Księga Wilków

W I L K I   N A   U L I C A C H   M I A S T A    czyli   R A M I N A M A N A

 

 

Teraz biegł połączony ze snem. Trans pozwalał mu nie odczuwać zmęczenia. Pod butami skrzypiał różowy śnieg. Mijał las. Za lasem przepaść. Udało się. Przeskoczył. Pole siłowe jego aury mieniło się wszystkimi kolorami tęczy. Zdyszał się. Śnieg ustąpił miejsca zielonej trawie. Jeszcze przyśpieszył. „W roli głównej Riczard Czaprau” – przemknęło mu przez głowę. Zza drzew wyskoczył czarny ptak, lecąc prosto na niego („w niego?”-zastanowił się-”w bohatera ?”). Uchylił się. Ptak stracił równowagę, wpadł w turbulencje i grzmotnął w skały po prawej. Explozja. Kątem oka zobaczył jak posypały się pióra. Najpierw czarne a potem zielone. I żelastwo.”Skąd tyle zelastwa ?” Nie trafiło go. Ptak był bombą- proste. A więc już wiedzieli.

Piasek pod stopami. Piasek. Potem następna przepaść. Już nie taka wielka. Hooooop. Przeskoczył znowu. Na horyzoncie majaczyło Miasto. „Nareszcie. Muszę tam być przed wieczorem.”

 

Obudziło go wycie wilków. Otworzył oczy. Była noc. Nie udało się. Nie dotarł. Trans miał swoje granice.  Zaległ gdzieś na mchu, pod drzewem. Prawie tego nie pamiętał.

Wycie coraz to bliższe było a potem ucichło. Nie bał się a może tak bardzo pragnął się nie bać.

Usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Odprężył umysł. Myśli przelatywały mu przez głowę ale nie czepiały się. „To tylko przeszłość. Przeszłość minęła. Została daleko w tyle”.

Usłyszał odgłosy stóp. Nie ludzkich stóp. Wielu stóp. Wilczych stóp. Ciche powarkiwanie. W pierwszej chwili przeszły go ciarki ale uspokoił się szybko. Lata treningu. Zresztą lubił ciarki. Wdech i wydech. Swobodnie puszczony wydech.

Wilki otoczyły go półkolem. Za nim rosło drzewo. Srebrny buk. Jego ukochane buki. Wilki patrzyły groźnie, powarkując. Człowiek spokojnie siedział. Miały czerwone fosforyzujące oczy a może mu się tylko tak zdawało, chociaż w świetle księżyca widział dosyć wyraźnie. Poza odgłosem warczenia było całkiem cicho.

Wyglądało  jakby szykowały się do ataku. Zjeżona sierść i obnażone zęby. Krok do przodu, krok do tyłu. W górze księżyc. Wilki. I człowiek. Klatka stop.

Wilki usiadły.

Człowiek wstał. Zerwał się raczej na nogi. One odskoczyły gwałtownie,  metr czy dwa, kuląc pod siebie ogony.

-A  kurwa! Ładnie to tak mnie straszyć po nocy?!!! Obudzić zmęczonego człowieka?! Cały dzień biegłem…Dzień…? Cały tydzień! Nóg, kurwa, nie czuję a ci mi tu przychodzą po nocy i warczą, jak bandziory jakieś! I jak tak można?! Sierściuchy jebane!- mógłby tak długo ale przestał. „Starczy tyrady”.

Wilki pospuszczały głowy i usiadły znowu.

-Nuu- odezwał się w ludzkim języku największy osobnik- nu, Brat, nie denerwujta ssie, my wilki proste…Takaja nasza natura. Warczym bo warczym. Jenacze nie potrafim, Brat…

Pozostałe pokiwały głowami. Jednak czerwone oczy miały, zawsze go to dziwiło.

-Sorry Brat, ale nie dotarłeś?- zapytał drugi szary wilk, choć było to raczej stwierdzenie.

Człowiek usiadł i nieco się zgarbił.

-Nie dotarłem…- w jego oczach odbijał się zaszklony księżyc. „Potknąłem się ale nie upadłem. Upadłem ale wstanę”.

 

 

*             *             *

 

 

Lort Anzelm chodził szybkim krokiem od pulpitu do pulpitu .Ściany sali pokrywała boazeria ekranów, dzielących się na różnej wielkości prostokąty i kwadraty. Wyświetlały się na nich obrazy, słowa i wykresy. Co jakiś czas pojawiały się mniejsze I większe hologramy, które wypełniały pomieszczenie tak, że trudno było odróżnić trójwymiarowe miraże od materialnych osób i przedmiotów. Całość przypominała dość nietypową scenografię SF z początku  dwudziestego pierwszego wieku, choć działo się to w innym czasie i przestrzeni.

Nad bioplazmowymi pulpitami pochylało się kilka osób. Pulpity właściwie nie były potrzebne, bo system mógł działać na wzmocnione impulsy mentalne operatora ale jedynym uprawnionym do tego był Lort Anzelm. Reszta musiała machać rękami. Żeby było wiadomo kto tu jest Panem. Jednak Lort nie przepadał za obsługą komputera. Miał od tego ludzi. On sam nie był człowiekiem.

-I co, macie coś?- w jego głosie brzmiało nie ukrywane zniecierpliwienie.

-Jeszcze sprawdzamy…-spowolniony głos pochodził od siedzącego najbliżej czarnego programisty. „Chyba nic”- pomyślał ale bał się tego powiedzieć.

-Cholera! Mógł  nas w błąd wyprowadzić…

-Jeszcze nie wiadomo.

Sama sala wyglądała dziwnie. Ogromna z gotyckimi sklepieniami.  W gotyckich oknach- ogromne witraże z tym, że w stylu minimalistycznego art techno . Wielki Centralny Żyrandol zwisający z wysoka, na oko średniowieczny, miał zamiast świeczek plazmowe  fotodiody, dające lekko pomarańczowe światło. Na kandelabrach-ten sam typ oświetlenia, tylko w odcieniu zielonym.

Lort Anzelm ubrany był w ciemnobrązowy skórzany płaszcz do ziemi, spod którego wystawały płetwy. Reszta załogi wyglądała normalnie; dżinsy, koszule, marynarki, minispódniczki oraz szpilki. W sumie kilkanaście osób, wśród których wyróżniały się starannie wybrane i ubrane piękne kobiety. Tylko jedna , stara i gruba, wydawała się nie pasować do pozostałych. Nazywano ją Lejdi Zmora.

Panował nastrój ogólnego skupienia. Lort Anzelm przymykał  czasem oczy i wtedy telesensory komputerów reagowały cichymi psyknięciami a na ekranach wyświetlały się zamówione a raczej zamyślone dane. Jednak najważniejszych informacji wciąż brakowało.

-Cholera! Mógł nas wprowadzić w błąd- powtórzył już raczej do siebie Lort Anzelm.

 

 

*          *           *

 

 

Przykuty do ściany łańcuchami wilk wyglądał jak ukrzyżowany.  Musiał być nieźle torturowany. Oczy wywrócone do góry. Białka na wierzchu. Na ogonie ślady kału. Oj, działo się.

 

 

*          *          *

 

 

Widział biegnące stopy w białych butach. Swoje stopy. Swoje nogi. Upajał go ich rytm. Tuch tuch tuch tuch tuch tuch tu tuch.” Trudno, nie ma innego wyjścia.” Prawą ręką wymacał metalową płytkę wbudowaną w potylicę. Teraz liczyły się minuty. Ale czy było po co biec? Liczył na łut szczęścia. Nacisnął guzik. Ten po prawej z dołu.

Akceleracja do ośmiu maximum. Czy zdoła dobiec? Przy takim tempie zużycie energii mogło w bardzo krótkim czasie doprowadzić organizm na skraj wyczerpania. Nawet do śmierci. „W bardzo krótkim czasie”.

Z boku wyglądało to tak: facet biegnie, równo, elegancko, lekko i szybko. Nagle dotyka ręką tyłu głowy i… przyśpiesza jakieś 10 razy. Pokonywanie zakrętów i omijanie przeszkód nie jest już takie łatwe przy prędkości 200 km/h.

 

 

*          *          *

 

 

 

Rodzina Szmisów wracała z weakendu do domu. Ich nowy Fjeford miękko pokonywał drogę. Dzieci bawiły się na tylnym siedzeniu. Pani Szmis poprawiała makijaż przeglądając się w lusterku pasażera. Na jej kolanach kolanach – Lili, suczka rasy Yorkshire. Na przedniej szybie komputer wyświetlał parametry. Wodorowy silnik pracował bezszelestnie i bez zarzutu. Dumny ojciec i mąż, Dżon Szmis prowadził, chociaż to właściwie w pełni zautomatyzowany system nawigacyjny prowadził.

Obok-inne samochody-rzeka aut. Cztery nitki w każdą stronę. Teraz wszyscy wracali, tak że powoli zagęszczał się tłok w kierunku miasta.

Szmis zjechał na lewy, najszybszy pas ruchu.

-Kochanie, czy nie jedziemy za szybko? Zapytała, raczej retorycznie, pani Szmis.

-Nie, kochanie- odpowiedział z pełnym przekonaniem Dżon, bo od czasu kiedy ASBN ( Automatyczne Systemy Bezpiecznej Nawigacji ) przejęły 90%  kontroli nad prowadzeniem pojazdów kołowych, liczba wypadków zmniejszyła się o 90%. Praktyka odłączania ASBN była kosztowna, ryzykowna i karana więzieniem. Robili to wyłącznie gówniarze i nieuleczalni rajdowcy.

Nie był to świat gdzie można było dla fantazji popiszczeć oponami.

Tak więc jechali około 160 km/h , mieszcząc się w 10-cio % widełkach tolerancji prędkości.

Nagle Dżon Szmis poruszył się nerwowo w swoim pneumatycznym fotelu, żeby nie powiedzieć, że podskoczył.

-O kurwa! Szajse !

-Dżoni, nie mówi sie tak przy dzieciach.

-Ja pierdole !

W lewej kamerze wstecznej zobaczył szybko zbliżającego się, biegnącego człowieka, który po chwili, bez widocznego zmęczenia, wyprzedził ich z dużą różnicą prędkości.

-O kurwa- powiedziała pani Szmis, biorąc głęboki oddech i nie bacząc na obecność dzieci.

Lili zaczęłą szczekać.

-Tatusiu, jak ten pan szybko biega- zawołała dziewczynka.

-Tatuś też by tak potrafił, gdyby chciał- głębokie przekonanie w głosie młodszego braciszka nie pozostawiało możliwości dyskusji.

Z mieszaniną podziwu i przerażenia patrzyli za oddalającym się biegaczem, który szybko zniknął im z oczu.

 

 

*          *          *

 

 

Tu tu tu tu tu tu tu tu – kontury stóp rozmazywały się totalnie.” Żeby tylko nie wzbudzać sensacji” pomyślał trochę głupio bo samochody, które wyprzedzał,  na chwilę  gubiły równy tor jazdy, korygowany zaraz przez ASBN.

Biegł slalomem, zmieniając pasy, wyprzedzał wszystkie samochody. Z tyłu z oddali usłyszał policyjną syrenę. Samochody ustępowały z lewego pasa, pozwalając policji przejechać. „Żebym miał syrenę” pomyślał znowu trochę głupio. Policyjny Oxyvan zbliżał się szybko. „Ile oni jadą?” Miał tylko jedno wyjście. Sunąc delikatnie przy ciele podniósł do głowy prawą rękę (żeby nie odrzucił jej do tyłu wiatr) i nacisnął guzik w płytce wbudowanej w potylicę, ten po prawej z góry.

 

 

*          *          *

 

 

-O kurwa! – oszukał nas- wrzasnął Lort Anzelm, wyciągając telefon bioplazmowy.

-Kat? – do kata! Zajmij się nim! Nabrał nas! … Fałszywy  kod dostępu! Niby o jedną cyferkę ale nie da się odnaleźć … tak …próba konfiguracji może spowodować explozję!!!  Tak … możesz zabić.

 

 

*          *

Wyjazd z płatnej autostrady kończył się szlabanem. Ram wiedział o tym jednak po dłuższym namyśle wobec skracającej się drogi (300 km/h) postanowił się nie schylać. Dobrze, że szlaban zrobiony był z plastiku. Rozpadł się na tysiące kawałków. Ram wbiegł a raczej wleciał do miasta. Skierował się prosto  w stronę Zamku.

Teraz już przeskakiwał po dachach i maskach samochodów bo nie było innego wyjścia. Przebiegł na wylot przez przeszkloną kawiarnię, demolując ją całkowicie. Obyło się bez ofiar w ludziach. Zszokowani klienci podnosili się spod sterty połamanych mebli, potłuczonego szkła i gruzu brodząc po kostki w napływającej ciągle z rozwalonego expresu kawie. Nikt nie był pewien, co się tak                 naprawdę stało. Wyglądało to jak po przejściu tornada. Prędkość niszczącego obiektu była zresztą podobna. Dokoła wyły syreny. Można powiedzieć, że sposób  w jaki przemieszczał się Ram nie był dyskretny ale on sam pozostawał prawie niezauważalny.

