OPOWIADANIA DLA DZIECI

O latającym chłopczyku 

 

  Dedykacja: wszystkim dzieciom i tym rodzicom,    

którzy mają problem z latającymi chłopczykami.

(fragment)

 

  Wszystko zaczęło się wtedy. Potem nic nie było już takie samo jak przedtem.

Zbliżały się urodziny Dżefreja. Od dnia, w którym przyszedł na świat Ziemia okrążyła trzy razy Słońce. [kończył 3 lata].* Dżofrej był w swoim pokoju.

– Będzie w tym samym miejscu.-powiedział do siebie cicho. Zrobił uroczystą, poważną minę.

-co tam mówisz, Dżoefrej? -przez otwarte drzwi kuchni zaglądała do pokoju jego mama.

-nic mamo.-popatrzyła na niego jeszcze przez chwilę . ” Jaki on jest piękny „ pomyślała po raz nie-wiadomo-który, to znaczy zawsze tak myślała, kiedy na niego patrzyła. Uśmiechnęła się do synka i wróciła do swoich zajęć.

-Niedługo pora spać.-dodała jeszcze. – Tak mamo. –Dżefrej odwrócił głowę z powrotem w stronę okna, przez które obserwował rozgwieżdżone niebo.

-Będzie w tym samym punkcie odniesienia.-powiedział do siebie jeszcze ciszej i tym razem mama, brzdąkająca w kuchni garnkami, nie usłyszała. Jego wzrok, z prędkością światła poszybował w gwiazdy. A może jeszcze szybciej.

Oczywiście Dżofrej, tak jak wszyscy chłopcy na ziemi, był małym księciem, który przyleciał z gwiazd. Dżofrej wiedział, że z gwiazd przyleciały także dziewczynki.

Urodziny Dżefreja

-Nie, nie! –zabrzmiał radosny pisk i tupot małych stópek.

-Muszę cię uczesać Dżofrej, zaraz przyjdą goście! Jak się chce mieć długie włosy to trzeba je czesać. -Mama goniła go  ze szczotką do włosów-inaczej trzeba będzie je obciąć.

-Nie!!! -zapiszczał Dżofrej i nagle nieoczekiwanie zatrzymał się i odwrócił w stronę mamy.

-Nie zrobisz tego –jego czarne oczy wpatrywały się w nią teraz z dziecięcą powagą.

Musiała się roześmiać. –Oczywiście, że nie, ale musze cię uczesać. Wyglądasz jak byś miał na głowie miotłę Baby Jagi. -Au! –zawołał Dżofrej –delikatnie! -robię to najdelikatniej jak potrafię –mama pogłaskała go po głowie.

Wkrótce zaczęli pojawiać się goście. Sześcioro dzieci ich rodzice, pojedynczo lub parami, w sumie piętnaście osób przyszło na imprezę urodzinową. Wszystko było już gotowę. Stoły zastawione smakołykami, ściany i sufit udekorowane. Pełno baloników. Dżefrej uroczyście witał gości uważnie oglądając prezenty. Doskonale radził sobie z otwieraniem paczek bo przygotował sobie w tym celu nożyczki. Najpiękniejszy prezent przyniósł tata Dżofreja. Tata mieszkał osobno, jak się to dzisiaj często zdarza, ale widywał się z synkiem niemal codziennie.

Po wyjęciu z wielkiego worka, zdumionym oczom wszystkich obecnych, ukazał się ogromny pluszowy kosmita. Był fioletowy i miał dobroduszny wyraz twarzy. Dżefrej pisnął z radości i przewrócił się na przytulankę. -Będę miał z kim walczyć! -Ty to masz zawsze pomysły –udane oburzenie mamy nie zdołało ukryć jej uśmiechu –obcych do domu przyprowadzić?!

-I to naturalnej wielkości-zażartowała mama Asi-miła blondynka.

-Skąd wiesz,jaka jest naturalna wielkość kosmitów?-zapytał chłodno jej mąż.Miał bardzo logiczny umysł.-pewnie wierzysz w ich istnienie?

-Nie da się ukryć ,kochanie,mogłeś się już dawno tego domyślić-zabawnie zmarszczyła nosek i wszyscy się roześmieli.

Dżefrej walczył z kosmitą przewalając się z nim po podłodze.

*****

Nastała chwila wniesienia tortu .Wszyscy zgromadzili się przy stole. Dżefrej pochylił się nad tortem. Jak można się domyślić ,były tam trzy zapalone świeczki. Dżefrej dmuchnął.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Płomienie zostały zdmuchnięte ze świec ale nie zagasły. Jak puchowe piórka na wietrze ,poleciały trochę w bok ,uniosły się łukiem w górę, po czym zawisły idealnie nad środkiem tortu, jeden płomyczek nad drugim i trzecim. Trwały tak chwilę i zaraz znikły.

Wszystkich zamurowało. Zapadła milcząca cisza. Tata i Mama Dżefreja spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Dzieci były zachwycone. Dorośli mieli niepewne miny. Wreszcie odezwał się tata Janka. Jakby zatrzymany w kadrze film ruszył z miejsca.

-Wygląda to na nową technologię pirotechniczną-zaśmiał się nerwowo-czego to ludzie nie wymyślą.

-No właśnie-włączyła się zbyt pośpiesznie ale z ulgą mama Asi-ta nowa MPszóstka ma teraz funkcję RGB, dzięki której…-jej głos zaginął  wśród o ożywionych nagle innych głosów dorosłych.

Tylko dzieci milczały jeszcze przez długą chwilę patrząc to na tort, to na siebie, to na miejsce nad tortem gdzie były płomyki, to na dorosłych, którzy przekrzykiwali się teraz jeden przez drugiego.

-Czary jakieś-powiedział śniady, ciemnowłosy  Kamil unosząc małe rączki w geście rzucania czaru.

Prawdziwe   cary  – dodała mała Asia, naśladując zdmuchującego świeczki Dżefreja. Ten mrugnął do niej. Dwoma oczami, jak to robią dzieci. Potem wszystkie zaczęły się śmiać.

-Chodzmy się bawić !!!

-Poczekajcie, przecież zupełnie zapomniałam o torcie-zawołała głośno mama Dżefreja.

Rozmowy dorosłych ucichły.

-Podajcie mi teraz swoje talerzyki. Pierwszy solenizant!

-Jestem Dżefrej a nie żaden Solemimant!!!

Wszyscy znowu się roześmiali.

-Oczywiście kochanie-<solenizant>to ktoś kto obchodzi urodziny.

-Acha-powiedział Dżefrej podając jej talerzyk-nałóż mi w takim razie najwięcej.

O incydencie z płomykami nikt już więcej nie wspominał.

*****

Następnego ranka Dżefrej zaczął latać.

Siedzieli przy śniadaniu; Mama, Dżefrej na swoim wysokim dziecięcym foteliku, przypięty pasami, żeby nie wypadł oraz pluszowy kosmita, którego Dżefrej uparł się posadzić na krześle przy stole.

-Nazywa się Ben-powiedział Dżefrej patrząc to na przytulankę to na Mamę, jakby dokonywał prezentacji.

-Skąd to imię ?

-Tata mi powiedział.Powiedział, że to jest Ben z Plejad.

-Chyba z Plejad-Mama wypowiedziała to bardzo wyraźnie.

-Ben z Plejad-powtórzył dobitnie Dżefrej.-Powiedziałem z Flejad-i rozpłakał się.

-Bardzo mi miło-przekrzykując płacz zwróciła się do pluszowego kosmity-jestem mama

Dżefreja.

Dżefrej słysząc to powoli przestał płakać.

-On wie.

Mama została również zmuszona aby postawić przed Benem z Flejad nakrycie i nalać mu mlecznej zupy. Zrobiła to z uśmiechem i lekkim wzruszeniem ramion <skoro to cię uszczęśliwi>,bo naprawdę była dobrą Mamą. Teraz wstała odgrzać mleko bo Dżefrej chciał dokładkę. I wtedy, kiedy stała odwrócona do niego plecami, Dżefrej zaczął lewitować.

Najpierw uniósł się tylko trochę nad fotelikiem, na tyle na ile pozwoliły mu pasy. Potem ruszył w górę z prędkością uwolnionego balonu z helem. Dżefrej miał skoncentrowaną minę.

Po chwili udało mu się usiąść na foteliku aby ten nie wisiał pod nim na pasach i teraz siedziało mu się wygodnie. Wiercił się jednak przez chwilę a fotelik przechylał się łagodnie. Nogi fotelika unosiły się dobry metr nad podłogą.

-O Jezu!!!-krzyknęła Mama kiedy zobaczyła unoszącego się razem z fotelikiem Dżefreja na tle okna, przez które zaglądały jesienne obrazy drzew. Talerz z mlekiem wypadł jej z rąk a chwilę po tym sama osunęła się zemdlona.

-Mama!!!-Dżefrej zaczął płakać. Potem spadł a fotelik się przewrócił. Teraz płakał jeszcze głośniej.

*****

Mama otworzyła oczy i podniosła lekko głowę. Nad nią pochylał się fioletowy pluszowy kosmita, który potrząsał ją delikatnie za ramię. Jego oczy wydawały się jej nad wyraz żywe.

