leciał z powrotem. Zielonowłosy, który był na to przygotowany uchylił się z wdziękiem. Widząc przerażenie mieszające się z ulgą na twarzy cesarza, powiedział wesoło:

– Żeby nie być gołosłownym.

– ..wino traci wpływ na człowieka oraz zupełnie neutralizuje kaca- dokończył opis zalet magicznego płaszcza tkacz z warkoczem, ponieważ w czasie akcji z nożem w ogóle nie przestał mówić, jakby nic się nie zdarzyło.

Cesarz nic nie powiedział, ale wydawał się bardzo blady.

Nazajutrz cesarz ubrał czarodziejską szatę i w asyście dworu udał się na procesję. Wiadomo co pomyśleli dworzanie, chociaż widok nagiego cesarza nie należał do aż tak nieprzyjemnych, o czym mogła zaświadczyć żeńska część dworu. Był z cesarza, trzeba mu to przyznać, kawał chłopa. Jak można było łatwo przewidzieć, strach przed byciem uznanym za osobę nienadającą się na swoje stanowisko lub całkowicie głupią, zrobił swoje. Respekt dla władzy również kazał im milczeć. Nikt nie chciał też przeginać, zachwalając nieistniejącą jego zdaniem szatę. Nawet nie patrzyli na siebie porozumiewawczo, bojąc się upewnić, że tylko oni sami padli ofiarą halucynacji. Tkacze trzymali się na uboczu. Przybrali zresztą inny wygląd, żeby nie skupić na sobie gniewu ludzi, bo powszechnie obwiniano ich o doprowadzenie cesarza do szaleństwa; jak widać na załączonym obrazku.

Kiedy uroczysta procesja szła już ulicami miasta, tłum poddanych zachowywał się tak samo jak dworzanie- wszyscy udawali, że wszystko jest w porządku. Cesarz pozdrawiał poddanych uprzejmym monarszym gestem, zwracając się na lewo i prawo. Był spokojny bo szata dawała mu moc a także go grzała, ponieważ było zimno. Ale na to że cesarz nie marznie, jakoś nikt nie zwracał uwagi. Kobiety miały spuszczone oczy. I wszyscy raczej patrzyli w ziemię. Tylko tak zwana Głupia Edka wgapiała się w cesarza i mruczała do siebie zachwyconym głosem, że pięęękna szata, jaka piękna szata. I cmokała. Ale kto by jej tam słuchał. Okazała się jednak piątym widzącym w cesarstwie.

I wtedy ta cholerna dziewczynka zawołała:

– Patrzcie, przecież on jest nagi!

– Boże! Słuchajcie głosu niewiniątka- powiedział wtedy jej ojciec i jeden zaczął powtarzać drugiemu co powiedziało dziecko.

– On jest nagi, małe dziecko powiedziało że jest nagi.

– On jest nagi!- zawołał w końcu cały lud. I wtedy się zaczęło. Ludzie napierali, potem tratowali się nawzajem, usiłując dostać się do cesarza, by go dotknąć i sprawdzić czy jest rzeczywiście nagi. Straż cesarska została zmieciona przez falujący wściekły już tłum i rozproszona. Wszystko się pomieszało. Zapanował istny obłęd. Słychać było rozdzierające wrzaski, huki, i brzęk rozbijanych szyb okolicznych domów. Rabunek. Prawdziwe zamieszki.

Magiczna szata rzeczywiście spisywała się doskonale. Dawała poczucie mocy i pewności siebie. Cesarz jednak z przerażeniem obserwował niekontrolowany rozwój wydarzeń. Musiał coś zrobić. Wszyscy, jak można było łatwo przewidzieć, okazali się niekompetentnymi kretynami. Oprócz Głupiej Edki i ich czterech.

Niemniej to byli jego ludzie, jego poddani. I chciał ich ratować. Przypomniał sobie słowa tkaczy, którzy teraz gdzieś się zapodziali.

Podjął decyzję. Powoli, używając mocy magicznej szaty, uniósł się w powietrze. Z początku nikt tego nie zauważył. Zawołał. Tkacze mówili prawdę. Szata miała wiele zalet. Głos miał też wzmocniony.

– Ludu mój- zawołał a jego głos przetoczył się nad szalejącym w amoku tłumem. Teraz wszyscy go ujrzeli. Wysoko nad placem unosił się nagi mężczyzna. Można go było rozpoznać. To ich cesarz. Ludzie zaczęli się uspokajać. Szmer się rozszedł. Niektórzy zaczęli klękać. Następnie większość. Aż wreszcie wszyscy. Nie licząc tych poturbowanych, którzy leżeli bo musieli. W sumie obyło się bez ofiar śmiertelnych.

Cesarz spoglądał na to z góry. Więc tyle wystarczyło, żeby ich uspokoić.. I tylko tyle żeby ich rozwścieczyć. Nie chce takich poddanych, pomyślał, nie chcę mieć takich poddanych! Powoli, tak jak wzleciał, opuścił się na ziemię. Jeszcze raz korzystając z mocy magicznego płaszcza, stał się niewidzialny. A potem na dobre zniknął. I tyle go widzieli.

Nikt też nie widział więcej tkaczy. A nowym cesarzem został nadworny medyk.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s