W Zamku wiedzieli już, że się zbliża…

 

 

*          *          *

 

 

-Czy to energia, której szukamy? – zastanawiał się Lort Anzelm, obserwując na ekranach zbliżającą się błyskawicznie postać. Były przerwy między sekwencjami bo monitoring nie nadążał za biegnącym Ramem.

-To raczej implant, jeden z tych nielegalnych adrenalinowych bioakceleratorów neurotonusu- odpowiedział, też jakby do siebie, Kim, przysadzisty analityk komputerowy.

-Ale on zapierdziela- mimo dezaprobaty w tonie Lorta Anzelma przebijał pewien podziw- zobaczcie jak się pochylił na tym zakręcie.

-Pewnie ma wzmocniony i-syntetyczny układ kostny…

-Ze co?- zdziwił się Lort Anzelm.

-Taki i-syntetyczny stelaż w kościach. „I”- to inteligentny- wyjaśniła Maja,  młodsza programistka- też nielegalny.

-A.., kości robią się elastyczne jak z gumy albo twarde jak z tytanu. W zależności od potrzeb- Lort Anzelm też wiedział co nieco.

Wszyscy wpatrywali się w ekrany i mieli dziwne miny, bo chociaż słyszało się tu i ówdzie o tego rodzaju zakazanych modyfikacjach to nigdy czegoś takiego nie widzieli.

-Rzeczywiście, wygląda to na jeden z tych najnowszych bioimplantów, nielegalnie importowanych od obcych.

Lort Anzelm postanowił sobie, że surowo rozprawi się z tego rodzaju kontrabandą i pokątną neuro-chirurgią montującą tego rodzaju technologie.  Mrugnął swoimi rybimi oczami i zapis znalazł się w pamięci komputera. „Jak te implanty się rozpowszechnią to będzie piekło. Dobrze, że na razie są na pewno bardzo drogie…”

-Czy naszej ochronie uda się go powstrzymać?

-Już do niego strzelają!

-Widziałem. Są o wiele za wolni. Przy tej szybkości…

-Patrzcie!

Wszyscy wgapili się w ekrany. Rzeczywiście widok był imponujący; Ram odbił się od dachu samochodu, wyskoczył, przeleciał przez pół placu Infilad, wylądował i … potknął się fatalnie. Źle postawił stopę czy coś takiego. Wyrzuciło go. Ostatnie ujęcie pokazywało jak leci w górę, ostro koziołkując w stronę mieszkalnego gotyckiego wieżowca.

Wyżej kamery, w tym miejscu, nie łapały. Ram zniknął z ekranów. Długo czekali ale nie widać było jak spada.

-Przeszukać okolicę- rzucił rozkaz Lort Anzelm.- Poślijcie tam Gwardię. Chcę go mieć żywego…

A w ostateczności martwego- dodał po namyśle.

 

 

*          *          *

 

 

Brała właśnie prysznic gdy coś w pokoju obok pierdolnęło.

-Ach! -wyrwało jej się. „Co to mogło być”. Wskoczyła w biały szlafroczek frote i pobiegła do pokoju. Stanęła jak wryta.

Na łóżku, któremu od uderzenia rozjechały się nogi, leżał w dziwnej pozycji mężczyzna. Miał długie jasne włosy a na sobie błękitny kombinezon i białe buty. Sympatyczne oczy patrzyły na nią z nie mniejszym zdziwieniem niż ona na niego. Otwarty balkon wydawał się jedyną możliwą drogą jego przybycia chociaż zważywszy,  że było to 9-te piętro, niczego to nie wyjaśniało.

-A pan…? – zdołała wydusić tylko tyle bo ją zatkało.

-O Boże, jaka śliczna- wyszeptał cicho Ram, uśmiechnął się i stracił przytomność.

„Też jesteś niezły” pomyślała i skarciła się zaraz za tę myśl.”Jakiś wariat! Wpadł mi do łóżka przez balkon na 9-tym piętrze…Dobrze, że już wstałam…Dzwonię po policję! Ale jak się uśmiechnął ładnie, powiedział,”. Przypomniała to sobie z wielką przyjemnością.”, dzwonić na policję, ale przecież nie zrobił jej krzywdy ani szkody w domu, no może nogi łóżka się połamały , nic wielkiego, drobiazg”. Już wiedziała, że nigdzie nie zadzwoni a na pewno już nie na policję. Nieznajomy wyglądał tak romantycznie. Intuicja podpowiadała jej, że nie jest niebezpieczny. Nie dla niej. Że raczej on sam może być w niebezpieczeństwie. „Czy jemu trzeba pomóc?”. Jakby w odpowiedzi na to pytanie usłyszała z dołu wycie policyjnych syren. Na ten dźwięk nieznajomy otworzył na chwilę oczy.

-To po mnie- po czym zemdlał znowu.

 

 

*          *           *

 

 

Wilki siedziały w kręgu.  Pośrodku-szary duży  wilk. Było ich kilkanaście, zresztą dokładną liczbę członków tego zgromadzenia, wilki wolałyby utrzymać w tajemnicy.

Siedziały skierowane ku centrum. Średnica tworzonego przez nie koła miała również określone wymiary, których lepiej nie podawać. Dość powiedzieć, że miało to związek z proporcją złotego cięcia.

Wilki wydawały jednostajny, lekko modulowany pomruk. Coś pomiędzy alikwotami mnichów tybetańskich a warczeniem. Można by nawet dosłuchać się w tym melodii. Gdyby ktoś widział dźwięki, zobaczyłby fluorescencyjne linie sił pola jako świetliste szprychy tworzonego przez wilki okręgu. Chwilę później słup czerwonego światła spłynął a może wystrzelił w górę z centralnie siedzącego wilka. I oto chodziło.

 

 

*         *          *

 

 

Jakież było zdziwienie kata, kiedy stanął w otwartych drzwiach celi. Zerwane łańcuchy zwisały ze ściany. Nagle przed katem zmaterializował się lecący na niego wilk. Mógłby przysiąc, że wilk miał czerwone, fosforyzujące ślipia.

 

 

*          *          *

 

 

Namana aż drgnęła kiedy rozległo się walenie do drzwi. Podbiegła i spojrzała przez wideokamerę. Nie ulegało wątpliwości. Gwardia go szukała. „Ale głupia jestem”- przemknęło jej przez głowę ale zzdołała powstrzymać natłok atakujących ją obrazów-myśli. Opanowała się w mgnieniu oka.

-Proszę- rzuciła do mikrofonu, naciskając sensor otwierający grube gotyckie drzwi.

 

 

*          *          *

 

 

StjuArt Szinn robił kolię na zamówienie kniazini J. (nazwiska zleceniodawców lepiej trzymać w tajemnicy). Odkąd ezoteryczna biżuteria stała się modna w środowiskach elity, nie mógł narzekać na brak środków do życia. Dysponował kamieniami szlachetnymi, których mógł mu pozazdrościć każdy jubiler.

„I trochę więcej sexu” pomyślał dodając dwa orangamenty, silnie nawibrowane pomarańczowe kamienie, prawdopodobnie przemycone z galaktyki Oriona-„ żaden jej się nie oprze, choć ma już przecież swoje …” skorygował swoje myślenie, żeby nie wpływać na alchemię procesu.

„Najwyżej  jeszcze dwa pywa. Więcej mogłoby przymulić koncentrację”

Tworzył a raczej materializował wizję, która bezwiednie będzie przypominać patrzącym o istnieniu innych duchowych światów. Kształt, Kolor i Proporcja stanowiły Bramę Percepcji. Percepcja jest przecież jedyną rzeczywistością w świecie formy a jego kompozycje pozwalały ludziom dostrzec Abstrakcyjne Piękno. Poruszały w ludzkich duszach struny, które tak trudno było poruszyć i to nie przez tanie wzruszenie. To był dosłowny import z Niematerialnych Światów. Translacja Odwiecznej Harmonii, tak żeby dostrzec ją było można na tym łez padole. To było założenie optymalne. I bardzo często działało.

Działało też założenie pośrednie, którym było praktyczne zastosowanie biżuterii wykonanej przez StjuArta. W przypadku kolii dla kniazini J. chodziło o wywołanie afrodyzyjnego imperatywu u patrzącego. Krótko mówiąc chodziło o sex. Działanie było o wiele mocniejsze od feromonów i tradycyjnych farmakologicznych afrodyzjaków i dzięki temu ceny wyrobów StjuArta wydawały się niewtajemniczonym przekraczać  granice zdrowego rozsądku. Jednak dla tych, którzy wiedzieli o co chodzi , „talizmany” StjuArta pozwalały przekraczać te granice w osiąganiu zamierzonych celów.

Wynalazkiem StjuArta w dziedzinie  ezoterycznej biżuterii było zastosowanie nielegalnie importowanych momo i nano technologii. Odpowiednio umiejscowione mikroczipy wzmacniały oddziaływanie naturalnych właściwości minerałów czasami nawet milion razy. No bo skąd wziąć   czterdziestomilionkaratowy brylant? Przecież takie występują tylko pod postacią biąłych karłów i to dość daleko od ziemi. A StjuArt często podobne wartości uzyskiwał.

Chyba a raczej na pewno dlatego zakazano mu tworzenia wzorów dla przemysłowych wytwórni.

Wszelka ezoteryka była w tym państwie na indeksie. Za sprawą możnych protektorów StjuArt pozostawał na razie bezkarny ale pozwalało mu to czuć się co najwyżej tolerowanym przez represyjne prawo, którego głową był Lort Anzelm.

„Cholerny mutant” pomyślał StjuArt zanim znowu wygasił mentalny strumień. Zresztą wszyscy

alchemicy,  na przestrzeni wieków,  znajdowali się często w podobnej sytuacji.

 

 

  •          *              *

 

 

-Wszystkie sektory są przeszukiwane centymetr po centymetrze- zameldował gwardian.

-Jeśli go nie znajdziecie, zawiśniesz ! –Lort Anzelm udawał zdenerwowanego.

-Tak jest, Sir !

-Wasza Lortowa Mość- drżącym głosem zasygnalizowała Leidi Zmora.

-Co ? !!!

Kliknęła i na monitorze ukazał się obraz pustej celi. Leżący w progu kat nie poruszał się ale nie

było toż widać śladów krwi.

-Kurvata-ba – zaklął szpetnie po zuljańsku – gdzie on ?

-Monitorujemy zamek, Wasza Lorto…

-Sprowadzić kata! Może żyje..

 

 

  •     *         *

 

 

Ubrani w IQbiolatexowe kombinezony w chromowanych hełmach mężczyźni i kobiety, wpadli jak po ogień i rozsypali się po całym mieszkaniu. Odepchnięta od drzwi Namana została w przedpokoju.

– O co chodzi?!

Ale nikt jej nie odpowiedział. Nie interesowano się nią. Dopiero ostatnia wchodząca gwardian-telepatka zeskanowała jej mózg małym chromowanym urządzeniem. Jak dobrze, że babka Namany była czarownicą. Przy selekcji udało się to zataić. Namana szczelnie zakryła orto i wertykalne zasłony umysłu.

-Nic nie wie- powiedziała do mikrofonu w hełmie.

Szukali termowizorami. Każdy miał takie okulary i coś w rodzaju wykrywacza metalu na kiju. Objeżdżali tym ściany, meble, łóżko…

-Skąd te rozwalone nogi – gwardian wskazał łóżko

-Skutek dynamicznego sexu – zdołała się uśmiechnąć Namana. Tzw. Dynamiczny sex stał się ostatnio bardzo modną dziedziną gimnastyczną i zajmował poczesne miejsca w kobiecych i męskich periodykach.

-Dziwka ! – mimo dezaprobaty w głosie gwardiana słychać było skrywany podziw i zazdrość.

 

 

 

*          *         *

 

 

Wilk grasował po zamku. Zdołał się wyswobodzić kiedy został wzmocniony przekazem energetycznym Bractwa Kręgu. Ślady po torturach zniknęły. Pozostawał niewidzialny dla kamer ale nie dla ludzkich oczu. Przebiegając technogotyckie korytarze i pomieszczenia kierował się w stronę wyjścia. Dobry kierunek odbierał jako wrażenie ciepła. Zły jako zimno. Ciepło-zimno. Ciepło. Zimno. Zimno. Ciepło. Trochę błądził bo to nie było jego środowisko ale w sumie szło mu nieźle. Tęsknił do lasu i swoich braci.

 

 

  •    *        *

 

 

-Wszystkie jednostki gwardii postawione w stan pogotowia, sir !

-Co z biegaczem ?

-Jeszcze nie znaleźli..

-Wilk?

-Szukamy go po całym zamku. Zapadł się pod ziemię. Kamery nic nie zarejestrowały..

-Jeden się zapadł i drugi się zapadł- mruknął Lort Anzelm- Przesłuchanie kata też nic nie dało.

„nie łatwo być władcą”- pomyślał klepiąc nerwowo płetwą o mozaikę podłogi.  Mozaika przedstawiała niebieski przestwór oceanu.