-Ben z Flejad-westchnęła cicho i zemdlała znowu a upadająca głowa głucho stuknęła o dywan. Dżefrej, który zdążył się już uspokoić, kiedy Ben z Flejad uwolnił  go z pasów fotelika i pogłaskał po głowie (<wszystko będzie dobrze>-usłyszał w sobie głos i mu zaufał)teraz znowu zaczął płakać. Ben z Flejad usiadł zrezygnowany pod ścianą. Oparł głowę na kolanach <powinni wymyślić jakieś dźwiękoszczelne skrzynki dla dzieci, które się drą>-uśmiechnął się po raz pierwszy odkąd…zaraz, o tym potem -<to chyba właśnie jest ziemskie poczucie humoru>. Ben wysłał mentalny obraz dźwiękoszczelnej skrzynki dla płaczących dzieci a Dżefrej od razu odebrał jego humorystyczną intencję. Jeszcze płacząc zaczął się śmiać. Ben usiadł za stołem, gdzie był posadzony.

Mama znowu ocknęła się i widząc fioletowego pluszowego kosmitę, który siedzi tam gdzie go posadziła, przetarła ze zdziwieniem oczy i pokiwała głową mówiąc jakby <nie, nie, nie!!!>.  Usiadła najpierw ostrożnie, po czym poderwała się nagle przypominając sobie o obecności dziecka.

Dżefrej siedział na swoim foteliku za stołem, jakby nic się nie wydarzyło. Podbiegła do niego.

-Nic ci się nie stało?- zapytała niepewnie ponieważ pomyślała, że to rozum pewnie płata jej figle bo nie mogła uwierzyć w to co widziała.< Latający Dżefrej razem z fotelikiem. Ben z Flejad ( mimowolnie już go tak nazywała ) który pochyla się nad nią…ja chyba zwariowałam !!!.

-Nie mamusiu, nic mi się nie stało. Dobrze, że już się obudziłaś, bo martwiliśmy się o ciebie.

Spojrzała na Dżefreja badawczo.

-Synku…-wargi jej lekko drżały-ty latałeś…

-Oczywiście mamusiu a po tym jak się przestraszyłaś i zasnęłaś to Ben się starał  cię obudzić. Chyba coś żle  zrobił bo jak się obudziłaś to znowu zasnęłaś. No to on postanowił zawsze przy tobie udawać zabawkę. Żebyś się nie bała.

-Dzięki Bogu-mama naprawdę odczuła ulgę, że już nigdy więcej nie będzie się nad nią pochylał pluszowy fioletowy kosmita Ben z Plejad ani nie zderzy się z nim w drzwiach do kuchni.

Nagle jakby otrząsnęła się i wróciła do siebie.

-Musimy porozmawiać Dżefrej, musimy poważnie porozmawiać na osobności-powiedziała patrząc wymownie na Bena z Flejad.

Dżefrej bardzo takich poważnych rozmów nie lubił.

-Dobrze, ale najpierw daj mi tą zupę. Jestem głodny.

-Mówi się „proszę”

-Poproszę.

Poważna rozmowa odbyła się jednak dopiero po trzech godzinach. Tyle potrzebowała mama na decyzję o poruszeniu tego tematu. Najpierw zadzwoniła do Taty Dżefreja:

-Pamiętasz..? wczoraj.. wiesz te dziwne płomyki, no wiesz…

-Pamiętam, spojrzeliśmy na siebie kiedy to się działo.

Głos byłego męża przywrócił jej spokój. Poczuła, że ma wsparcie.

-Otóż dzisiaj…-zaczęła i zaraz przerwała. To nie na telefon. Pomyślisz, że zwariowałam.

-Nie pomyślę. Wyrzuć to z  siebie. Będzie ci lżej.

-Nie wiem… Naprawdę tak nie pomyślisz…?

-Naprawdę. Mów.

Opowiedziała mu więc o wydarzeniach  podczas śniadania. Kiedy skończyła, długo milczeli.

-Wierzę ci- powiedział- przyjadę tak szybko jak się da.

Dżefrej bawił się w swoim pokoju mówiąc coś do Bena z  Plejad, który na szczęście przypominał teraz zwykłą choć ogromną pluszową zabawkę. Widząc to Mama, która stanęła w progu , odetchnęła z ulgą.

-Z tą rozmową poczekamy na przyjazd Taty..

-Z jaką rozmową ? -zapytał Dżefrej- z tą poważną ?

-Tak.-Mama straciła na pewności siebie i wyszła z pokoju.

-Bawcie się grzecznie-powiedziała jeszcze i zaraz się skarciła w myślach ; „co ja mówię, przecież to tylko pluszowa zabawka. Na chwilę nogi się pod nią ugięły i musiała uchwycić się krzesła. Złapała oddech i wtedy poczuła czy usłyszała w sobie głos, może raczej bezgłośną wiadomość:”wszystko jest w porządku.”Uspokoiło ją to. „Ja tak myślę czy ktoś myśli we mnie ? Akurat ! w porządku !” Ale mimo to poczuła się lepiej. Zajęła się swoimi sprawami.

Dżefrej rozmawiał z kimś w swoim pokoju.

W     P R Z E D S Z K O L  U

Dżefrej chodził do najmłodszej grupy „Biedronek”. Starsze grupy nazywały się „Motyle” i „Wiewiórki”. Najstarsza grupa nazywała się „Pająki” a był to pomysł pani Dyrektor, która uparła się, nie wiedzieć czemu i postawiła na swoim. Młodsze dzieci przezywały „Pająków” – „Zmutowanymi Pająkami” i dlatego w przedszkolu dochodziło do bójek. Pani Dyrektor pozostawała jednak głucha na wszelkie uwagi dotyczące niestosowności nazwy.

Poza tym wszystko było tu normalne. Normalne aż do dnia zdarzenia w szatni.

Dzieci zakładały kurteczki przed wyjściem na przedszkolny plac zabaw. Większości z nich musiała pomagać „Pani”. Dżefrej jadł pączka, którego troskliwie zapakowała mu Mama. Usmarował już pączkiem całą buzię i ręce.

-Dżefrej- zawołała „Pani”- wiesz, że nie jemy podczas ubierania się. Odłóż tego pączka i się umyj! Buzię i rączki!- Nie była to ostra a raczej życzliwa reprymenda.-No połóż tego pączka na szafce, potem sobie weźmiesz jak cię ubiorę,.

Dżefrej przestał jeść pączka i wpatrywał się w „Panią” nieruchomy. I wtedy jakiś starszak, nadgorliwy z grupy Pająków, może chcąc się przypodobać „Pani”, spróbował wyrwać Dżefrejowi pączka.

Dżefrej cofnął rękę z ciastkiem i stanął na szeroko rozstawionych nogach. Potem powiedział a raczej dzwięk ten wydobył się z jego gardła, coś w rodzaju:

-Phyń!!!

I wtedy ciało starszaka z grupy Pająków uniosło się poderwane niewidzialną siłą i grzmotnęło plecami o szafę. Chłopiec osunął patrząc dokoła zdezorientowany.

-Nie ruszajcie mojego pączka- Dżefrej przerwał ciszę,  króra zaległa po tym zdarzeniu. Odłożył pączka na półkę.

-Idę umyć rączki-  Wszyscy stali jak wryci.

Myjąc ręce w przedszkolnej obniżanej umywalce, przypomniał sobie co obiecał Mamie: nie będzie więcej latania. A tym bardziej przy ludziach. ”Będzie bura, Benowi też się to nie spodoba”-pomyślał, wiele sobie jednak z tego nie robiąc-„Zresztą to nie ja latałem a nikt przecież nie lubi jak mu się wyrywa pączka.

Poza powiadomieniem o incydencie i rozmową z rodzicami Dżefreja,”Pani” postanowiła zatuszować sprawę. Poszkodowany z grupy Pająków, któremu zresztą nic się nie stało, sam już nie wierzył w prawdziwość tego zdarzenia. Rodzice i wychowawczyni wmówili mu, że się potknął i upadł. Czemuś takiemu mogą towarzyszyć fantazje, takie np. jak uniesienie przez niewidzialną siłę, która rzuca nami o ścianę.

Reszcie dzieci nie uwierzono.

Potem nikt w przedszkolu już o tym nie wspominał.

*  *  *

W jakiś czas potem Dżefrej bawił się w  pokoju. Ben z Plejad siedział na swoim miejscu-wielkiej skrzyni z zabawkami. Mama krzątała się po kuchni.

-Nie wiesz gdzie jest duży czerwony garnek?- zapytała przez otwarte drzwi.

w-Nie wiem, to jest twoja zabawka-odpowiedział Dżefrej.

-Ale ostatnio ty się nim bawiłeś, pamiętasz? Puszczałeś w nim stateczki z łupinek orzecha…

-Acha…-przypomniał sobie Dżefrej, marszcząc śmiesznie czoło-ale potem ktoś go zabrał.

-Pewnie ja…-westchnęła Mama. Sama nie pamiętam, co robię…

Dżefrej zamknął oczy i znieruchomiał na chwilę, czego Mama nie widziała bo była w drugim pomieszczeniu.

-Jest w górnej szafce nad zlewem za sitkiem-rozległ się dziecinny głos po chwili milczenia.

Dał się słyszeć stuk otwieranej szafki i brzęk garnków.

-Dżefrej, rzeczywiście tu jest. Skąd wiedziałeś?! -po czym dodała już ciszej, jakby do siebie-pamiętam, przecież sama go tu wkładałam. Ale to było w nocy. Ty już spałeś. Dziwne. .-na chwilę przybrała zaniepokojony wyraz twarzy bo przypomniały się inne niezwykłe wydarzenia.

-Zobaczyłem-powiedział Dżefrej z taką oczywistością w głosie jakby odpowiadał na pytanie, skąd wie, że jest słońce na dworze.

-Otwierałeś tę szafkę? Przecież jest za wysoko..- spytała Mama stojąc w drzwiach do jego pokoju. Miała jeszcze nadzieje na racjonalne wyjaśnienie tej sytuacji.

-Nie otwierałem. Zobaczyłem teraz-Dżefrej siedział tyłem do Mamy i nie przerywał swojej zabawy żołnierzykami.

-Acha, zobaczyłeś-powiedziała zrezygnowana Mama i poszła telefonować do Taty Dżefreja.

  • * *

Jakiś czas wcześniej, Tata wszedł do baru w Centrum, napić się kawy. Siedział zamyślony przy stoliku mieszając pachnący napój, kiedy odezwał się do niego mężczyzna siedzący obok.

-Trzeba nim teraz umiejętnie pokierować i działać bardzo rozważnie..

Tata drgnął po czym zlustrował wzrokiem nieznajomego. Wyglądał i ubrany był normalnie, pomijając może okrągłe kolczyki, które nosił. Zresztą Tata Dżefreja też miał w każdym uchu kolczyk. Taka była moda. No może dziwne było jeszcze bezdenne spojrzenie czarnych oczu nieznajomego, które z pod ciemnych krzaczastych brwi wydawało się przenikać Tatę na wylot.

-Przepraszam, nie rozumiem o co panu chodzi…czy my się znamy-spokojny głos taty miał ukryć nagłe zaniepokojenie.

-Chodzi o pana syna, Dżefreja, w którym obudziły się uśpione moce…-nieznajomy mówił to cichym spokojnym głosem.

-Skąd pan wie?! -zawołał zbyt głośno Tato i kilka głów odwróciło się ku nim znad kawiarnianych stolików.

-Och, obserwujemy was już od dawna. Obudzenie miało nastąpić właśnie teraz, kiedy skończył 3 lata.

Tacie przeleciały przez głowę ostatnie wypadki.

-Ten kosmita miał tylko spełnić rolę katalizatora. Kiedy mały go zobaczył, przypomniał sobie dużo. Dużo ale nie wszystko. Zabawka, którą pan kupił, została  podstawiona. Jest specjalnie skonstruowanym robotem, bio-androidem. Zamieszkuje go teraz bardzo stara świadomość. Nie stanowi zagrożenia dla Dżefreja. Jest kimś w rodzaju jego nauczyciela czy przewodnika ale jego rola nie jest nam jeszcze w pełni znana. To trzecia siła, która się w to wmieszała.

-Kosmita..?-Tato przypomniał sobie wielką pluszową zabawkę, którą przyniósł na trzecie urodziny Dżefreja-„co ja najlepszego zrobiłem?”.

-Tak miało być, nie miałeś wyjścia. Byłeś tylko wykonawcą większego planu-odpowiedział mu wprost, jakby słyszał myśli-Miło było pana poznać. Morgan jestem.-Mężczyzna wstał i ukłonił się wyciągając rękę.

-Co mamy robić? –Tata był taki przejęty, że zapomniał się przedstawić-kim jesteście? Jak się z panem skontaktować? –wyrzucił jednym tchem bojąc się, że człowiek, który się przedstawił jako Morgan, odejdzie na zawsze. Tata poczuł, że tamten chce im pomóc.

-Będziemy w kontakcie. Znajdę pana-Morgan odwrócił się i odszedł nie doczekawszy się uścisku dłoni ze strony zszokowanego Taty Dżefreja

  • * *
  • .

-Musimy porozmawiać z tatą sami. Dżefrej, idź do swojego pokoju.

Dżefrej posłusznie wyszedł ciągnąc po podłodze ogromnego pluszowego kosmitę. Za trzecim razem udało mu się zatrzasnąć drzwi.

-Muszę ci coś opowiedzieć!- zaczęli chórem Mama i Tata po czym zamilkli zdziwieni obydwoje.

-Ty pierwszy-powiedziała Mama Dżefreja czując, że Tacie wydarzyło się coś jeszcze bardziej niezwykłego od historii ze znalezieniem garnka.

-Spotkałem człowieka…-zaczął Tata i dokładnie opowiedział jej dzisiejsze zdarzenie.

Mama słuchała z szeroko otwartymi oczami. Kiedy doszedł do sprawy pluszowego kosmity nie mogła powstrzymać się od jęknięcia;

-Nnnie mówiłam ci..ani nikomu-przerwała mu-bałam się, ze zwariowałam..Kiedy pierwszy raz się ocknęłam…Pluszowy fioletowy kosmita-westchnęła głęboko-pochyłał się nade mną…lekko potrząsał mnie za ramię!!!- ostatnie słowa wypowiedziała głośno, niemal histerycznie i zaniosła się szlochem.

Tata Dżefreja objął jego Mamę.

-No już dobrze-pocieszał ją-ten człowiek, Morgan, mówił, że zabawka nie stanowi dla Dżefreja zagrożenia…To jakaś trzecia siła…On sam nie wiedział…

-Musimy się tego pozbyć-wyszeptała Mama z przejęciem, jakby dokonała jakiegoś ważnego odkrycia.

-Musimy czekać. Powiedział, że się odezwą, że pokierują…Nie wiem dlaczego ale mu zaufałem.

-Musimy się pozbyć tego diabelstwa-powtórzyła głucho Mama patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.

-Kochanie..

-Dżefrej powiedział, że… Ben już nie będzie mnie straszył. On powiedział, że to…,że Ben będzie udawał przede mną zwykłą zabawkę, że nie chciał mnie przestraszyć…-z trudem opanowała nowy wybuch płaczu.

Obok w pokoju Dżersej zaprzestał na chwilę dziwnego tańca, który wykonywał pod czujnym okiem Bena z Flejad. Było to coś w rodzaju tai-chi tylko, że chłopczyk unosił się parę centymetrów nad kolorową wykładziną podłogową.

-Martwią się o mnie a ciebie się boją-powiedział cicho, stając na podłodze.

-„Zapewniam, że wszystko będzie dobrze”-zabrzmiał spokojny głos w głowie Dżefreja-„wszystko jest już dobrze”.

Zza ściany słychać było stłumione głosy rodziców.

W Y C I E C Z K A

Tego dnia wybrali się na wycieczkę. Tata Dżefreja, chociaż od dawna z nimi nie mieszkał, zabierał ich czasami na wspólny wypad, żeby jak to mówił:”poczuli,że są nadal rodziną”. Mama dość chętnie się na to zgadzała.

Samochód Aston Martin, duma i symbol prestiżu społecznego Taty, zamruczał rozkosznie kiedy Tata przekręcił w stacyjce kluczyk.

Dżefrej siedział z tyłu w swoim samochodowym foteliku.

Wybierali się za miasto w niewysokie góry, żeby wykorzystać ostatnie dni złotej jesiennej pogody.

-Żadnego latania! -ten żart stał się ostatnio modnym rodzinnym zawołaniem.

-Tylko żadnego latania, Dżefrej -powtórzyła z mieszanymi uczuciami Mama.

-Jasne-powiedział Dżefrej, któremu na sam dźwięk silnika oczy zamykały się same. Chciało mu się zasnąć-żadnego latania powtórzył i odpłynął w sen. Samochód ruszył.

-Majk, nie grzej tak-słabym głosem powiedziała Mama-prosiłam cię już…

-Zmniejszyć ogrzewanie? -udał zdziwionego Tata.

-Chodzi o szybkość, czy mógłbyś zwolnić chociaż do dwustu kilometrów na godzinę?

Tata zwolnił. Niedługo ich oczom ukazały się przepiękne jesienne góry. Pagórki były łagodne, liście na drzewach prześwietlone słońcem jak witraże a te, które spadły tworzyły szeleszczący pod stopami, kolorowy dywan. Dżefrej już nie spał.

Spacerowali długo i bawili się tam dobrze. Potem usiedli na kocach pod rozłożystym bukiem a Mama wyjmowała z koszyka kanapki i termos z herbatą. Dżefrej, siedząc w kucki, wpatrywał się w niewielką dziuplę u podstawy drzewa.

-Dużo ich tutaj-powiedział jakby do siebie.

-Czego dużo?-zapytał  Tata, pałaszując ze smakiem kanapkę. Nalewał właśnie herbatę.

-Elfów-wyjaśnił Dżefrej poważnie-Nie widzicie ich?

Tata rozlał herbatę. Spojrzeli na siebie z mamą.

-Nie-powiedziała Mama-raczej nie.