 

 

  •       *         *

 

 

StjuArt kończył kolię. Instalował centralny wielki rubin. Sam kamień wart był majątek, no luksusowy samochód. Wzmocniony nanoczipami dawał nieprawdopodobne pole niewidzalnych oddziaływań. Wokół rubinu ułożone były koncentrycznie inne kamienie szlachetne, w określonej liczbie (lepiej nie wiedzieć), kolorach i proporcji. Całość wyglądała elektryzująco- w przenośni i dosłownie. Kolia przypominała o czymś co…nie daje się wypowiedzieć. Można to było tylko jakby zobaczyć i jakby usłyszeć. StjuArt skoncentrował się na tym niby-dźwięku. Odbierał go pozazmysłowo- coś jak śpiew mnichów tybetańskich, modulowane basowo burczenie z minimalną linią melodyczną. Kamienie mrugały jak gwiazdy a ich interferencja była potężna. Chwilę później stjuART jakby-zobaczył słup fluorescencyjnego czerwonego światła, który spłynął a może wystrzelił z centralnie osadzonego rubinu. I oto chodziło. Kolia była gotowa.

 

 

  •          *          *

 

 

Demolki nie było. Po wyjściu gwardianów Namana oparła się o drzwi. Oddychała głęboko. Falujące piersi. Piękny widok. Coś jej mówiło, że zostawili podsłuch. Weszła do kuchni i bezwiednie przejechała ręką pod blatem stołu. Był tam- mała elektroniczna pluskwa wielkości główki od szpilki. Wyniosła to do łazienki i w pierwszym odruchu chciała wyrzucić do kibla.”Nie może przestać działać” -wiec położyła to na półce a obok włączyła przyniesione radio. Ustawiła na rozgłośnie heavymetalową.”Niech sobie słuchają”.

Wydawało jej się, że innych pułapek już nie ma. Wyjrzała przez okno. Gwardianie odjechali. Jej mieszkanie przeszukiwali jako jedno z ostatnich. Na samej górze.

„Szybko bo zamarznie” .Otworzyła lodówkę.

Nago, w pozie przypominającej fakira, głową w dół, tkwił tam oszroniony, jak zimowa choinka, Ram. Nie dawał znaku życia.”Jak się tu zmieścił ? Taki wysoki mężczyzna..”

-Żyjesz? – trąciła go czule w ramię. Powoli otworzył oczy. Przez chwilę wyglądał  jakby nic nie rozumiał.

Podała mu ubranie wyjęte z zamrażarki. Tak było bezpieczniej przy termorewizji.

-Czas na mnie- powiedział cicho i znowu zemdlał.

 

 

  •            *              *

 

 

W swoim gabinecie Lort Anzelm kopulował z programistką Mają. Była jego dzisiejszy wyborem.

Oparta o biurko łokciami z wypiętą kształtną pupą, jęczała cicho. Opuszczone rajstopy i zadarta do góry krótka sukienka. Lort Anzelm stał w rozpiętym płaszczu i z mechaniczną regularnością posuwał ją od tyłu. Miał sękatego wielkiego kutasa, jak to zwykle u obcych. Prawą rękę wsadził jej pod bluzkę. Błona pławna między palcami nie przeszkadzała mu pieścić jej dużuch jędrnych piersi. Maja jęczała coraz głośniej. Oparła głowę o biurko.”Byle nie zajść z nim w ciążę”

 

 

  •           *             *

 

 

Energia, która popłynęła z kolii, dopomogła mu w dokonaniu transformacji. Nie było to zamierzone, nastąpił raczej jakiś synchronizm z wilczym obrzędem Bractwa Kręgu. Gdzieś w mrocznych korytarzach Zamku, wilk stał się człowiekiem. Człowiekiem przygarbionym, włochatym, o czerwonych oczach ale bardzo sprawnym.

-Nu- zamruczał cicho, patrząc z niedowierzaniem na swoją ludzką włochatą rękę- my wilki proste- zginał i rozprostowywał z podziwem palce- przyda się, przyda.

Zza rogu doszedł go odgłos kroków. Przyczaił się i kiedy wyłoniła się postać gwardiana, skoczył.

Po chwili miał na sobie chromowany hełm i IQbiolatexowy kombinezon. Był też w posiadaniu karty otwierającej drzwi, pięknej laserowej pukawki i bezdotykowego paralizatora tzw. no- touch- bam, zwanego notaczem.

-Póki miotacz i notacz- Chrypiącym głosem zaintonował nieporadnie fragment hymnu gwardianów pt.” Jeszcze gwardia nie zginęła”,ale zaraz przestał. Był zachwycony przebraniem oraz sprzętem-

-nuu, my wilki proste.. Jakby mnie braty zobaczyły…- zastanowił się i mina mu zrzedła- nuu, toby zagryźli- zmarszczył czoło ale po chwili się uśmiechnął a czerwone oczy rozbłysły upiornie- albo zastrzeliłbym jak psów.

 

 

  •          *           *

 

 

 

Darwil wyszedł z jaskini. Tym razem poszło naprawdę dobrze. Różnego rodzaju inteligentne bioelektroniczne urządzenia, quasi-kamienie i inne dziwne  przedmioty, które stamtąd  przynosił były warte fortunę.  Przyrząd przypominający zegarek, który miał na lewym ręku, zaczął powoli wygasać. Czerwony holograficzny słupek w centrum tarczy zmniejszył się i zniknął. Lort Anzelm dużo dałby za to urządzenie.

-Cholerny mutant.

Zawsze czuł się szczęśliwy i smutny, kiedy stamtąd wracał. Szczęśliwy, że tam był i że udało mu się tam dotrzeć i że udało mu się wrócić. Smutny, że wrócił. To dlaczego w ogóle wracał ? Dlaczego ktokolwiek wracał ? Widocznie musiał, miał swoje powody. Lepiej o tym nie mówić. Jeszcze nie.

Pentatonalny świat, jak go nazywał Darwil, świat do którego wracał, był jak poligon. „A gdyby tak przerobić poligon na rajski ogród. Ciekawe… tamci mówią, że się uda”.

 

 

  •          *            *

 

 

-Idę z tobą.

-Chyba oszalałaś ?!

-Chyba..-przez moment wydawała się zawstydzona, ale w oczach miała zdecydowanie, jak.. już to gdzieś, kiedyś widział.

-Jesteś Czarownicą ?

-Babka była..

-To rodzinne- spojrzał na nią. Wyglądała ślicznie. Burza czarnych włosów i … ach. Każdy facet byłby zachwycony mając przy boku taką kobietę. No, facet mógłby wymięknąć. Ale Czarownik ?

W sam raz dla Czarownika.

-Dobra. Jesteś pewna, że tego chcesz ?

Skinęła tylko głową.

Przedtem ogoliła go na łyso. Dla niepoznaki. Żal mu było rozstawać się z włosami. „I tak wygląda super”. Dała mu jakieś męskie ciuchy.”Pewno kochanka pomyślał.

-Stara historia- odpowiedziała wprost na jego myśli.

-Dzięki.

Zjechali windą.

-Chyba nie zamierzasz biegać znowu ulicami 300km. na godzinę ? uśmiechnęła się uroczo.

-Łysy jestem bardziej aerodynamiczny- odpowiedział jej z uśmiechem- ale nie, to by zwracało za dużą uwagę.

-Mam wóz.

Weszli do podziemnego garażu. Wskazała czerwone sportowe BMP. Nie bez dumy.

-Ooo ! Mogę prowadzić ?

Bez słowa podała mu kluczyki.

„Sportowy samochód, piękna lala, czegóż więcej…”

-Samiec- wtargnęła w tok jego myśli.

-Dupka !- powiedział siląc się na obraźliwy ton.

W odpowiedzi zakręciła zalotnie biodrami.

-Jedziemy ?

Basowy pomruk wodorowego silnika wypełnił podziemny garaż.

 

 

  •          *            *

 

 

Wilki siedziały w kręgu. Na środek wyszedł duży szary osobnik. Ten sam co kiedyś. Po chwili milczenia przemówił:

-Nuu, Brat potrzebuje pomoc. Jest z nim samica. Zna się na czary. Jadą żelaznym koniem.

Odpowiedziało mu chóralne mruczenie-warczenie :

– Mmmmmmmmmmmmmm..

-Drugi Brat w zamku. Wyszedł z potrzasku. Trochę błądzi. Transformował. Też potrzebuje pomoc. O !- wilk podniósł głowę jakby coś zobaczył- przebrany jest, jak gwardian. Sprytny Brat..

-Mmmmmmmmmmmmmmmmm..

Wilk zamilkł. Koncentracja mocy Kręgu zaczęła narastać.

-Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm..

 

 

  •          *            *

 

 

 

StjuArt kiwał się na krześle.”Miały być tylko dwa pywa, potem jeszcze dwa”- zaciągnął się łapczywie papierosem –„potem jeszcze trzy, nie jjjeszcze pięć”- czknęło mu się –„albo sześć, eeetam,  kto by się doliczył.. Ale naszyjnik piękny” – wpatrywał się w kolię z podziwem –„muszę założyć małą blokadę, bo nam kniazini zniknie a to dobra klientka. Tyle by sexu nie udźwigła.”

Głowa opadała mu coraz bardziej.”Przestać pić i palić” – pomyślał gasząc papierosa w przepełnionej popielniczce. Lekko chwiejnym krokiem skierował się w stronę łóżka.”I tak mam mocną głowę.”

 

 

  •          *            *

 

-Nu i co, że mnie kurwa nie znata ! Nie musita !!! – w zamkowym korytarzu wybuchła coraz głośniejsza sprzeczka – ja was, kurwa, też nie znam, co sprawdzata ? co sprawdzata ? nuu !!! nnuuuuuuuuuu !!!!!!

Bzzzzz !!!

Wygląda na to że wilk był szybszy w użyciu paralizatora no-touch-bam, bo to on ukazał się u wylotu korytarza. Zza rogu było słychać łoskot dwóch walących się na podłogę ciał. A może worków ziemniaków?

-Nu, tera będę się kazał nazywać „ Dwóch Za Jednym Zamachem „ nu ! ale niezły jeste.

 

 

  •          *             *

 

 

„Spokojnie. Tylko spokojnie jechać ! Ostrożnie z gazem. Nie zwracać na siebie uwagi.”

Ale trudno było nie zwracać uwagi na taką parę w takim samochodzie. Nie było powodu dla którego mieliby kojarzyć się ludziom z biegnącym dzisiaj rano przez miasto, długowłosym przerażającym zjawiskiem. Oficjalne media  uznały to za zbiorową halucynację. W ludzkiej naturze jest tendencja redukowania niezrozumiałych wydarzeń, tak że stanowisko mediów przyniosło wielu ludziom ulgę. Największą ulgę odczuli pewnie klienci kawiarni, przez którą przebiegł Ram.

-„Dzisiaj paru osobom zdawało się, że widzą biegnącego człowieka, który wyprzedzał pędzące samochody”- , kiedy Ram włączył radio. Namana spojrzała na niego kątem oka z podziwem.

-„Z naszych ustaleń meteorologicznych wynika, że mieliśmy do czynienia z miniaturową trąbą powietrzną, która dziś rano przetoczyła się przez miasto. Trąby powietrzne powstają w wyniku dużych różnic ciśnienia…”

-Bla bla bla – Namana wyłączyła radio. Teraz było tylko słychać basowy pomruk wodorowego silnika.

 

 

  •          *             *

 

 

Dżon dyskretnie oglądał przyniesione przedmioty. Siedzieli w jednej z tych zakazanych spelun w dzielnicy rozpusty. Ale nie było tu roznegliżowanych panienek. Panował półmrok, knajpa była prawie pusta. Za barem człowiek o twarzy rotwailera ze szramą biegnącą przez środek czoła, policzek i kończącą się na szyi. Na tle wnętrza jasny elegancki garnitur Dżona wyglądał jak nie z tej bajki.

„W takich miejscach mnie doceniają” – pomyślał z wyższością Dżon Szmis. Naprzeciwko niego siedział mężczyzna w skórzanej motocyklowej kurtce i ciemnych okularach. Mimo, że w tej okolicy, facet w ciemnych okularach w ciemnym wnętrzu, gdzie i tak mało co było widać, nikogo nie dziwił, Darwil miał w tym jeszcze jeden cel. W okulary był wbudowany miniaturowy system termowizyjny, w porównaniu z którym sprzęt jakim dysponowała gwardia wydałby się toporną dziecięcą zabawką.

No cóż, gadżety szmuglowane od obcych dawały pewną przewagę.

Dżon drgnął. Trzymał w ręku podany mu przez Darwila przedmiot. Mimo, że ściszył głos, nie był w stanie ukryć podekscytowania.

-Adrenalinowy bioakcelerator neurotonusu ! Kiedyś myślałem, że to bujda ale dzisiaj rano widziałem człowieka… nie do uwierzenia.. Potem w radiu podali, że to była mini trąba powietrzna.

-Słyszałem coś niecoś- powiedział niskim głosem Darwil – lustrując wnętrze knajpy ze szczególnym uwzględnieniem ‘przystojniaka’ barmana. Czujniki podsłuchów również nic nie wykazywały.