Elfy radośnie biegały po całym lesie a ich śmiech perlił się jak dźwięk kryształowych dzwoneczków. Dżefrej przypomniał sobie co powiedziały mu dzisiaj dwa z nich, podczas spaceru, przed posiłkiem:”Oni nas nie widzą. Lepiej nic nie mów.” Roześmiały się i pobiegły tanecznym krokiem. Mówiły co prawda jakimś pięknym, dziwnym, nieznanym językiem ale Dżefrej wszystko rozumiał. Nie mógł jednak uwierzyć, że tylko on je widzi i musiał sprawdzić.

Tata stanął na wysokości zadania i mimo karcącego spojrzenia Mamy, zaczął opowiadać:

-Dawno temu, kiedy nie było jeszcze samochodów, telewizji i telefonów komórkowych…

-A zwykłe były?- przerwał zaciekawiony Dżefrej, który uwielbiał jak Tata opowiadał mu bajki.

-Nie było.

-To jak ludzie rozmawiali, kiedy byli daleko od siebie? –dociekał Dżefrej.

-Krzyczeli.

-Tato! Nie żartuj- uśmiechnął się mimo wszystko Dżefrej, który nie znosił jak Tata żartował.

-A samoloty były?!

-Nie było. Dżefrej… –zapytał z  poważną miną Tata-…czy bardziej lubisz słuchać kiedy Ci opowiadam czy bardziej lubisz mi przerywać?- Tata nie lubił,  kiedy mu przerywano.

-Najbardziej lubię przerywać kiedy opowiadasz-odpowiedział poważnie Dżefrej i rodzice nie mogli się powstrzymać od śmiechu.

-No to przerwałeś na dobre-powiedział pół żartem pół serio Tata.

-Nie żartuj! Już nie będę obiecuję!

-No dobra-Tata udawał, że się zastanawia-Dawno dawno temu (tu postanowił opuścić kwestię, czego wtedy nie było) ludzie i elfy, krasnoludy, rusałki, trolle, gnomy i wiele innych istot, żyli obok siebie…

-Co to znaczy istot?-zapytał Dżefrej.

-Istota to ktoś,  kto istnieje, żyje…

-To zabity robak nie jest istotą, jak nie żyje?

-Nie jest- Tata udawał zdenerwowanego-Dżefrej, miałeś nie przerywać!

-Ale pytać wolno!

-Ale przerywać nie wolno!

-Dobrze.Obiecuję!

-Nie obiecuj. Słuchaj…Otóż te czarodziejskie istoty żyły obok i często razem z ludźmi i ludzie je widzieli…

-A smoki też?

-Smoki też.

-A jednorożce?

-Jednorożce też…Smoki są bardzo przemądrzałe, mówią najstarszym językiem na ziemi i kochają złoto. A jednorożce są takie piękne…-rozmarzył się Tato.

-Ty też masz zwidy? –wtrąciła się zaniepokojona Mama, która najbardziej pragnęła powrotu do normalności i cała ta rozmowa była jej nie w smak-skąd te informacje?

-Z różnych baśni. Tak sobie wyobrażam…

-To sobie nie wyobrażaj!!! -rzuciła ale zaraz pożałowała bo zabrzmiało to niegrzecznie.

-Jedziemy, chłopaki, robi się zimno.

I rzeczywiście, słońce chyliło się ku zachodowi a chłodny wiaterek czuło się w uszach.

* * *

Zapadał zmierzch, kiedy jechali do domu.

-Zwolnij trochę, Majk..

-Nie mogę.

-Bo ci lekarz zabronił? –Dżefrej był wyczulony na ten rodzaj dowcipów Taty i mimo, że wydawał się spać, czujnie zareagował- nie żartuj tato!

Tata zwolnił.”No niby co w tym złego jechać tak powoli jak wszyscy”- pomyślał-„czasem można.Czego się nie robi dla rodziny!”.

Dżefrej zasnął znowu.

Jechali więc do domu z przyzwoitą prędkością, gdy nagle…

Zapadał zmierzch. Na zwężonym odcinku drogi, z naprzeciwka, pędziła prosto na nich ogromna ciężarówka. Zdumiony Tata, który wcisnął właśnie pedał hamulca, wpatrywał się  jak zafascynowany w nieubłaganie zbliżające się reflektory śmierci. Mama też. Nie było żadnej możliwości manewru. Z prawej strony pobocze oddzielone było wysokim krawężnikiem. Z lewej jechały samochody. Ciężarówka zaczęła przeraźliwie trąbić, choć wydawało się to bezsensowne. Samochody zbliżały się do siebie pędząc na nieuniknione czołowe zderzenie. Zostało jeszcze trzy metry. Potem dwa.

 

——————————————————————————————————————————————————————————

T Y L K O Ż E L K I 
Wstrząsająca śmiechem historia

Był sobie chłopiec, który jadł tylko żelki.

Od dnia, w którym się urodził, nie chciał nic jeść. Nie chciał nawet ssać cycusia swojej mamy. Wszelkie próby nakarmienia go kończyły się tak strasznym wrzaskiem, że potem długo trzeba go było uspokajać. Godzinami darł się w niebogłosy, tak że istniała obawa, że udusi się własnymi łzami lub przestanie oddychać. Po prostu zanosił się płaczem i nie przestawał. Chyba więcej płakał niż nie płakał. Sąsiedzi byli przekonani, że rodzice biją dziecko albo coś mu robią ale nie wzywali policji, żeby się nie narażać. Woleli pogłośnić telewizor. A chłopczyk krzyczał i krzyczał zalewając się łzami.
Jego rodzice byli już na skraju wyczerpania psychicznego.
Kiedy skończył rok, po raz kolejny znalazł się w szpitalu pod kroplówką.
Chłopczyk był teraz karmiony bezpośrednio do żyły, w którą włożona była igła, za pomocą plastikowej rurki łącząca go z butelką. W butelce znajdował się specjalny płyn odżywiający. Przynajmniej nikt się nie martwił, że chłopczyk umrze z głodu.
Ten zresztą źle nie wyglądał.
Wcześniej karmiony był przymusowo i wpychano mu jedzenie łyżką, prawie wprost do gardła. Teraz jednak, kiedy miał już rok i zrobił się silniejszy, rodzice uświadomili sobie, że nikomu od miesiąca nie udało się nakarmić chłopczyka. Nikomu nie udało się sprawić, żeby przełknął choć jeden kęs. Mimo to chłopczyk przybierał na wadze i rozwijał się prawidłowo. Rodzice zdecydowali się więc na szpital wyłącznie ze strachu. No bo jak to tak, nic nie jeść?
Chłopiec źle nie wyglądał bo od miesiąca po kryjomu zajadał żelki.

Rodzice chłopczyka mieli sklep spożywczy. Samoobsługowy. Kiedy nie było klientów a podłoga świeżo wytarta, pozwalali mu raczkować gdzie chciał. Pewnego razu chłopczyk na czworakach podpełzł do półek ze słodyczami. Na wyciągnięcie ręki, na samym dole, zobaczył żelki. Piękne, kolorowe, niebieskie, różowe i zielone żelki – miśki. Jakaś magiczna siła kazała mu wziąć torebkę. Miał już trzy zęby, dzięki którym udało mu się ją otworzyć.
– Mniam „ Jakie pyszne żelki ! Pyszne ! „
Zjadł całą paczkę. W końcu miało się trzy zęby, no nie ?
Drugą paczkę wsadził sobie w pampersa i udało mu się ją przemycić do wózka. Ukrył ją pod materacykiem. Mama nic nie zauważyła. Dyskretnie ssał żelki. kiedy byli ludzie i gryzł zapamiętale, kiedy nikt nie widział. A że codziennie rodzice zabierali go do sklepu, okazji do zdobycia pożywienia było co niemiara.
Teraz to się skończyło. Oddzielony od żelków, leżał samotnie w szpitalnym łóżeczku i nie mógł się nawet ruszyć a igła od kroplówki tkwiła boleśnie w jego małym ciałku. Gdyby chociaż mógł dostać się do wózka.
Wózek stał pod oknem. W środku, pod materacykiem, ukryte było jeszcze z pół torebki żelków. Pewnie tyle zostało. „Gdyby mógł się tam dostać…” Na samą myśl, ślina napłynęła mu do ust. Niestety łóżeczko dla niemowlaków, w którym leżał, bardziej przypominało klatkę niż… Ech, szkoda gadać.
Weszła mama.
– Jak tam mój kochany syneczek, tiu, tiu, tiu, ? – zagadała czule – dobrze się czujesz ?
– Gulu-guluu-u-u – odpowiedział chłopczyk, który jeszcze nie umiał mówić. Potem zrobił okropnie smutną minę, ponieważ chciał się dobrać do żelków a nie mógł. Jakby w odpowiedzi na to, mama zaczęłą ścielić pościel w wózeczku.
– Trzeba to uprać – zamruczała do siebie – niedawno było prane – powiesiła kołderkę na oparciu krzesła i zaczęła ścielić prześcieradełko – o, co my tu mamy, materacyk taki nierówny…, O ! – krzyknęła nagle i wyprostowała się, trzymając w wyciągniętej wysoko ręce, foliową torebkę żelków, niebiesko-różowo-zieloną. Mama zrobiła idiotyczną minę. I tak stała.
– Gu, gu, gulu, gulu – zaszczebiotał chłopczyk, wyciągając rączki w kierunku żelków. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Żelki – mama odezwała się dopiero po dłuższej chwili – i to z metką naszego sklepu… Skąd to się tam wzięło ?
– Gulu gulu gul kugu kagn hagn – artykułował chłopczyk, wprost wyrywając się z łóżeczka ku żelkom. Dopiero teraz dotarło do mamy, że to reakcja na widok żelków. Nigdy nie reagował tak na żadne jedzenie. Jego jedyną reakcją był bowiem, do tej pory, płacz.
– Lubis zelki ? tiu, tiu, tiu – zaszczebiotała do iego a sprawa niewyjaśnionego pochodzenia żeków została zepchnięta na dalszy plan. Teraz liczyło się tylko : „ Nakarmić dziecko ! „
– Gulu gulu gulu gulu – gulgotał chłopczyk, który chciał jak najszybciej dostać żelki w swoje ręce. Teraz, natychmiast, już…
Wyrwał jej łapczywie torebkę, po czym wsadził wszystkie żelki na raz do ust.
„Nareszcie ma apetyt” – pomyślała mama.