-Ile za to ? – zapytał Dżon wpatrując się w dyskretnie trzymaną metalową płytkę i siląc się obojętny ton.

Suma, którą wymienił Darwil przyprawiła go o zawrót głowy ale refleksja, że będzie mógł wycisnąć za to jeszcze drugie tyle, albo i więcej, od nadzianego klienta, pozwoliła mu zachować kamienną twarz.

-Zastanówmy się nad tym.. – Dżon lubił ten podniecający dreszczyk i spokój pokerzysty, który na niego wtedy spływał  -.. zastanówmy…

 

 

  •          *            *

 

 

Lort Anzelm stał w pozie pełnej szacunku przed hologramem przedstawiającym naturalnej wielkości postać w złotym skórzanym płaszczu do ziemi, spod którego wystawały płetwy. Hologram był wyświetlany na czymś w rodzaju okrągłego szklanego stolika, którego nogę stanowiły dwa prawie dotykające się czubkami stożki.

Holograficzna postać wymachiwała rękami wydając gardłowe, pełne twardych spółgłosek, dźwięki. Wyglądało na to, że pochodzi z tej samej rasy co Lort Anzelm, który odpowiadał równie zgrzytliwie ale w dość uniżony sposób, często się kłaniając.

-Grthwnbkrghwhdtbr ? – zagrzmiał hologram.

-Frkrgdrbtkdr trg – odpowiedział grzecznie Lort Anzelm.

-Ktrwrghdtbr iii trg !!!

Bum ! i nagle technogotyckie stalowe drzwi gabinetu wylatują z prowadnic. Lort Anzelm i hologram, z którym rozmawiał, odwracają się gwałtownie. Kiedy opadł dym ich oczom ukazuje się zgarbiona postać gwardiana, który bez ostrzeżenia otworzył laserowy ogień do Lorta Anzelma. Ten jednak zdążył skoczyć szczupakiem za masywne biurko.

-Bunt ! zdołał tylko wykrzyknąć, lecąc.

-Krtrkrtrwtkt whwg dh (co można z grubsza przetłumaczyć jako „Jednak dobrze wyszkolony”)  –

-powiedziała holograficzna postać i zniknęła.

Nie wiadomo do końca o kim była mowa.

 

 

  •          *            *

 

 

 

-Może jednak posłuchamy – Ram nie czekając na pozwolenie znowu włączył radio. Jechali przez Aleję Parkową kierując się w stronę Zamku.

-Jest taka jedna niezależna rozgłośnia- zmieniła stację Namana. Oddychała głęboko usiłując uspokoić się przed akcją, bo zanosiło się na akcję. Jej piersi falowały przepięknie.

Z głośników dobiegła ich muzyka. Coś w stylu free-punk-jazz-hopu. Zaintrygowana tekstem Namana pogłośniła. Leciał refren :

 

Czy to trąba powietrzna

Czy trąbka gra na wietrze

Do boju uzbrojone dziecko

Pędzi przez miasto

Pędzi przez miasto

Może to delfin

Może to delfin

Lub niebieski koń

Lub niebieski słoń..

-Niezłe- powiedział Ram, wsłuchując się coraz bardziej –szybko to nagrali.

-To rodzaj komentarzy społeczno politycznych. Kapela Bjełyje Wilki. Reżim ich nienawidzi.

-Fajna nazwa.

 

.                          Czy to trąba powietrzna

Czy uzbrojone dziecko

Przeskakuje samochody

Przeskakuje samochody

Wylatuje w powietrze…

 

-I niezłe te bębny w rytmie biegnących stóp.

-Pewnie jutro zdejmą ten kawałek z anteny. Cenzura

Zbliżali się do zamku.

 

 

  •          *            *

 

 

 

-Nu, spudłowałem- Dwóch Za Jednym Zamachem usiłował spalić laserym biurko, za które wskoczył Lort Anzelm, było to jednak biurko pancerne, jeden z elementów strategii obronnej. Lort Anzelm od dawna przewidywał ewentualny zamach. Był również przygotowany na wiele innych okoliczności.

Z głębi korytarza słychać już było tupot stóp i pokrzykiwania gwardii.

„Jeszcze chwila i mnie rozwalą”- pomyślał Dwóch Za Jednym Zamachem, biegając wokół biurka i rażąc z lasera do chowającego się z coraz to innej strony Lorta Anzelma.

„Nu, to chyba był akt desperacji… Lepiej było szukać wyjścia, nu odbija człowiekowi, nu ! A tera wypierdalam..”

Gwardianie właśnie wpadali do gabinetu z obnażoną bronią gdy rozpędzony Dwóch Za Jednym Zamachem wylatywał przez okno razem z roztrzaskanym techno gotyckim witrażem. Gabinet znajdował się na wysokim 3-cim piętrze zamku.

 

 

  •          *            *

 

 

 

-Masz jakiś plan ? – zapytała Namana niezbyt pewnym głosem, kiedy Ram zredukował bieg i wcisnął gaz do oporu. Samochód wystrzelił jak rakieta pędząc w stronę szlabanu zagradzającego wjazd do zamku.

-Staranować szlaban, uwielbiam to robić… ale ale …ten samochód nie ma prawa być taki szybki… przyśpieszenie wgniatało ich w fotele jak w samolocie.

-Zdjęłam ASBN.

-Wariatka. To nielegalne !

-Znalazł się normal. Frontalny atak na zamek ! To jest legalne…

Szlaban rozleciał się w drobiazgi. Z budki wypadł strażnik celując do nich z laserowego pistoletu.

-Pole siłowe- wcisnęła zielony guzik w konsolecie –ale jeśli użyją działka…

-Lepiej nie mogłem trafić- popatrzył na nią z podziwem.

Samochód pędził z obłąkaną prędkością aleją dojazdową wprost na dziedziniec zamku. Ryk wodorowego silnika z rakietową turbiną był obezwładniający.

-Masz jakiś plan ? ! –zdołała jeszcze wykrzyknąć Namana

-Tak- i wcisnął maksymalnie hamulec.

 

 

  •          *            *

 

 

 

Wilki siedziały w kręgu. Przekaz energii był tym razem wyjątkowo mocny. Wedle potrzeby.

 

 

  •          *            *

 

 

Skok był rozpaczliwy. Zakończył się w kontenerze na śmieci. Pac !

Poruszony uderzeniem kontener zaczął zjeżdżać po pochyłej alei dojazdowej. Akurat wprost na czołówkę z pędzącym z prędkością rakiety samochodem.

 

 

 

  •          *            *

 

 

 

-Biorę- powiedział Dżon. To wygórowana cena ale sprzęt może się przydać.

Darwil uśmiechnął się zawodowo.

-Gratuluję wyboru.

 

 

  •          *            *

 

 

 

Zderzenie było nieuniknione. Ram wprowadził samochód w poślizg, wykręcając go o 180 stopni, dzięki czemu udało mu się złagodzić siłę uderzenia. Tylko wgnieciony błotnik. „No całe szczęście zadziałało pole siłowe”. Namana krzyczała. Coś przeklinała w dziwnym języku czarownic.

Jebudu ! Kontener odskoczył do tyłu i przewrócił się na bok. Z wnętrza wysypały się śmieci i coś… Coś o wyglądzie dużego psa zawiniętego w luźny lateksowy worek.

Po alei przetoczył się jak piłka chromowany hełm.

-Zabieramy go- krzyknął Ram wyskakując z samochodu.

-Zabijamy?!- zszokowana Namana widać się przesłyszała –dlaczego zabijamy ?!- siedziała z trudem łapiąc oddech. Prawa skroń krwawiła. Opuściła odruchowo przesłonę przeciwsłoneczna, może chcąc poprawić makijaż –o, skaleczyłam się…

Powietrze wokół nich rozcięły czerwone i niebieskie błyskawice. Ostrzałowi z 3-ego piętra towarzyszyło złowieszcze buczenie laserów.

 

 

 

  •          *            *

 

StjuArt ściszony browarem obracał się właśnie na drugi bok. Śniły mu się wilki.”Masz nie pić

I nie palić”- mówiły do niego chórem siedząc w kręgu.”Nie pić i nie palić. I nie onanizować się.”-    -dodał siedzący w środku kręgu szary wilk”.

 

 

 

  •           *              *

 

 

Dżon zmagał się ze sobą. „Przecież to oszczędności z ostatnich trzech lat. Można sprzedać i zarobić”. Z lubością obracał w dłoni zakupioną płytkę. „Ale taka okazja..” Przypomniał sobie biegnącego po autostradzie człowieka.”Wyprzedzał wszystkich, kurwa, wspaniały widok…”

Wyobraził sobie siebie samego w takiej sytuacji. „W każdym razie, można by..”

W końcu skierował samochód w stronę kliniki znajomego neurochirurga.

 

 

  •          *            *

 

 

-Przecież to niemożliwe ?!!! Jak to uciekł ?!!! – wściekał się Lort Anzelm, rozcierając osmaloną od lasera twarz. Dwóch Za Jednym Zamachem o mało go nie trafił.

-Mieli samochód stuningowany nielegalną elektroniką od Obcych- dowódca straży zamilkł na chwilę – i jeszcze parę innych bajerów.

Czterej oficerowie gwardii, stojący za nim, ze smutkiem pokiwali głowami.

-Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa ! – wykrzyknął Lort Anzelm i zaczął nerwowo stukać płetwą o posadzkę. Lubił to, bo ten efekt zawsze mobilizował załogę.

-Macie ich dorwać albo głowy polecą. Zrozumiano ?!!!

 

 

 

  •          *            *

 

 

Wjechali w ciemny zaułek blokowiska.

-W prawo- rzuciła Namana.

Na tylnym siedzeniu leżał bez przytomności Dwóch Za Jednym Zamachem.

Opuszczony podziemny parking. Gdzieś wysoko ponad odgłos helikopterów. „Udało się. Niemożliwe.”

„Dziwne, że działają windy.”

Ram trzymał nieprzytomnego Wilka jak kołnierz z lisa na ramionach. „Ciężkie bydle. Jak on to zrobił ?”

Winda zatrzymała się na najwyższym 27-mym piętrze. Klatka była zdewastowana. Weszli jeszcze schodami o pół piętra wyżej.

-To tutaj- puk puk, puk puk puk.

Z wnętrza rozległy się kroki. Zza otwartych drzwi ukazała się twarz starca z długimi siwymi dredami. W uszach miał czarne okrągłe kolczyki. Poza tym t-szort, sprane dżinsy, glany.

-Cześć Namana, cześć Ram.

Ram wcale się nie zdziwił. Sam też dużo wiedział.

-Czekałem na was. Zapraszam.

 

 

  •          *            *

 

 

Riczard Czaprał prowadził program telewizyjny dla dzieci pt.”KURDUPELKI”. Trzymał za rękę 5-cio letnią dziewczynkę i razem z resztą dzieci robili węża tańcząc ‘Laba do’. W kulminacyjnym momencie utworzyli krąg. Riczard Czaprau wszedł  w jego środek.

-Laba do, Laba do, Laba do – zaintonował dziwnym głosem a jego twarz spoważniała.

-Laba do, Laba do, Laba do – odezwały się miliony dzieci siedzących przed telewizorami – Laba do.

 

 

  •          *            *

 

 

-To nie mogło się wydarzyć ! Nie tutaj, nie teraz i nie mogę w to uwierzyć – mówił spokojnie Lao Czy – wyrocznia określiła to jako niemożliwe. Dlatego obserwując telepatycznie wasze działania, zbaraniałem – powiedział robiąc teatralnie smutną minę.

-Star y Mędrzec zbaraniał – Namana nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

-Uwielbiam właśnie ten stan, Namana, nic nie rozumieć.

-No to mamy frajdę, bo ja też – powiedział Ram.

-Teraz zajmiemy się wilkiem- Lao Czy wziął dziwną walizeczkę i ukląkł na podłodze gdzie Ram położył zwierzę.

 

 

  •          *            *

 

 

Wilki pojawiły się na ulicach Miasta. Nie napadały. Nie zabijały. Raczej prowadziły coś w rodzaju ewangelizacji. Było ich dużo. Chodziły pojedynczo.

We wszystkich częściach Miasta można było ujrzeć podobne obrazki ; zgromadzona wokół przemawiającego wilką mniejszą lub większą grupę ludzi.

-Przychodziwa w pokoju, nu! Posłanie wam niesiem! Mądrość pradawna, co ją trzymalim w ukryciu, teraz się z wami dzielim. Czas nastał i słuchajta bo kurwa mać! Nu, my wilki proste ale co wiemy to powiemy ! Wy myślita, że to wszystko tak jest jak wygląda, nu ?!

Po chwili szoku spowodowanego widokiem wilka w Mieście i to mówiącego  jak człowiek, no prawie, ludzie zaczynali uważnie słuchać.

-Ja sam żem wam powinien być dowodem, że to takie wcale wszystko nie jest jak się wydaje ! Nu ! Czy widzieliśta kiedyś gadającego wilka, nu ? – zapytał retorycznie, stanął na tylnych łapach i zamachał przednimi, na co rosnący ciągle tłumek odsunął się ze strachem do tyłu.

Wilk opadł na cztery łapy.

-Nu spokojnie… bo przychodzim w pokoju. Przesłanie gwiezdne niesiem wam, byśta się nie bali, nu ślipia swoje otwarli na rzeczywistość przeprawdziwom a złudzenia żeby pryśli. A tera tejemnice wam powim: Umysł jest jeden ! – wilk powiódł czerwono fluorescencyjnymi oczami po zebranych – i wszystkie my tam jesteśwa. My wilki i wy ludzie i nawet robaczek jeden każdy. Tam wszystkie jesteśwa. A to co tu, kurwa, widać to halucynacyja jedna i chuj z niom. Niom się nie przejmujta, a podobnie widzim, bo wizja je wspólna. Sztuczka to dyjabelska, ta wizja wspólna, bo jenacze toby każdy jeden wiedział, że mu się popierdoliło we łbie a, że razem to samo widzom to myślom, że widzom prawde. A gówno widzom. Gówno prawde. A teraz patrzajta na mnie – wilk zamilkł i stał w bezruchu z opuszczoną głową. Przez chwilę nic się nie działo. Wreszcie oczom zebranych, których ciągle przybywało, ukazał się następujący widok. Na skwerku, gdzie przed chwilą stał wilk, teraz była owca, która spokojnie skubała trawę. Owca była czarna.

Tłum wydawał pomruki i okrzyki zdziwienia. Jedni patrzyli na drugich, sprawdzając, czy też są zdziwieni. Niektórzy, bo zawsze znajdą się i tacy, udawali, że nic się nie stało. Inni starali się opuścić zbiegowisko ale tłum zrobił się już tak gęsty, że trudno było się wydostać.

Tłum szemrał, mruczał i wytrzeszczał gały. Falował bo ludzie przeciskali się w stronę wilka (owcy), żeby lepiej widzieć.

Owca spokojnie się pasła, spoglądając jednak co raz to na lewo i prawo z pode łba bo dobrze wiedzieć co w tłumie piszczy. W trawie nie piszczało nic, bo to było miasto. W końcu owca znieruchomiała a po chwili oczom zebranych ukazał się wilk.

-Nuu-uśmiechnął się – widzita, że nie widzita?  Zwykła sztuczka to była a nie żadna transformacyja. A wy się na zwykłe sztuczkie nabraliśta. Bo we śnie żyjeta i rzeczywistości przeprawdziwnej nie znata.

-Ale o co chodzi ? Ale o co chodzi ? – dopytywał ściszonym głosem lekko podpity jegomość – ale o co chodzi ?

-Ććć – uciszyli go szeptem stojący obok a jeden z nich dodał teatralnym szeptem – Nie wiadomo. Ale chodzi o to, że przepowiednia mówi : „Kiedy wilcy będą głosić na ulicach miasta…”

 

 

*         *            *

 

 

Dżon Szmis poklepał się z lubością po wmontowanej z tyłu głowy płytce. Zabieg był krótki i w sumie nie bolało. Chirurg mówił coś że dobrze by było mieć do tego IQsyntetycznie wzmocniony układ kostny ale to już wymagałoby ogromnych pieniędzy i czasu. Koszt luksusowej willi i trzy tygodnie w klinice. Dżona nie było stać więc machnął na to ręką. I tak był zachwycony.

Strasznie go korciło, żeby wypróbować neurostymulator teraz-zaraz, ale nie, to byłoby głupie.

Trzeba to zaplanować. Znaleźć odpowiednie  miejsce. „Jesteś walnięty Dżon, absolutnie walnięty”- pomyślał do siebie, nie bez satysfakcji.

Wyglądało to na kryzys wieku średniego.

 

 

 

  •          *            *

 

 

-Gwardia przeprowadza pacyfikację nielegalnych zgromadzeń- zameldował Lortowi Anzelmowi oficer – czy mamy likwidować wszystkich uczestników ?

-Nie, wilki chcę mieć żywe. Resztę aresztować i wymazać pamięć ostatnich wydarzeń. Elektromagnesem. Tylko nie przesadzić, żeby nie zapomnieli jak się sika i  kto tu rządzi, zrozumiano ?!

-Wy, Wasza Lortowska Mość, to znaczy tak jest Sir !

-No !

 

 

  •          *            *

 

 

StjuArt wiedział, że coś się dzieje w Mieście. Chociaż nadal był pijany, powiedział mu o tym jego

Siódmy zmysł. Zataczając się lekko podszedł do okna. Już były.

StjuArt nie tylko słyszał o Przepowiedni. StjuArt o niej wiedział. A wiedział bo był po prostu fachowcem.

Pod jego domem grupka ludzi otaczała mówiącego wilka. Słuchali w skupieniu.

„A więc to prawda.”

 

 

  •          *            *

 

 

-No to czas najwyższy napić się herbaty- powiedział Lao Czy rozkładając ręce w teatralnym geście.

-Przecież musimy uciekać. Ściga nas cała gwardia, zaraz.. –Namana wyglądała na zdenerwowaną.

-Lubię herbatę- powiedział Ram, jako że lubił herbatę.

-Mamy całą Wieczność- Lao Czy wskazał na okrągły otwór,  wielkości człowieka, w ścianie, który był przejściem do salonu połączonego z kuchnią. Na środku stał niski stolik z czarnego drewna. Nie było krzeseł. Usiedli  na czerwonym dywanie z motywami złotych smoków.

-Ładny dywan- grzecznie zauważył Ram.

-Niczego..- uśmiechnął się z pewną dozą dumy Lao Czy – jest bardzo stary, wprost niewyobrażalnie stary, tak stary, że..

-A co z tą herbatą..? – wtrąciła nieśmiało Namana.

-I związana jest z nim pewna niezwykłość

-Lata ? – zapytał Ram.

Namana oglądała krytycznym wzrokiem swoje idealne paznokcie. W końcu wstała i podeszła w stronę kuchni. Stąpała leciutko, na paluszkach.

-To może pomogę z tą herbatą..

-Dobrze, jest w szafce obok kuchenki. Nie lata.

-A co robi ?

-Spada.

-Spada ?

-Tak. Ale tylko wtedy kiedy stoi na nim ten stół a na stole stoi herbata. Musi być dokładnie tyle filiżanek ile siedzi osób.

-Gdzie spada ? –dopytywał niestrudzenie Ram.

-Spada znaczy w dół- Lao Czy nie zamierzał w tak banalny sposób niczego wyjaśniać a tym bardziej niezwykłości spadającego dywanu. Denerwowało go podejście racjonalnie nastawionych umysłów ludzi, którzy pytając czym jest Tao, mają przygotowane  długopisy. Definicja na kartce, kartka w szufladzie i problem wyjaśniony. Pytają mistrza czym jest Umysł, odpowiedź zapisują i wkładają do szuflady Umysłu. Nadal nic nie wiedzą ale można rzucić błyskotliwym tekstem na party przy drinku. Suche gówno na patyku – tak odpowiedział na jedno z tego rodzaju pytań pewien mistrz. Dlatego Lao Czy wskazał jedynie palcem w dół  na widok malującego się na twarzy Rama braku zrozumienia. Zagadki wymagają rozwikłania a tajemnica – kontemplacji. Spadający dywan był gdzieś pomiędzy. Na pewnym poziomie nic nie jest tym czym się wydaje. Stolik też.

-Filiżanki są w drugiej szafce- powiedział głośniej do Namany, która krzątała się po kuchni. Nagle jego oczy zrobiły się ogromne – Nie w tej !!!!! – rozdarł się na całe gardło ale było już za późno. Namana otwarła nie tę szafkę.

Z kuchni eksplodowało stroboskopowe pomarańczowe-czarne światło. Był to bardzo dziwny dyskotekowo- kosmiczny efekt. Wszystko pojawia się i znika w mgnieniu oka, które widzi zwolnione klatki. Równocześnie rozległ się przeraźliwy, na wskroś przeszywający gwizd.

Zerwali się by pobiec na ratunek ale biec się nie dało. Eksplodujące z szafki światło nie tylko oślepiało i mrugało ale również wiało. Nie był to jednak zwykły wiatr. Był to niezwykły wyjący wiatr światła, tzw. cry-shine-wind, który wiał tak straszliwie, że Ram tylko najwyższym wysiłkiem woli utrzymywał się na nogach. Uchwycił się stołu.

Lao Czy został porwany przez podmuch i wisiał teraz obok obrazu na ścianie. Obraz przedstawiał smoka sunącego z burzą w zawody. Lao Czy miał szeroko rozłożone ręce i nogi co nadawało mu kształt pentagramu z dredami. W tym momencie wyleciały szyby w salonie. Biorąc pod uwagę ogłuszający gwizd odbyło się to praktycznie bezgłośnie.

Ostatkiem sił, walcząc z napierającą nawałnicą, Ram zdołał doprowadzić rękę do głowy i wcisnął

guzik w płytce wbudowanej w potylicę. Ten drugi z góry po prawej. Przeraźliwy gwizd przeszywał wszystkie mózgi w galaktyce. Tak przynajmniej  poczuł Ram

A do tego ten wiatr i to  pomarańczowe,

oślepiające światło z obłąkanego stroboskopu.

Jak zwykle w takich sytuacjach, zaczął myśleć wierszem i poczuł się jakby sam zaświecił. Neorostymulator działał cuda. To co wcześniej wydawało się zupełnie niemożliwe, teraz wymagało tylko pewnego wysiłku. Zaczął powoli iść w stronę kuchni przezwyciężając światła wiatr. Jego łysa czaszka lśniła złowieszczo pojawiając się i znikając.

Dotarł do granicy kuchni i chwycił się kolumny. Podciągnął ciało i oparł się o nią plecami od nawietrznej. Napór światłowiatru groteskowo wykrzywiał mu twarz.

Z otwartej szafki dosłownie buchało. Smugi mrugającego, wiejącego i gwizdującego światła nie pozwalały dostrzec w środku niczego.

-Namana- krzyknął ile sił w płucach a miał jej dużo, ale wobec wszechobecnego gwizdu, który zdawał się rozkrajać jego mózg jak nożem, było tak jakby nic nie krzyknął, tylko otwierał usta. Tego też nie było zresztą widać bo tak blisko otwartej szafki nic nie było widać.

W końcu dotarł do szafki. Wsunął do niej dłonie. I wtedy zaczęło go wciągać. Tak jakby wiatr zmienił kierunek. Wciągał go. Wciągał książki z biblioteki, które w postaci poodrywanych kartek wpadały niczym stado ptaków do otwartej szafki.

Szukał po omacku. Coś złapał. Złapał ją za stopę. Poprawił uchwyt i trzymał ją za kostkę.

Ram zaparł się nogami okrakiem o szafki obok, gdzie pewnie znajdowała się herbata, pomyślał i zdziwił się, że myśli o tym w takiej chwili.

No więc Ram zaparł się nogami okrakiem i ciągnął. Neurostymulator rzeczywiście działał cuda. Co prawda częstotliwość z jaką go ostatnio używał mogła doprowadzić do całkowitego wyczerpania organizmu , ze śmiercią włącznie. Ale czyż miał inne wyjście?

W końcu wyciągnął Namanę i udało mu się zamknąć szafkę. Wszystko ucichło. Nie da się opisać jaki był ucieszony. Ułożył ją na podłodze. Była nieprzytomna.  Słodko nieprzytomna. Po jej skórze przepływały przezroczyste tatuaże. Chociaż wyglądało to na litery. Mnóstwo liter.

Lao Czy odkleił się od ściany i zjechał. Też zaległ na podłodze.

Z korytarza wyszedł wilk, którego ominęło to widowisko .I słuchowisko. Oprzytomniał już najwyraźniej i ze zdziwieniem przyglądał się zdemolowanemu pomieszczeniu. Wilk nic nie powiedział. Podszedł do leżącej Namany i czule polizał ją po twarzy. Otworzyła powoli oczy i tak leżała patrząc w sufit. „Jaka śliczna” pomyślał jak zwykle Ram. Stał nad nią.

Lao Czy zaczął dawać oznaki życia i gramolił się z podłogi. Dwóch Za Jednym Zamachem położył się spokojnie obok Namany.

– Cccco to było..? – słabym głosem, jakby z oddali, zapytała.

-Nie ta szafka- Lao Czy zdołał już stanąć na nogi. Chwiał się jednak trochę i rozglądając się wokoło chyba oceniał stopień dewastacji swojego mieszkania. Chyba oceniał też poziom strat biblioteki, która w większości poszybowała do pomarańczowej dziury. Chyba, bo któż może wiedzieć na pewno co się dzieje w głowie mędrca. Ale może jednak oceniał ponieważ machnął w końcu i przestał się rozglądać- mniejsza o to.\

-Nu, masz rację, forma jest pustką, nu- przyszedł mu z pomocą leżący obok Namany wilk.

-Cccco to było..? – słabym głosem, jakby z oddali, ponownie zapytała Namana. Nadal leżała patrząc w sufit.

-Cud, że żyjesz, lalunia, a co to było.? Lepiej nie zawracać sobie tym głowy.