# # #

Chłopczyk został wkrótce wypisany ze szpitala. Wrócił do domu a tam… Rodzice naznosili mu wszystkich rodzajów żelków, jakie tylko były dostępne na całym świecie. Ale chłopczyk jadł tylko miśki. Te w niebiesko-różowo-zielonych torebkach. Z niebieskimi, różowymi i zielonymi miśkami. Tylko te były dobre. Resztę tata, po namyśle, postanowił sprzedać w sklepie. Umieścił nawet napis na witrynie : „ NAJWIĘKSZY WYBÓR ŻELKÓW NA ŚWIECIE „.
Lekarz słuchający radosnej nowiny, że chłopczyk nareszcie zaczął jeść i to tylko żelki, zrobił dziwną minę.
– Proszę państwa – przerwał przekrzykującym się rodzicom – dziecko nie może żywić się samymi żelkami. Dziecko potrzebuje urozmaiconej diety, w której skład muszą wchodzić produkty pochodzenia roślinnego i zwierzęcego aby zapewnić dziecku odpowiedni budulec dla organizmu…- i tak dalej. Tu lekarz wygłosił krótki wykład na temat prawidłowej diety i zdrowego odżywiania.
– Hmm – powiedział tata, kiedy wykład dobiegł końca.
– No, hmm, rzeczywiście – powiedziała mama – w początkowej euforii, że on w ogóle coś je, zupełnie nie wzięłam tego pod uwagę. Co możemy zrobić, panie doktorze ?
– Zastanówmy się… – lekarz zmarszczył czoło poprawiając okulary – dziecko ma absolutny jadłowstręt i jest skłonne przyjmować pokarm, tylko pod warunkiem, że są to żelki… Mam pewien plan…- tu zrobił pełną napięcia pauzę – …ale będzie to od państwa wymagało nie mało poświęcenia i nie będzie tanie…

# # #

Po drugiej wizycie u dyrektora fabryki żelków, mama odetchnęła z ulgą. „Udało się”. Po przeprowadzeniu konsultacji z działem technologii produkcji, zamówienie zostało przyjęte.
Uniwersalne żelki, zawierające wszystko co potrzebne do odżywiania dzieci, zostaną wdrażane do produkcji. Żelki, które są 100% owym suplementem diety.
Ale próbna partia żelków miała być gotowa dopiero za miesiąc.
Miesiąc jednak szybko minął a chłopczyk tylko jeszcze raz wylądował w szpitalu pod kroplówką ( dla pewności, że nie zabraknie mu niezbędnych składników pokarmowych ). Poza tym odżywiał się tylko niebieskimi, różowymi i zielonymi miśkami, tymi w niebiesko-różowo-zielonych torebkach.
Fabryka żelków wywiązała się z zadania w terminie. Nowe żelki zostały zaprojektowane, tak jak jedzenie dla kosmonautów, żeby zawierały wszystkie potrzebne składniki z tym, że dla rozwoju dziecka. Jedna duża torebka wystarczała na jeden dzień, jako pełnowartościowa dieta dziecka. Żelki wyglądały tak samo jak te niebieskie różowe i zielone i miały taki sam smak.
Na szczęście dla mamy i taty naszego małego bohatera, którego wszyscy od pewnego czasu nazywali Żelkiem, fabryka postanowiła wprowadzić nowy produkt na rynek. Koszty wyprodukowania go były bowiem tak duże, że mama i tata niedługo musieliby sprzedać sklep i dom i samochód i jeszcze by im nie starczyło na zapłacenie za nowe żelki, dgyby były robione specjalnie i tylko dla małego Żelka.
A tak, żelki trafiły do sklepów. Najpierw, co prawda, przeprowadzono badanie rynku i żelki weszły poparte mocną kampanię reklamową, w ramach której lekarze opowiadali, jaki to nowy, cudowny projekt odżywiania dzieci. Żadnego karmienia kaszką i żmudnego gotowania obiadków. Wystarczyło teraz dać dziecku torbę żelków i na cały dzień – spokój. Nowe żelki, w trakcie zjadania, wydzielały inną temperaturę w zależności od koloru ; niebieskie były najzimniejsze, różowe – obiadowe, robiły się w ustach najcieplejsze ( ale tak, żeby się nie poparzyć ) a zielone – letnie. Miały więc wszystko co potrzeba a nawet więcej.
W niektórych gazetach pojawiły się, co prawda, krytyczne opinie na temat takiego sposobu odżywiania dzieci ale w sumie nikt się tym nie przejął. Dzieci chciały jeść żelki a rodzice oszczędzali masę czasu i pieniędzy. Po wprowadzeniu do masowej produkcji, żelki nie były drogie.
Od początku sprzedawały się doskonale a zapotrzebowanie było ogromne. Dzieci chciały jeść żelki! Wkrótce musiano zwiększyć produkcję i zbudować drugą fabrykę, która była ogromna. Potem trzecią i czwartą. Nowe żelki stały się wszechobecne, coś jak koka kola i niebawem można je było znaleźć w niemal każdym sklepie na świecie. Nazwano je TYLKO ŻELKI a pierwszą partię 30 torebek z nową nazwą, dostał oczywiście nasz mały Żelek, który nigdy już nie musiał być karmiony kroplówką.

# # #

Dorośli też zaczęli jeść TYLKO ŻELKI. Szczególnie ci, którzy dużo pracowali i mieli mało czasu. Wyprodukowano więc TYLKO ŻELKI dla dorosłych.

# # #

Śniło mu się, że wspina się na drzewo. W górze coś brzęczało. Nagle otoczył go rój dzikich pszczół. A niech to ! Wsadził łapę do ula. Tak, to była łapa. Kosmata i z pazurami. I wielka.
Żelek obudził się w swoim łóżeczku przerażony.

# # #

W przedszkolu opowiedział swój sen koledze. Darek Dred, bo rodzice rastamani zrobili mu dredy, powiedział :
– Ja miałem taki podobny sen. Łapałem ryby, stałem w strumieniu i też miałem wielkie kosmate łapy z taaakiiimi pazurami !
– Zalewasz !
– Nie. Naprawdę !
Chłopcy spojrzeli na siebie zdumieni.

# # #

Okazało się, że bardzo dużo dzieci miewa podobne sny. Niektóre opowiadały o nich rodzicom. Niektórzy rodzice rozmawiali tym z psychologami. Psycholodzy nie wiedzieli co o tym sądzić.
Ale niektórzy dorośli też mieli podobne sny.

# # #

– Wstawaj Żelku, już czas do przedszkola – Mama weszła do dziecinnego pokoju. Ale w łóżeczku nie zastała Żelka. Leżał tam ktoś czy coś w Żelka piżamce. Mały niedźwiadek.
Wrzask jaki wydała z siebie jest właściwie nie do opisania. No, można coś takiego usłyszeć niekiedy w horrorach. Dziwne, że nie popękały szyby. Wrzask mamy trwał długo. Bardzo długo.
Niedźwiadek otworzył oczy.
– Co się stało mamusiu ? – zapytał ziewając a jego głos przypominał trochę głos Żelka.
Mama wybiegła z pokoju.
– Andrzej ! Andrzej ! – krzyczała – ja chyba zwariowałam.
– Co się stało, kochanie ? – zapytał obudzony tata Żelka – śnił mi się straszny pisk…
– Chodź, zobacz, w pokoju jest niedźwiadek ! – potem dodała już ciszej – Przemówił do mnie ludzkim głosem. W piżamce Żelka. – Usiadła na łóżku i tępo wpatrzyła się w podłogę – Albo zadzwoń na pogotowie. Niech mnie zabiorą do szpitala dla wariatów.
Tata Żelka nie bardzo uwierzył. Wstał i poszedł do dziecinnego pokoju.
Tym razem dobiegł stamtąd męski, dużo niższy krzyk. Ale również głośny i długi. Właściwie mama słuchała go z ulgą. W pewnym sensie potwierdzało to, że jest przy zdrowych zmysłach. A może wolałaby nie być.
Tata wszedł do sypialni dziwnym automatycznym krokiem. Usiadł na łóżku obok mamy i objął ją ramieniem. Długo nie mogli wydusić z siebie głosu. W końcu tata wydusił :
– Też do mnie przemówił – i widać było, że to jest dla niego najdziwniejsze.