-Myślałem, że to przejście do innego wymiaru- Ram patrzył teraz na zamkniętą szafkę.

-Sam tak myślałem ale to raczej skuff- Lao Czy podszedł do Namany.

-A co to jest skuff ?- jej oczy wreszcie zdołały oderwać się od sufitu i spoczęły na szafce.

-No cóż, trudno to wyjaśnić..- zastanowił się Lao Czy – coś na przykład takiego..chcesz zrobić herbatę, otwierasz szafkę, nie tą szafkę i nagle skuff..

-To znaczy..? – dopytywała.

-To znaczy, że z herbaty nici. Musimy się zbierać. Idą po nas- Lao Czy skierował się ku drzwiom.

I nikt go nie pytał skąd wie.

Cisza, która nastała od zamknięcia szafki była rozkoszna.

 

 

  •          *            *

 

 

Miasto było niespokojne. Dużo ulic pozamykanych przez policję, żandarmerię i gwardię. Gdzieniegdzie przypominało to już regularne zamieszki ale wszędzie widać było mniejsze lub większe zgromadzenia i mnóstwo sił porządkowych. Darvil wiedział co to znaczy.”Zaczęło się”. Jechał przez miasto na motocyklu o ile można tym mianem określić Bydlaka 2400 WTR. Darvil nadźgał  go tyloma elektronicznymi i mechanicznymi bajerami, że mógłby startować z powodzeniem w wyścigach pocisków balistycznych, gdyby takie się odbywały. Bydlak 2400 WTR to była jego duma. W to napęd wodorowy, N to nitro a R – rakieta. Wszystkie blokady pozdejmowane. Już sam jego wygląd był nielegalny a co dopiero bebechy. Tylna opona o szerokości wanny. Reflektor od lokomotywy. Przez tę namiętność Darvil łamał co prawda podstawową zasadę nie zwracania na siebie uwagi oraz wiele innych zasad, ale niech tam, to było przecież ucieleśnienie jego marzeń.

Burcząc dziko kierował się ku granicom Miasta, wszędzie napotykał jednak pozamykane ulice i

gęstniejące tłumy. W pewnej chwili poczuł się osaczony. Rolując trawnik przejechał przez pas zieleni oddzielający od miejskiej autostrady i z przerażającym rykiem włączył się od razu na lewy pas  ruchu, pozostawiając za sobą długą i szeroką smugę spalonej gumy. Samochody pierzchały na boki a on jechał – cały na czarno.

 

 

  •          *            *

 

 

-Musimy iść- oznajmił Lao Czy – zaraz tu będą.

Dwóch Za Jednym Zamachem wyglądał coraz lepiej. Namana, która też dochodziła już do siebie, pogłaskała go po głowie. Ram spojrzał ze zdziwieniem ponieważ doskonale wiedział, że wilki nie znoszą tego typu poufałości. Ale wilk był zadowolony.”Hmm” pomyślał, w sumie to zrozumiałe.

Zbiegali klatką schodową. Lao Czy mimo swych stu czy dwustu lat był bardzo sprawny, zresztą na ludzkie oko jego wzrok był nieokreślony.

-Dwadzieścia siedem pięter ? – krzyknął Ram – to trochę potrwa…

-Winda zablokowana – rzucił Lao Czy, który biegł przodem a jego długie dredy powiewały – to tylko dwa piętra niżej. Mam tam teleport.

„To chyba jedyny taki sprzęt w tym kontinuum” pomyślał Ram ale nie miał racji.

 

 

  •          *            *

 

 

Z tyłu zawyła syrena policji drogowej. „Kurw” prawie udało mu się powstrzymać przekleństwo bo postanowił sobie nie przeklinać, żeby nie obniżać wibracji. Było to szczególnie ważne w jego profesji. Zresztą słowa ‘wibracja’ też nie lubił. Uważał je za zdewaluowane. Chciał odpluć ale przed nosem miał  holograficzny ekran pełniący funkcję szyby kasku motocyklowego, w którym tkwiła jego głowa.”Wolę słowo ‘częstotliwość’ „ pomyślał ale częstotliwość z jaką uciekał przed policją drogową od czasu  ukończenia tuningu Bydlaka 2400 WNR  również była irytująca. Z drugiej strony trudno było nie doceniać dobrej organizacji policji jeśli nawet w czasie takiego kryzysu pilnowano porządku na drodze. „ …” – tym razem udało mu się nie zakląć nawet w myślach.

Darvil wcisnął tylny hamulec i w widowiskowy sposób, co bardzo lubił, obrócił motocykl o 180 stopni. Uczynił to na odcinku ok. 100 metrów w ogóle nie zmieniając swojego pasa ruchu. To był naprawdę  precyzyjny manewr, po którym ruszył natychmiast w przeciwnym kierunku na wprost swoim prześladowcom. Pod prąd. Teraz mógł się odprężyć. Specjalny algorytm EXMA czyli extremalne manewry, zamontowany w pokładowym komputerze przekazywał autopilotowi precyzyjne informacje. Czas było już bowiem włączyć autopilota.”Byle dotrzeć do HIPERMARKETU” przemknęło mu przez głowę, jak on przemykał autostradą miasta.

 

 

  •           *            *

 

Dżon postanowił spróbować na obrzeżach miasta w parku okalającym opuszczone wojskowe koszary. Szedł sobie niby raźno w stroju do joggingu ale niepewnie rozglądał się na boki. Nikogo. Park był od dawna nieczynny, ogrodzony drucianą siatką i tylko nieliczni tu się zapuszczali. Park cieszył się złą sławą. Szczególnie po zmroku. Ale teraz był przecież jeszcze jasny dzień. Dżon był bardzo przejęty. Miał rozterki. Ostatnio zresztą ciągle coś go martwiło. Może za dużo pił ? Tak twierdziła pani Szmis. A może powinien był rzucić palenie? Ostatnio zauważył pojawiające się siwe włosy na klatce piersiowej. Wyrywał je pensetą. Jądra też mu posiwiały, dobrze że była moda na depilacje. A w dodatku ciągle czuł się zmęczony.

Namacał przycisk z tyłu głowy. Ten po prawej od dołu. Znaczy wolniejszy. Od razu poczuł przepływ energii idącej z dołu. Poczuł też nieodpartą radosną potrzebę ruchu i działania. Zrobił kilka tanecznych kroków i odbił się wykonując dwa podwójne salta z lekkością pasikonika. Głęboka satysfakcja odbiła się na jego twarzy. Wszystkie problemy odpłynęły w dal. Jakie w ogóle problemy?  Dżon nie miał w tej chwili żadnych wątpliwości. To był udany zakup. „Byle się tylko nie przeforsować”- przypomniał sobie ostrzeżenie neurochirurga – „nie prze fors fors fors, fors fors fors”- zaczął sobie wesoło skandować – „zgodnie z zaleceniami, od joggingu zaczynamy ! „

Jego stopy przyspieszyły, jakby były niezależnie napędzane. Poczuł sprężystość swoich łydek, ud pośladków. Po prostu rwało go do przodu i musiał się pochylić. Przypomniał mu się człowiek biegnący autostradą. Dobre to było. I teraz też jest dobre. A to dopiero ten dolny guzik.

W ostatniej chwili spod nóg zdążyła mu uskoczyć wiewiórka.”Rozjechał bym wiewiórkę” pomyślał i poprawił się „raczej rozdeptał”. Przyśpieszył trochę czując, że ma w zapasie jeszcze sporo mocy. Teraz było naprawdę szybko. „Pewnie z 60-80 kilometrów na godzinę. Jogging ekstremalny” zdążył jeszcze pomyśleć Dżon, nim wbiegł w następny zakręt.

 

 

*            *             *

 

 

Wpadli do pomieszczenia dwa piętra niżej. Wszystko oklejone aluminiową folią. Ściany, sufit, drzwi i okna. Wszystko. Poza tym pusto. Tylko stolik z mikrofalową kuchenką.

-To ekranuje- powiedział Lao Czy, mając na myśli folię.

-Czyżby ? – zapytał Ram, widząc mężczyznę w  czarnej skórzanej kurtce, którego przed chwilą nie widział.

To był Darvil. Wyglądał na oszołomionego.

Namana, która najpierw stanęła jak wryta,  przywitała go przytulając się do niego. Ram, wbrew sobie, poczuł ukłucie zazdrości.

-Przyjaciel- wyjaśniła odsuwając się od Darvila trochę zbyt gwałtownie.

Wilk zamerdał ogonem.

 

  •          *            *

 

 

-Wszystkie wilki idą dobrowolnie- zameldował oficer gwardii – idą potulnie jak baranki.

-To dziwne- pociągła twarz okolona długimi włosami przybrała odpychający wyraz. Bladobłękitne rybie oczy miały kocie źrenice. Niektórzy twierdzili, że to szkła kontaktowe. Lort Anzelm przywołał uśmiech. Nauczył się tego od ludzi. Dla niego był to dość idiotyczny grymas, znał jednak korzyści z tego płynące. To dobrze wpływało na poddanych.  Jego własna rasa śmiechu nie znała.

-Jest ich niezliczona ilość..

-To znaczy..?

-Nie można ich policzyć…

-…?

-No raz jest ich 34, raz 55 a to znowu 39 a cz czasem 47… – oficer zaczął się jąkać ze zdenerwowania oczekując ostrej a nawet morderczej reakcji ze strony Lorta Anzelma. No bo takie niedorzeczności. Drżącą ręką podał mu infoszpilę, którą Lort wetknął sobie w palec. Czytniki zainstalowane w opuszek przekazały zapis na wielki centralny ekran. Wszyscy patrzyli.

-Ciekawe.., to wartości stałej Fibbonaciego pomniejszone lub powiększone o inne wartości tej stałej…

-Złoty podział- wyrwało się programistce Maji, która jak zwykle cudownie grzesznie wyglądała, niemniej w takiej sytuacji odzywać się była nie powinna. Protokół dworu. Spuściła oczy.

Lort Anzelm i tym razem ani ostro ani tym bardziej morderczo nie zareagował a nawet popatrzył na nią z pewną wdzięcznością, co mu się wcześniej nie zdarzało. Jego umysł analizował dane.

-Liczymy i liczymy- oficer gwardii próbował się tłumaczyć bowiem nic nie rozumiał- cały czas liczymy i za każdym…

Lort przerwał mu gestem podniesionej ręki.

-A słuchających ?

-Słuchających…? A , słuchających – oficerowi udało się mimo wszystko uchwycić sens pytania – słuchających jest prawie całe miasto..Nie mamy ich gdzie pomieścić. Jeszcze ta kapela wyśpiewuje swoje wywrotowe komentarze. Puszczają to w radio.

-Przystosować stare koszary wojskowe na obrzeżach miasta. Zamknąć radiostację. Zamknąć wszystkich ! – Lort Anzelm wyraźnie odzyskał rezon co właściwie  tu obecni przyjęli z pewną ulgą. To było okropne ale przynajmniej znane.

-Dla wilków ?

-Nie, dla ludzi !

-Tak jest ! Jeszcze jedno… Niektóre grupy ludzi słuchających wilków stawiają bierny a niektóre czynny opór. Stają jawnie po stronie wilków..

-Zlikwidować!!!

No, to już był na pewno stary, dobry Anzelm.

-Tak jest! Razem z wilkami!

-Nie idioto. Tylko ludzi. To zdrajcy ludzkości.- Lort Anzelm od dawna analizował czym jest tzw. poczucie humoru, z którym po raz pierwszy zetknął się na tej planecie. Miało to jakiś związek z absurdem i paradoksem ale to nie wyczerpywało skali zagadnienia. Jak zwykle i tym razem nie udało mu się wywołać zamierzonego efektu. Nikt się nie roześmiał. Ale nie było mu przykro. Nie znał tego uczucia.

-A.., Wasza Lortowa Mość, jeszcze taka sprawa..-wyraźnie denerwował się oficer – radiostacja już jest właściwie zamknięta..Ale nadają.

-Zamknięta ale nadają- podłużne źrenice Lorta Anzelma wydłużyły się jeszcze bardziej.

– Bbo, bbyliśmy tam już. Ani ludzi ani sprzętu. Chyba się przenieśli..

-Chyba??!!! Namierzyć kurwa !!!!! i wypierdalać !!!!!!! Lort doskonale udał atak złości. Złości nie znał rónież ale to zawsze dobrze mu wychodziło-  już !!! jeszcze tu jesteście – tym razem zwrócił się do wszystkich. No prawie – A ty zostań – powiedział już łagodniej do programistki Maji.

-Tak jest!- przebrzmiewało jeszcze kiedy zostali wreszcie sami.

„ I o to mi chodziło” pomyślał patrząc na nią. Pomyślał też, że nie rozumie tego co pomyślał. Wszak nie chodziło mu tylko o sex. Chociaż powinno.

 

  •          *            *

 

 

-Wilki nauczają na ulicach Miasta- odezwał się Darvil do Lao Czy i Namany, jakby ignorując Rama. Mówił tak jakoś nieobecnie.

-Dziwnie wyglądasz..-przyglądała mu się badawczo.

Darvil nic nie odpowiedział, tylko patrzył w obitą aluminiową folią ścianę.

„On też jest zazdrosny” pomyślał Ram „ a to dziwka ! ”. W jednym i drugim się pomylił.

Namana łypnęła na niego z łoskotem jakby słyszała jego myśli.

-Wilki nieba! To znaczy wielkie nieba! To znaczy Wilki!- zdziwienie jasnowidza było takie jakby nie był jasnowidzem.

-Nie wiedziałeś ?!!! Ram i Namana spojrzeli na niego z wyrzutem i niedowierzeniem.

-Nie wiedziałem. A wy ?

-No przecież wiesz, że nie wiedzieliśmy. Byśmy ci powiedzieli.

Dwóch Za Jednym Zamachem też nie wiedział, bo patrzył z takim samym zdziwieniem. I ze smutkiem.

-Nuu, też miałem głosić ludzkim bratom.. Też jestem apostołem.

-Przynajmniej ja na pewno nie wiedziałam, bo co poniektórzy mają na głowie inne zmartwienia- spojrzała wymownie na Rama a ten się zaczerwienił.

-Kiedy się zaczęło?- Lao Czy miał drżące usta i nie zwracał uwagi na przekomarzającą się parę. Nawet nic nie pomyślał, a propos niestosowności ich zachowania, typu ‘jak dzieci, zupełnie jak dzieci’ ani nic takiego. Można przypuszczać, że nawet niczego nie zauważył.

-Przed chwilą, no godziną, może dwie godziny..Gwardia zareagowała błyskawicznie..monotonnym głosem recytował Darvil- wszystkich zwijają..

-Ty rzeczywiście dziwnie wyglądasz- powiedział Lao Czy i tym razem cała trójka spojrzała na niego badawczo.

W oczach Darvila przesuwały się przerywane linie oddzielające pasy autostrady. Przesuwały się z zawrotną prędkością. A on patrzył w ścianę na w pół widzącym wzrokiem.

-Miałem cię poinformować- kontynuował w ten sam sposób i naraz jego głos stał się potężny jak trąba archanielska – KIEDY WILKI ZACZNĄ NAUCZAĆ NA ULICACH MIASTA !!!!!!!!!!!!!

Zdanie to dokończyli już wszyscy razem z wilkiem, chórem, jak by to była modlitwa jakaś, bo wszyscy oni znali TEXT  PRZEPOWIEDNI.

Po czym Darvil zaczął się rozmywać w konturach, stawał się stopniowo przezroczysty, Namana podskoczyła do niego starając się go bezskutecznie uchwycić, Ram poczuł się znowu przez chwilę zazdrosny, mając świadomość że to wszystko razem jest idiotyczne, jak we śnie a miał przecież pamiętać, że życie jest snem, bo tak go nauczał Mistrz.” Życie jest snem. Pamiętaj o tym zawsze. Niczemu się nie dziw i dziwuj się wszystkiemu jak dziecko.” Zakończenie tych rozważa zbiegło się z całkowitym zniknięciem Darvila. Darvil rozpłynął się na dobre.

-Jak kot z Shire- powiedziała zadumanym głosem Namana.- Widzieliście?

Lao Czy nie wyglądał tym razem na zdziwionego – on tak ma. To po tych wyprawach. Rozdwaja go.  Dobrze, że zdążył mi powiedzieć.

W tym momencie walnęło. Może dwa piętra wyżej.

-Wpadli do mojego mieszkania- powiedział Lao Czy po chwilowym wywróceniu oczu  – no to spierdalamy.

-A dokąd?- zapytała Namana.

-Jak to dokąd. Do HIPERMARKETU.

„Wilki nauczają na ulicach miasta” zastanawiał się Ram „całe życie czekałem na tę chwilę..a teraz mam spierdalać do jakiegoś hipermarketu? Przecież hipermarketów dawno już niema. Stare czasy’ myśli przelatywały mu przez głowę wyłaniając jakieś zamierzchłe wspomnienia. Może to nie chodziło o zwykły hipermarket, miał wrażenie, że przypomina mu się…

-Ja zostaję!- oświadczył stanowczo, przerywając tę asocjację.

Namana patrzyła zdziwiona.

-Nuu, ja też zostaje – Dwóch za jednym zamachem podniósł się na tylnych łapach, oparł się przednimi o ścianę i zjeżdżając rozdarł pazurami aluminiową folię.

-Niszczysz ekran – skarcił go spokojnym głosem Lao Czy.

-Przepraszam- wilk opuścił głowę.

Lao Czy machnął ręką –zresztą teraz to już nie ma znaczenia – wszak słyszałeś, że już wszystkich zgarniają. Już nie będzie nauczania tylko łapanka.

-Przykazanie no vailence niedawno złamałem, nu to tera będę z nimi walczył.

Lao Czy zastanowił się słysząc te słowa i skanował wilkowi zapis w jego aurze.

Z klatki schodowej dochodził rumor.

-Mistrzu- ponaglająco szepnełą Namana.

Ale mistrz jeszcze milczał przez chwilę. Wpatrywał się ciągle w Dwóch Za Jednym Zamachem.

-Po pierwsze muszę ci podziękować. W moim imieniu i całej ludzkości. Medal powinieneś dostać i to brylantowy. I honorowe obywatelstwo ludzkości. Kodu im nie zdradziłeś mimo tortur mój bracie. Jesteś wielki Powierniku Częstotliwości. Ale medale zostawmy dla Riczarda Czapraua. Po drugie, przekaz mocy do transformacji otrzymałeś, wraz z dyspensą na tyle przemocy ile do ucieczki potrzebowałeś. Atak na Anzelma, to już była samowolka. Teraz znowu obowiązuje cię nieagresja.

-Nu ahinsa, nu wiem.

-Mistrzu..

-A tak nawiasem, bo nie widzę w akaszi, czy ci się udało go trafić- Lao Czy oczekiwał na odpowiedź z zaciekawieniem.

-Za biurko wskoczył on pancerne nu znaczit, ucieczką się salwował a potem i ja salwować się musiałem..

-Szkoda.

Mimo naglących okoliczności Ram i Namana przysłuchiwali się temu z zaciekawieniem. Nie znali bowiem epizodu poprzedzającego akcję z kontenerem. Wiedzieli tylko, że wilk nie zdradził kodu.

-Myślałem, że wyrzucili cię do śmieci- powiedział Ram i zrozumiał, że to źle zabrzmiało.

-Mnie, Apostoła Prawdy?!- oburzył się lekko Dwóch Za Jednym Zamachem – nu, samem ja wyskoczył po brawurowym ataku nieudanym na głównodowodzącego tyranią, nuu!

-Mistrzu.

Popatrzyli na wilka z rosnącym uznaniem. Ten podniósł dumnie głowę.

-A nazywam się teraz Dwóch Za Jednym Zamachem i tak proszę mówić do mnie- po czym trochę posmutniał – Powiernik Częstotliwości zginął tam w podziemiach zamku. Bez przemocy. Bez nauczania. Nic tu po mnie. Nu, ja spierdalam taką razą.

– Wsadź głowę do mikrofali.

– ???

-To teleport zakamuflowany.

-Tylko głowę?

-Wystarczy, Dwóch Za Jednym Zamachem. A ty pewnie zostajesz z tym młodzieńcem, Namana..

-Już wiesz? Taki miałam zamiar..

-Wiadomo, kocha to zostaje, dlatego nie będę próbował nawet cię przekonać. Linie sił losu wydają się wam sprzyjać.

Wilk po włożeniu głowy do mikrofali zniknął we wstęgach elektromagnetycznych wyładowań.

Namana przyglądała się temu pięknie przyróżowiona. Wolała by sama mu powiedzieć ale..

I tylko Ram się wydawał zdezorientowany, chociaż zdecydowany. W jego łysej głowie kiełkował plan wydostania.

-No to na razie- Lao Czy podszedł do mikrofali swoim oszczędnym krokiem – macie jeszcze około 30-tu sekund. Zresztą macie całą wieczność.

 

 

  •          *            *

 

Darvil powrócił do siebie w ostatnim momencie. Jego rozdzielona część, która pozostała na Bydlaku 2400 WueNeRze traciła już wolę walki a i on sam, który tu nie był, kiedy był tam na blokach, czuł się niedorobiony jakiś i osamotniony. Znał to. Nie pierwszy raz bowiem rozdzielił się na dwoje. Miał też koncepcję quasi naukową, jak to się odbywało, otóż..Hmm, teraz nie miał czasu myśleć o tym. Radość z połączenia też była ogromna, ale jego scalona świadomość skonstatowała, że właśnie się zatrzymał i jest pod lufami policji drogowej. Groźnie to wyglądało, chociaż..

 

 

  •         *           *

 

StjuArt drgnął nerwowo kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. „To gwardia” przemknęło mu przez głowę  z bardzo małym znakiem zapytania. Spojrzał przez judszokamerę. To co zobaczył, w pierwszej chwili przeraziło go jeszcze bardziej. Ekran wypełniał monstrualnie powiększony, z powodu zbliżenia, wilczy pysk z czerwono fluoroscencyjnymi oczami.

-Słucham ? – zapytał głupkowato.

-Nu StjuArt! Otwieraj!

Po otwarciu drzwi, wilk opadł z pozycji stojącej, którą przybrał, żeby dosięgnąć dzwonka, na cztery łapy.

Był ranny.

-Jego Magnificencja…- wyszeptał zaszokowany StjuArt.

Był to Największy Centralny Wilk.

 

 

  •          *            *

 

 

-Szajse, ferfluchte szajse !!!

Dżon Szmis zwijał się z bólu. Na szczęście był tylko niegroźnie potłuczony. Nie wyrobił zakrętu i walnął w wielkiego dęba, który nagle wyskoczył mu na drogę.

„sorry, musiałem..przy tej prędkości..” powiedział dąb a było to można usłyszeć w poszumie jego liści.

-Co za bydlak, kurwa! Dżon spojrzał na drzewo nienawistnie, rozcierając sobie obolałą nogę i rękę i żebra i …wszystko go bolało. Pod wpływem uderzenia czujnik bezpieczeństwa wyłączył akcelerator samoistnie. „Czy my się już gdzieś nie spotkaliśmy” pomyślał do dęba i nie była to tylko zmyłka pamięciowa wywołana użyciem czipa, bo i takie efekty się zdarzały, jak tłumaczył Dżonowi neurochirurg, że ‘wywołuje niekiedy wspomnienia niezaistniałych wydarzeń’.

„znamy się całą wieczność” zaszumiał dąb a liście poruszyły się jakoś  tak specjalnie znacząco „znamy się jeszcze zanim czas zasnuł naszą prawdziwą tożsamość”.

Dżon przetarł oczy spoglądając na drzewo. Czy coś do niego dotarło ?

-Znamy się przez grzeczność ? – Dżon nie miał jeszcze w prawy w odczytywaniu przekazu.

Dąb zaczął się śmiać, pierwszy raz od bardzo dawna. Zrzucił na Dżona dwadzieścia dwa żołędzie. To liczba dębowego śmiechu. Żadna tajemnica a przynajmniej żadna wielka. W sumie nie śmiał się od kiedy przestali bywać tutaj ludzie. Przychodziła tu kiedyś do niego dziewczyna.. tak się to chyba nazywa. Przytulała się do niego, kiedy nie było innych ludzi i opowiadała mu o swoich problemach. Była taka mięciutka i delikatna, zupełnie co innego niż raniący dotyk piły spalinowej, kiedy przycinali mu gałęzie. Zniósł to wtedy w milczeniu, jak to drzewa, znoszą ludzkie okrucieństwa. Bo drzewa okrucieństwa nie znają. Po prostu musiał mu wybiec na drogę.

-Przez całą wieczność- dąb zaszumiał to samo.

Tym razem zrozumiał. Takie miał wrażenie. Bardzo dziwne wrażenie.

-Znamy się całą wieczność..? Kurwa, rozmawiam z drzewem! – Dżon zapomniał o bólu już całkiem.

„drzewa nie są tym czym się wydają” tym razem bezszelestnie odpowiedział mu dąb refleksami światła w swoich liściach a Dżon to zdołał zobaczyć. „ ta dziewczyna rozumiała mnie wtedy inaczej, nie dosłownie lecz odbierała wrażenie, wiedziała, że jestem Istotą..”

-Jakaś tu przychodziła dziewczyna ? Do ciebie

Dżon naprawdę z nim rozmawiał.

„Tak, bardzo dawno, ale już nie przychodzi. Teraz nikt nie przychodzi tu do mnie.”

-Ja będę przychodził.

Dąb milczał wymownie.

 

 

  •        *            *

 

 

Darvil nonszalanckim gestem wyłączył silnik a tak naprawdę przełączył hybrydę na   elektryczny, praktycznie bezgłośny napęd. Uśpił w ten sposób czujność policjantów, którzy opuścili lekko lufy miotaczy plazmowych. Podeszli we dwóch z lewej strony. Coś mówili. Widział ich obraz na holograficznym wyświetlaczu bo nie otwierał kasku.