Do sypialni wszedł niedźwiadek w piżamce Żelka. Był śliczny i miał zielone futerko.
– Dlaczego tak krzyczycie ? Przecież już wstałem, dobrze dobrze, zjadłbym na śniadanie rybę i miodu. I kolę. Już nie chcę żelków. Nigdy ! Stanął na tylnych łapach, odwrócił się, opadł na cztery i wymaszerował do kuchni. Po chwili rodzice usłyszeli odgłos otwieranej lodówki i straszny brzęk.
A potem zaczął krzyczeć niedźwiadek.

# # #

Mama poderwała się błyskawicznie. Niedźwiadek stał przy otwartej lodówce wśród potłuczonych słoików i półmisków. Z przerażeniem wpatrywał się w swoje pokryte zielonym futrem łapy.
– Mamo, c co się s stało – przenosił zdumiony wzrok to na łapy to na nią.
Nie wytrzymała. Podbiegła i przytuliła go mocno. Objął ją za szyję, zupełnie jak mały chłopczyk. Po jej policzkach spływały łzy.
– Wszystko będzie dobrze kochanie, wszystko będzie dobrze. Wszystko…
– Chcę do lusterka – głos niedźwiadka się załamał.
Poszła, trzymając go na rękach, do łazienki. Był trochę cięższy od dawnego Żelka. Zapaliła światło. Stali długo i w milczeniu, wpatrując się w wielkie podświetlane lustro. Minęła cała wieczność.
– Jestem… misiem… Jestem… zielonym misiem…
– Jesteś… moim synkiem… zawsze… cokolwiek by się stało – przytuliła go mocno a on przycisnął puchaty pyszczek do jej szyi. Dotknął ją zimnym nosem. Pachniał tak jak zielone żelki – świeżymi jabłuszkami.

# # #

– Co ty robisz ? – tata wszedł do łazienki i patrzył w zdumieniu na przytulającą misia żonę -to przecież mały niedźwiedź.
– To nasz synek Żelek ! – powiedziała stanowczo.
Niedźwiadek popatrzył na nią z wdzięcznością a potem na ojca, błagalnie i trochę z wyrzutem. W jego oczach zalśniły niedźwiedzie łzy.
– Jesteś pewna ?
– Matka zawsze rozpozna swojego synka ! Jesteś taki śliczny… Żelku.
– Skoro tak mówisz… – ojciec bezradnie opuścił ręce – … to pewnie masz rację… Tak… śliczny… śliczny…
– Tatusiu. A ty mnie poznajesz..? – zapytał drżącym głosem.
– …Tak…Żelku – powiedział tata i wyszedł z łazienki.

# # #

Postanowili sprawę zataić. Po paru dniach mama zadzwoniła do przedszkola, że Żelek jest chory i żeby się nie niepokoili.
– Czy to coś poważnego ? pani przedszkolanka miała zatroskany głos.
– Ta… to znaczy nie, chyba nic takiego… taki katar – mama zganiła się w myślach za kłamstwo ale co miała robić ?
– Bo to chyba jakaś epidemia… Darek Dred, kolega Żelka też nie przyszedł od wczoraj i jeszcze pięcioro innych dzieci.
Zapadło długie milczenie.
– To do widzenia.
– Dziękuję za telefon. Czekamy tu na Żelka z niecierpliwością. Jest grzeczny i dzieci go lubią.
– Ta… Również dziękuję. Do widzenia – zakończyła mama.
Obok niej, na kanapie spał słodko mały zielony niedźwiadek.

# # #

– Kochanie wróciłem. – Trzaśnięcie drzwiami. Po chwili w drzwiach kuchni ukazał się tata.
Mama i mały miś siedzieli przy nakrytym stole. Miś miał zawiązaną pod szyją białą serwetkę.
– Tata !
– Dobrze, że już jesteś.
– Zobaczcie co przyniosłem. – W ręku trzymał wielką torbę pełną świeżych makreli. Tak było co dzień.
– Makrela !!! – z pyska pociekła misiowi ślina. Mama wytarła go błyskawicznie serwetką.
– Rybki, rybki, rybeczki !!!
– Jest bardzo głodny. Nie mógł się już doczekać.
– Dla nas jest ogórkowa i pierogi – mama wskazała parującą wazę i półmisek.
Niedźwiadek zeskoczył z krzesła i na czterech łapach podbiegł do torby. Chwycił jedną surową rybę wprost do pyska i po jednej w każdą łapę.
– Żelku ! Tak nie można ! Jadamy przy stole ! – mama siliła się na stanowczość.
Zielony niedźwiadek łypnął na nią spode łba. Potem na tatę, który nie bardzo wiedział jak ma się zachować ale na wszelki wypadek zmarszczył brwi. Miś niechętnie odłożył ryby do torby, poczłapał z powrotem i wgramolił się na krzesło.
– No już dobra, zaczekam.
– Ależ on urósł przez te parę dni – trochę niepewnym głosem zauważył tata, wsypując ryby do wielkiej miski.
Posiłek wszystkim bardzo smakował.

# # #

– Boże, za co nas to spotkało ? – mówił ściszonym głosem tata, kiedy miś Żelek już położył się spać.
Mama milczała.
– I pomyśleć, mam syna niedźwiedzia !
– Mamy syna.
– Co mówisz ?
– To nasze wspólne dziecko.
– To nie dziecko, to niedźwiedź !
– Mów ciszej.
– Przepraszam… ale zupełnie nie wiem co mam robić…
– Jak to co. Prowadź sklep i przynoś ryby. I miód.
– Przynoś ryby i miód – powtórzył jak echo – ładne załatwienie sprawy. I jak to się stało ? Co to w ogóle jest. To przecież jakiś zwariowany sen…
– Życie jest snem – mama była zadziwiająco spokojna.
– Nie zaczynaj znowu z tą filozofią !
Zapadło milczenie. Po chwili odezwała się mama :
– On jest taki śliczny..
– Ta. Połyka ryby w całości. Z głowa i z ogonem. To takie śliczne…
– Nie ironizuj. Andrzej !
Tato milczał.
– I ma takie piękne, zielone, opalizujące futerko – mama była prawie rozmarzona – takie mięciutkie. I umie mówić.
– Gadający niedźwiedź ! Moje dziecko.
– W Indiach uznałoby go za Boga.
– Ale nie żyjemy w Indiach. Żyjemy w PiiiiiP ( zagłuszenie ). Zresztą w Indiach nie ma niedźwiedzi.
Mama milczała.
– I dlaczego tylko nas to spotkało ?
I tu się mylił.

# # #

Z Darkiem Dredem działo się to samo. Został niedźwiadkiem kilka dni ( i nocy ) po Żelku.
Tylko miał niebieskie futerko.
Kati zmieniła się w różową puchatą misię, jedną noc ( i dzień ) po Darku.
Potem Franciszek, Thomas i Krzysio.
I tak dalej.
A mówimy przecież o dzieciach ( misiach ) z jednego przedszkola. Tylko ociec Darka, Jamajczyk, przyjął to z humorem, mówiąc : „ no, w końcu dobrze, że nie zamienił się w słonia „, na co jego jamajska żona pacnęłą go w głowę gazetą, robiąc zgorszoną minę. Zresztą Darka najłatwiej można było rozpoznać bo zachował sporo, niebieskich teraz, dredów.
Wszyscy rodzice zachowali się tak samo. Postanowili zataić sprawę. Przedszkole opustoszało.
Sprawa gruchnęła dopiero kilka tygodni po przemianie Żeka.

# # #

Pierwsze doniesienia o pojawieniu się tu i ówdzie kolorowych niedźwiadków, media i opinia publiczna zignorowały. Naśmiewano się z tych, którzy mówili, że je widzieli ; „ Mówisz, że widziałeś różowego niedźwiadka, który pił kolę przez słomkę ? A może jeszcze powiedział ci ‘dzień dobry’ ? Tak ? Ty to już zupełnie zwariowałeś. Ha, ha, ha. „
W brukowej prasie pojawiła się dopiero, opatrzona fotografiami historia o niedźwiedziu, który zjawił się rano w jednej z korporacji ( nazwy nie podano ), mówiąc ludzkim głosem, że tam pracuje jako menager. Miał przy sobie identyfikator kartę magnetyczną jednego z wysoko postawionych pracowników firmy. Przerażony strażnik poczęstował go paralizatorem, choć niedźwiedź nie był agresywny. Karetką pogotowia zoologicznego został odwieziony do zoo. Tam, przy okazji różnych badań okazało się, że zwierzę ma 3 promile alkoholu we krwi, czego przyczyny nikt nie potrafił wyjaśnić. Strażnik przyznał reporterom, że niedźwiedź trochę bełkotał, choć mówił w sumie zrozumiale.
– Pewno przeszedł przemianę kiedy był zupełnie pijany i nie zauważył rano, że… już nie jest taki jak przedtem – powiedział błyskotliwie tata Żelka do referującej mu artykuł mamy.
– Piszą, że siedzi teraz osowiały i odmawia wyjścia na wybieg. Jest niebieski. Zobacz fotki. I strasznie przeklina. Sprawę bada policja. Nie mogą się skontaktować z tym pracownikiem.
– Oczywiście – zauważył tata.

# # #
– A to bzdura ! Czytała pani ? Pisali dzisiaj w Superfakcie o gadającym niedźwiedziu – zagadnęła mamę, na klatce schodowej, dozorczyni. – Co za idiotyzmy wymyślają w tych gazetach ! Niedźwiedź gadał ! Przecież do wigilii jeszcze daleko ! Takie bzdury wypisują …
– Ta… – odpowiedziała mama, która wracała właśnie ze sklepu z wielką torbą pełną surowej makreli.
Dozorczyni zaglądnęła ciekawie co mama taszczy, kiedy mijały się na schodach.
– O, apetycik dopisuje, widzę… A może w ciąży jesteśmy ?
– Nie. Też mamy w domu gadającego niedźwiedzia. Tylko zielony..
– Tej to się zawsze żarty trzymają – mruknęła, raczej już do siebie dozorczyni – powariowali wszyscy, no powariowali !

# # #

– Kochanie, sprawdź co porabia Żelek..
Tata niechętnie poszedł do dziecięcego pokoju.
Puk, puk. Zawsze pukał, żeby okazać dziecku ( teraz misiowi ) szacunek. Tak go nauczono.
– Proszę ..
Usłyszał trochę nieobecny głos Żelka.
Tata stanął w drzwiach.

#

– I co porabia ? – zapytała kiedy wrócił do salonu.
– Jak zwykle gapi się na księżyc – głos taty był zmęczony.
– Ale dzisiaj nie widać księżyca.
– To widocznie gapi się w gwiazdy.. A na stoliku leżała moja książka. Po co mu ją zaniosłaś ?
– Ja ? Nie zaniosłam. Musiał sam wziąć.
– Przecież on nie umie czytać..
– No nie. – Zgodziła się mama. – A co to za książka ?
– ‘Wstęga Mobiusa w aspekcie teorii zakrzywienia wielowymiarowej czasopraestrzeni’.
– A co o za książka ?
– Przecież ci mówię !
– Ale o czym ?
– Fizyka teoretyczna. Wiesz, że interesowałem się tym kedyś.
– Ale co to jest wstęga… No.. biusta ?
– Mobiusa. To coś jak infindybuła chronosynklastyczna. Rozumiesz..
– Ta… – powiedziała mama – choć nic nie rozumiała.

# # #

Niedługo potem wybuchła afera. Temat kolorowych niedźwiedzi dostał się na pierwsze strony gazet, czołówek dzienników telewizyjnych, mówiono o tym w radiu. Doniesienia płynęły z całego świata. Podobno niedźwiadki ( i czasem niedźwiedzie ) nie pojawiły się tylko w Korei Płn.
– Oni uratują ludzką rasę – zażartował tata. – Reżim Kim Dong Ila.

# # #

Zjawisko stało się na tyle powszechne, że niewiadomo już było czy ludzie mają problemy z niedźwiadkami i niedźwiedziami ( tych było dużo mniej ) czy też misie mają problemy z ludźmi. Liczbę tych pierwszych szacowano już na około jeden miliard. Czyli co szósty człowiek był niedźwiedziem. Najczęściej małym bo dużych osobników naliczono około stu milionów. Sprawę pogarszał fakt, że ci duzi zajmowali często bardzo ważne stanowiska w polityce, administracji, wojsku, policji i biznesie.
Na szczęście misie nie były agresywne, atakowały tylko w obliczu zagrożenia a ich wzrost fizyczny na ogół nie przekraczał wzrostu ludzi, którymi byli wcześniej. Potem przybierali tylko na wadze.
Duży szok wywołał fakt, że prezydent USA, premier Wielkiej Brytanii, prezydent Rosji, przewodniczący Komunistycznej Partii Chin i wielu innych sławnych ludzi, również zamienili się w niedźwiedzie. Trudno było zamykać takie osobistości w zoo, tym bardziej, że mówili do rzeczy.
A mówili najczęściej o równouprawnieniu niedźwiedzi.

# # #

Przemiana trwała około trzech lat. W tym czasie właściwie nic niepokojącego się nie działo. Czasem ktoś miał dziwny sen, czasem zaryczał przerażającym głosem. Wszystko mieściło się w granicach normy. Ale potem sprawy przybierały błyskawiczny obrót.
W ciągu jednej nocy człowiek zostawał przemieniony w niedźwiedzia. Oczywiście nie każdy. Tylko ci którzy jedli TYLK ŻELKI. Dzieci zmieniały się w małe niedźwiadki a dorośli w duże niedźwiedzie.

# # #

Wykrycie związku między dietą TYKLO ŻELKÓW a przeminą w misia, zajęło naukowcom około jednego roku. Było tym trudniejsze, ponieważ część naukowców również przeszła przemianę.
Pracowano nad lekiem zapobiegającym mutacji, dla tych którzy długo byli na żelkowej diecie i lekiem przywracającym ludzką postać. W to drugie chyba nikt nie wierzył.
Zamknięto prawie wszystkie fabryki TYLKO ŻELKÓW , mimo sprzeciwu dzieci, które po prostu chciały je jeść, nielicznych dorosłych, którzy chcieli zostać niedźwiedziami i populacji niedźwiedzi, które twierdziły, że należy pozostawić ludziom wolność wyboru . Zamknięcie fabryk spowodowało światowy kryzys gospodarczy.
TYLKO ŻELKI produkowano teraz wyłącznie w państwach, które nie podpisały umów międzynarodowych lub ich nie przestrzegały. To stamtąd przemycano TYLKO ŻELKI, których czarnorynkowa cena przekraczała wszelkie poziomy zdrowego rozsądku, tak samo jak przekraczali poziom zdrowego rozsądku ci, którzy je jedli, żeby stać się niedźwiedziami. Ci jednak bronili swojego stanowiska podkreślając różne korzyści wynikające z bycia misiem. Otóż misie prawie nie chorowały, wykazywały niesamowitą wprost tężyznę fizyczną oraz zdolności do nauk ścisłych graniczące z geniuszem. Podobno podobały się kobietom. To tylko niektóre powody. Poza tym bycie niedźwiedziem w niektórych kręgach, stało się po prostu modne. I elitarne. No cóż, każdy ma swoją rację…
Mimo wcześniejszych zapewnień, w Korei Płn. Również doszło do mutacji. Niepotwierdzone informacje mówiły, że szef tego państwa, Kim Dong Il i kilku jego ministrów, również przeszli przemianę. Koreą Płn. Rządził teraz najprawdopodobniej niedźwiedź.
Za to rybołówstwo i produkcja miodu przeżywały teraz nie notowany wcześniej rozkwit. Świeże ryby sprzedawały się teraz lepiej niż świeże bułeczki a miód lepiej niż woda. Koka Kola również nie narzekała.
Terroryści przemienieni w niedźwiedzie nie stanowili dużego problemu gdyż gorzej od ludzi strzelali i nie przejawiali fanatycznej religijności. Zresztą Islam wykluczył misie z grona wyznawców.
Wśród chrześcijan trały za to dyskusje, czy niedźwiedź może być zbawiony. Kościół katolicki nie zajął w tej sprawie jednoznacznego stanowiska. Sprzeciwiał się jedynie zawieraniu związków między ludźmi a niedźwiedziami i wyświęcaniu tych ostatnich na księży.
W innych kościołach to się jednak zdarzało. Tu i ówdzie można było spotkać pastora niedźwiedzia.
Buddyści wierzyli, że niedźwiedź ma naturę Buddy.
W szkołach i przedszkolach zniesiono segregację gatunków po około dwóch latach od pojawienia się pierwszych mutacji. Wcześniej były placyki zabaw osobno dla misiów, osobno dla ludzkich dzieci.
Dorosłe osobniki nie miały tak fantastycznie kolorowych futerek jak maluchy. Skład TYKO ŻELKÓW dla dorosłych był inny.
Zmutowane misie nie spały w zimie. Niektórzy mówili, że szkoda. Zresztą w wielu krajach nie było zimy. A misie były wszędzie.
Naukowcy podejrzewali użycia zaawansowanej nanaotechnologii przy produkcji TYLKO ŻELKÓW. Oczywistym już było, że to sabotaż. Największy w dziejach ludzkości. Tylko kto za tym stoi. Tego ustalić nie zdołano.
Niedługo po zniesieniu segregacji, dorosłe niedźwiedzie otrzymały prawo do głosowania i nastąpiło pełne równouprawnienie.
Ludzie i niedźwiedzie współistnieli odtąd w miarę pokojowo na planecie Ziemia. I wtedy… Ale o tym potem.

# # #

Żelek chodził już do drugiejl klasy podstawówki i był pięknym okazem zielonego niedźwiadka, który stojąc na tylnych łapach miał 137 centymetrów wzrostu. Pozycja wyprostowana była zresztą wśród niedźwiedzi trendi, choć niektóre chodziły sobie luzacko na czterech łapach. Żelek był oczywiście trendi. Tym bardziej, że podobała mu się różowa niedźwiedziczka Kati, z którą chodził jeszcze do przedszkola.
Podobała mu się i to z wzajemnością. Teraz chodzili do jednej klasy i siedzieli w jednej ławce. Na przerwach dzielili się surową rybą, miodem i koka kolą.
Co do strojów to misie ubierały się raczej symbolicznie. Ten i ów nosił czapeczkę ( z daszkiem do tyłu ), tamten – pasek, niektóre misie płci pięknej – majteczki z dziurką na ogonek. Szpanerzy i elegantki ubierali się nawet całkiem jak ludzie, włącznie z butami, marynarką czy sukienką itd. Widywało się nierzadko misie w okularach.
W klasie siedziały same niedźwiadki. Było ich pięcioro. Po długich debatach ustalono bowiem, że osobno wykłada się im matematykę i fizykę. Potem wprowadzone astronomię. Powodem tego były niezwykłe zdolności do przedmiotów ścisłych, jakie wykazywały niemalże wszystkie misie. W miarę możliwości szkoły starały się zapewnić im wykładowców z wyższych uczelni.
Kati narysowała właśnie na karteczce serduszko i pokazała Żelkowi, który dorysował przebijającą je strzałę. Spojrzeli na siebie czule.
– Żelku – siwowłosy naukowiec w grubych rogowych okularach zwrócił się do niego – może nam powiesz co to jest różniczka…
– Różniczka… hmm… o wyniczek z odejmowanka !
Kolorowe misie zarechotały. Wykładowca starał się zachować poważny wyraz twarzy.
– To stary kawał ale tym razem ci się upiekło, Żelku.

# # #

Wracali razem po lekcjach. Zielono różowa para misiów. Trzymali się za łapki.
Pod płotem stało czterech chłopaków. Mieli może po 12 lat.
– Misie pysie !!!
– Zakochana para, żelków ofiara !!!
– Precz z misiami !!!
Żelek wyprężył się i wyszczerzył kły. Wyciągnął pazury i rzucił się w stronę chłopaków. Warczał przy tym jak motocykl ze sportowym tłumikiem.
– Żelku !!! Uspokój się ! Nic nam przecież nie zrobili !
Chłopcy zdążyli uciec przez płot. Żelek stał opierając się na nim i gryząc pręty. Warczał wściekle.
– Ależ Żelku. Nic się przecież nie stało – powiedziała Kati kiedy wrócił do niej zdyszany. Już nie warczał.
– Udawałem furię – mrugnął do niej okiem – muszą nauczyć się nas szanować.

# # #

– Ależ tato, makrele !
– Dzisiaj kupujemy pstrągi !
– Strongi, strongi, jestem strong misiem – podśpiewywał Żelek. Byli na zakupach w hipermarkecie.
Co jakiś czas widziało się mamę lub tatę z kolorowym misiem. Bywało też, że szedł niedźwiedź z ludzkim dzieckiem. Nikt już nie zwracał na to specjalnej uwagi. Chociaż małe misie miały takie śliczne futerka.
Na dorosłe okazy patrzono z pewną obawą. Tym bardziej jeśli pachniały alkoholem. Ale zdarzały się też kolejki ludzi po autograf do jakiegoś niedźwiedzia celebryty.
Mieli już wyładowany koszyk. Pełen pstrągów, miodu i koka koli. Tata kupił sobie fasolkę szparagową w słoiku i ementaler. Bułeczki i keczup.
– Nie lubię kepaczu !
– De gustibus non disputandum est – odpowiedział tata.
To było już po tym, jak zostawiła ich mama.

# # #

Mama odeszła z niedźwiedziem.
Był dyrektorem banku Milenium, przywróconym na posadę po dwuletniej kwarantannie w stołecznym zoo. Swojego czasu był tam cały pawilon dla zmutowanych misiów. Nie wpuszczano tam dzieci bo niedźwiedzie strasznie przeklinały.
Ber jeździł czarną esą z pięciolitrowym silnikiem. Lubił upajać się prędkością. Z mamą Żelka poznali się w sklepie. Przychodził tam wiele razy. Pamiętała go. Zawsze miał koszyk pełen najbardziej ekskluzywnych produktów. Teraz był tu znowu. Mama stała za kasą.
„ Myślałam, że niedźwiedzie jedzą tylko ryby, miód i piją koka kolę „ – pomyślała mama.
– To przesąd, że niedźwiedzie jedzą tylko surowe ryby, miód i piją kolę – powiedział niskim basowym głosem Ber, jakby w odpowiedzi na jej myśli – niedźwiedzie lubią frykasy – spojrzał na nią uwodzicielsko po czym zwalił się przed nią na kolana – czy wyjdzie pani za mnie za mąż – zapytał błagalnie.
– Ale… ja jestem mężatką – odpowiedziała drżącym głosem.
– Miłość nie zna przeszkód ! Kocham panią !
Klienci w kolejce obserwowali tę scenę z niepewnością. Widać było jednak, że kobiety są wzruszone.
Wziął jej dłoń i dotknął ją zimnym czarnym nosem. Ugięły się pod nią kolana.
Trzeba przyznać, że mama Żelka nie zgodziła się tak od razu.

# # #

Kościół katolicki oficjalnie potępił związki ludzi z niedźwiedziami i niedźwiedzi z ludźmi. Grożono za to ekskomuniką.
Jedyny Powszechny Kościół Niedźwiedziowi przedstawiał Jezusa jako Ukrzyżowanego Niedźwiedzia. Nuncjusz papieski nie wypowiedział się na ten temat.
Powstała niedźwiedzia wersja ostatniej wieczerzy. Wszystkie postaci były niedźwiedziami, za wyjątkiem Judasza. Religijność misiów była jednak ( na szczęście ) daleka od fanatyzmu.

# # #

‘ Ftedy przyleciało ufo’ – zapisał Darek Dred w swoim pamiętniku. Bo pamiętnik prowadził od dawna.

# # #

Naliczono około dziesięciu tysięcy latających obiektów. Najpierw nad Paryżem, potem Tokio, Londynem i Nowym Yorkiem. Nad Warszawą zaobserwowano tylko jeden.
Komunikacja została zainicjowana przez obcych. W dużej mierze zapobiegło to panice, chociaż oczywiście, bez niej się nie obyło. Straty były jednak niewielkie.
Rozmowy z Niezidentyfikowanymi obiektami, które teraz zostały zidentyfikowane, prowadzone były drogą radiową. UFO rozmawiało w pierwszej kolejności z rządem Stanów Zjednoczonych, Unią Europejską i z rządem Chin Ludowych. Rosjanie poczuli się obrażeni. Obcy nie chcieli mówić po rosyjsku.
Rządy Mongolii i Australii zgodziły się na udostępnienie obszarów do lądowania. Po 5000 zidentyfikowanych obiektów latających na każdy z tych krajów.

# # #

JESTEŚMY Z GWIAZDOZBIORU WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY. NASZA MACIERZYSTA PLANETA ULEŁA ZAGŁADZIE W WYNIKU WOJNY TERMOJĄDROWEJ. CHCEMY SIĘ TU OSIEDLĆ I ŻYĆ Z WAMI W POKOJU. TO MY SPOWODOWALIŚMY MISIOWĄ MUTACJĘ NA ZIEMI. PRZYZNAJEMY SIĘ I PRZEPRASZAMY. TO BYŁ JEDYNY SPOSÓB NA ZAPOBIEŻENIE KONFLIKTOWI. CHCIELIŚMY WAM POKAZAĆ, ŻE NIE WAŻNY GATUNEK, WAŻNE UCZUCIE. TO DLATEGO PRZEMIENILIŚMY CZĘŚĆ WAS I WASZYCH DZIECI. PRZYWIEŹLIŚMY ANTIDOTUM. KTO CHCE MOŻE ZNOWU ZOSTAĆ CZŁOWIEKIEM, TO SPRAWA TRZECH MIESIĘCY. PRZYCHODZIMY W POKOJU. JOŁ.

# # #

Z gwiazdolotów na terytoriach Mongolii i Australii, wysypały się misie.

# # #

Żelek znów był człowiekiem. Studentem drugiego roku na Harvardzie. Czasami udzielał prasie wywiadów jako pierwszy człowiek, który stał się niedźwiedziem.
Przybysze z Wielkiej Niedźwiedzicy przyznali mu hojne ‘ dożywotnie stypendium, za zasługi na polu rozwijania przyjaźni międzygalaktycznej.’
Kati pozostała różową misią. Pracowała jako kelnerka. Tak wybrała. Nadal mieszkają razem. Wakacje spędzają często u mamy i ojczyma Żelka w Australii.
Ber, również pozostając niedźwiedziem objął tam posadę dyrektora filii banku.
Tata żelka ożenił się powtórnie z o połowę młodszą od siebie ekspedientką. Żelek znał ją od dziecka. I lubił.
Darek Dred został znaną gwiazdą reggae. Opublikował również swoje pamiętniki. Jako człowiek.
Obcy przestali być tacy obcy i zachowywali się w miarę poprawnie. To znaczy, że się nie wtrącali. Krzyżówki między gatunkami okazały się niemożliwe ale dzięki zmutowanym niedźwiedziom asymilacja kosmitów przebiegała dość sprawnie. Ci ostatni mogli mieć z ziemskimi misiami wspólne potomstwo.
Miłość nie zna granic.

Koniec

Napisane nie ważne gdzie i kiedy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s