Darvil zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Potem drugi. I trzeci, odprężając się całkowicie przy wydechu.  Nauczył się tego z filmu o samarujach, legendarnych wojownikach z Hapy. Darvil wierzył, że w jednym z poprzednich wcieleń był samarujem. Wierzył nie do końca, urywki wspomnień na ten temat mogły być tylko fantazjami ale.. Jego Mistrz twierdził, że tak było naprawdę.

Darvil otworzył oczy. Wszystko zniknęło. To znaczy policjanci, autostrada, Miasto.

Znajdował się na rozległym płaskowyżu. Gdzieniegdzie wyrastały ostre strzępy skał. Słońce stało centralnie nad głową. Rozejrzał się dookoła. To samo. Monotonia. Podłoże przypominało klepisko z  jakiegoś trudnego do zidentyfikowania minerału.

„Wszędzie jest Ziemia, gdzie jest jakaś ziemia. Nawet fioletowa ? Tak. Ale to jest skała.” To były rozważania typu ‘gdzie ja jestem.” Ważniejsze kim jestem. Ale znowu czuję się jakiś niekompletny.”

Zdążył się uchylić. Czarny ptak przeleciał ze świstem tuż obok. Jak pocisk. Przeleciał kilkadziesiąt metrów dalej i  explodował, szarpiąc kamienne podłoże. Pocisk wybuchowy. Za nim następny i następny. Darvil odstawił dziki taniec. Unikał czarnych ptaków. On sam, cały na czarno,  w czarnej motocyklowej kurtce i hełmie na głowie, odchylając się gwałtownie przed nadlatującymi ptakami, wyglądał  naprawdę nierealnie. Jeszcze dwa niby-gawrony. Bum. Bum.”Wysoce wybuchowe” Kurzawa czarnych piór. Czarnych i zielonych. I odłamkowe żelastwo.

Oberwał jakąś zardzewiałą zębatką. Tylko rozdarta kurtka na ramieniu. I na łokciu. Potem cisza.

Przeleciał mu przez głowę niesamowity pomysł.  Może to tylko symulacja na holograficznym ekranie hełmu. Policja ma  nadajnik i puszczają science-fiction filmy, żeby go zdezorientować. Niepewnym ruchem podniósł przyłbicę. Niestety. To samo. Rozległy fioletowy płaskowyż. Centralnie nad głową słońce. Dywan czarnych i zielonych piór dokoła. Oraz żelastwo.

Usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

 

 

  •          *            *

 

 

Riczard Czaprau usiłował skupić myśli siedząc w garderobie Telewizji Minus. Co chwilę przeszkadzały mu jednak dzieci. Biegały i krzyczały oraz warczały, udając wilki i usiłowały go straszyć wyskakując zza krzesła z głośnym ‘UUU!!!!!’.

-Zamknijcie się wreszcie!- wyrwało mu się ale zaraz się skorygował – cicho bądźcie- powiedział siląc się na uśmiech. Nic to nie pomogło. Dzieci, wśród chichotów, wdrapywały mu się na kolana, szczerzyły ząbki i łapały za głowę.

-UUUUU!!!!!!!!- zaryczał, przystępując do zabawy, na pięcioletnią dziewczynkę, która ciągnęła go za uszy- UUUUUUUUUU!!!!!!!!!!

Dziewczynka, a była to córeczka Dżona Szmisa, zapiszczała z zachwytem:

-Wilk!

 

 

*             *

 

 

We wczesnym dzieciństwie oddany do klasztoru Szu-Szu, słynącym ze sztuk walki, Riczi Czapa, tak tam nazywany,  już jako piętnastolatek, uzyskał tytuł mistrza siedmiu stylów ka-fa oraz został mianowany strażnikiem trzech linii. Odtąd nieustannie w akcji. Zwerbowany przez agencję FAO,  jeszcze podczas szkolenia w klasztorze, został najlepszym specjalistą od przewrotów politycznych w państwach satelitarnych wobec Ultrachin. I nie tylko. Został najlepszym specjalistą od przewrotów politycznych na całym świecie i w całej Galaktyce. To było potem, już po Inwazji. W sumie nie było tak źle bo Ziemia zachowała dość dużą autonomię. W tym również Riczard Czaprau miał niemałe zasługi. Tak dobrze wyszkoleni i utalentowani agenci nie odchodzą wraz ze zmianą systemu. Chyba, że do ziemi. Riczard odszedł raczej od Ziemi.  Służył jako doradca specjalny Lortacji Thorgów w czasie rewolucji na Betelguzie. Brał czynny udział w przewrocie zuljańskim w gwiazdozbiorze Arktura, gdzie wsławił się uratowaniem prapremiera Sua, późniejszego laureata galaktycznej nagrody Fobla w dziedzinie Nastroju. Była to ważna dziedzina polegająca na zestrojeniu percepcji poszczególnych ras i cywilizacji, dzięki czemu ich przedstawiciele mogli się w ogóle dostrzegać. Wcześniej było to o tyle kłopotliwe, że zajmując jakąś planetę, tacy na przykład Macharjanie z XXX20, w ogóle nie zauważali, że stawiają swoje kobaltowe konstrukcje Tipitipi na głowach i domach mieszkających tam od tysiącleci Dropderów,  których postrzegali jako mgłę. Atak mgły nastąpił niespodziewanie kładąc uduszonym trupem 55000 Macharjańskich osadników. Ci ostatni mogliby się tego spodziewać, gdyby wiedzieli, że to nie żadna mgła a Dropderzy.  Dropderzy postrzegali z kolei Macharjańskich osadników jako stożkopodobne błotne porowate formy. Zaczęli te pory explorować, pisali na ich temat rozprawy naukowe no i tamci się podusili. Zachowało się na ten temat dzieło Grandwodorusa, pt.: ‘Jak To Ze Mgłą Było’.  Tak było do wynalezienia Synchronizatora Nastroju, który skonstruował Sua. Urządzenie to powodowało po prostu jednolite nastrojenie superstrun co ujednolicało postrzeganie mieszkańców różnych sektorów rzeczywistości kosmosu. Na Zuljii, gdzie po raz pierwszy wyprodukowano i zastosowano Synchronizator, spowodowało to falę protestów i wreszcie słynny Przewrót Czarowników, przez których Sua został porwany. Czarownicy twierdzili, że nie można ujednolicać percepcji różnym typom istot bo doprowadzi to do pełnego chaosu a poza tym w dziesięciowymiarowym kosmosie, zrobi się bardzo ciasno. Mieli dużo racji bo zastosowanie na Zulji i Frantygarze pełnego spektrum Synchronizatora spowodowało międzywymiarową jatkę jakiej wszechświat wcześniej nie widział. Różne typy istot zaczęły się po prostu dostrzegać i odkryły, że są do siebie wrogo nastawione. Bo jeśli chodzi o Dropderów i Macharjan (dzisiaj to rasy ze sobą zaprzyjaźnione) to zajmowali on sąsiednie rejony rzeczywistości ale tacy Katanowie i Sali byli od siebie tak odmienni, że kiedy zobaczyli się nawzajem użytkujących te same ulice i domy no i całą przestrzeń, po prostu zwariowali ze strachu.

Pomińmy liczbę ofiar międzywymiarowej wojny. Riczard Czaprau uwolnił wtedy prapremiera Sua z rąk czarowników, działając z ramienia Rady Arkturiańskiej.  Dokfor Sua zmodyfikował Synchronizator Nastroju Superstrun wprowadzając tzw.selekcję modulowaną.  Teraz jedni mogli się widzieć a inni ze sobą nie, jeśli to mogło by okazać się groźne. Selektywne Synchronizatory zostały wprowadzone w sumie we wszystkich systemach słonecznych i okazały się najpopularniejszymi urządzeniami obok przekaźników łączności bioplazmowej. Na Ziemi działały w bardzo ograniczonym paśmie ale w niektórych gwiazdozbiorach odzywały się głosy za pełnym otwarciem wymiarów. Dokor Sua dostał w końcu nagrodę Fobla a Riczard Czaptau już wcześniej medal za jego uwolnienie. Medal z kości Malignota, twardszej i trwalszej od tytanu był najwyższym oznaczeniem w tym sektorze wszechświata. Ale na Riczardzie nie robiły już wrażenia medale. Miał ich tysiące.

Potem znowu wrócił na Ziemię, gdzie ścierały się ze sobą różne kosmiczne frakcje. Ziemianie, pionki w rękach gwiezdnych potęg, jak zwykle nie wiedzieli co jest tutaj grane. Prowadzeni na smyczy swoich najniższych instynktów, wykrzykując podniosłe hasła, które nic nie znaczą, zabijali się ochoczo nawzajem.

Riczard Czaprau był już na usługach Lortacji Thorgów. Jego zdaniem tylko to liberalno monarchistyczne ugrupowanie mogło zaprowadzić na Ziemi jako taki pokój i stabilizację. Bo tak było przecież w sektorach rządzonych przez Thorgów. Riczard widział już nieco wszechświata co na tamte czasy stanowiło ewenement. Ponad połowa ludzkości nawet  nie wierzyła w UFO.

A więc wojna w Tongu, specjalne misje w wielu wzburzonych, przeciw Miastu, republikach południa i dalekiego wschodu oraz inne brawurowe operacje, uczyniły zeń legendę wywiadów. Bo jak Riczard coś robił, to robił.

Potem został aktorem bo doszedł do wniosku, że aktorzy rządzą. Wtedy to Generałem Rady Andromedy został sławny amant kina holograficznego Anrdau Nikuon. A i o Megabindu z Thorgów zaczęto mówić, że pcha się do polityki. Riczard zagrał więc z wielkim sukcesem w filmach akcji, na których zrobił fortunę, nie przestając jednak angażować się jako agent służb. Zarobione pieniądze pomnażał grając z powodzeniem na giełdzie. Inwestował też w nieruchomości. Nigdy nie korzystał z pomocy kaskaderów ani maklerów. Figurował na listach 10-ciu najbogatszych ludzi na Ziemi i pierwszej setce w kosmosie. Jego podboje miłosne zajmowały pierwsze strony kolorowych magazynów dla kobiet a przy tym pozostawał wzorem idealnego małżonka i ojca. I w ogóle,  opowiadano o nim takie historie, że bladły przy nich fabuły jego filmów. A w filmach bywał jeszcze bardziej atrakcyjny. Riczard Czaprau, tybetańsko-afrykańskiego pochodzenia Żyd, stał się najsławniejszym człowiekiem na świecie.

A potem coś w nim pękło..

Średnio poinformowane źródła, jako że na temat naprawdę tajnego agenta nie może być źródeł dobrze poinformowanych, twierdzą, że stało się to w Ultrachinach. Odmówił wtedy wykonania rozkazu,  którego skutkiem mogła być śmierć ponad 300 dzieci. Mówią, że działając samowolnie, powstrzymał atak jednostek specjalnych, wszedł sam nieuzbrojony do okupowanej szkoły i w wyniku rozmowy doprowadził do bezwarunkowego uwolnienia wszystkich zakładników. Terroryści zdołali jednak uciec co wywołało wściekłość w kołach rządowych Ultrachin. Riczard Czaprau został aresztowany i w pokazowym procesie skazany na karę śmierci przez trybunał wojskowy. Przebywał 75 dni w celi śmierci. W wywiadzie dla Der Spiegla powiedział potem, że dużo wtedy medytował .Został zwolniony i ułaskawiony dopiero w wyniku interwencji Lortanów , którzy sprawowali na Ziemi władzę, ale incognito. W każdym razie szeroka publiczność nic o nich nie wiedziała a ułaskawienie Riczarda przedstawiono jako przykład liberalizacji polityki Ultrachin.     Od tamtej pory zajął się pracą z dziećmi, głownie w programach telewizji holograficznej i konwencjonalnej i podobno na dobre zaniechał aktywności militarnej. Jednak niektórzy nie dawali temu wiary.

 

 

  •          *            *

 

 

Darvil otworzył oczy.

Znowu była autostrada.

Znowu policja coś od niego chciała.

„Może chodzi im tylko o przekroczenie prędkości” pomyślał wracając do siebie. To znowu było to odczucie nie-do opisania. Scalenie które przynosiło ulgę, mimo że sytuacja była nieciekawa. Przynajmniej dla niego.” Zwykłego przekroczenia mogła dokonać babcia w trampkach, której ASBN był rozregulowany ale ja musiałem co najmniej spowodować zagrożenie bezpieczeństwa publicznego, za co grozi tu 2 lata. Coś mi się w głowie już pierdoli od tych rozłączeń z samym sobą.” Postanowił nie zamykać oczu.” Ale całkiem nie mrugać ? Nie dam rady.”

Policjanci poruszyli się jakby byli dotąd w spowolnionym podwodnym kadrze. Wokoło wróciło tempo normalne. „Coś musi dziać się z czasem, kiedy mnie wypierdala. Kurwa, przeklinam już na całego. Sytuacja przejebana.” Darvil przypomniał sobie, że ma napęd przełączony na elektryczny.

„Boże błogosław hybrydę”.

W policyjnym Oxywanie stojącym parę mertów dalej, coś tam się działo na tylnym siedzeniu. Ale nie widział tego wyraźnie. Szarpanina ? Jasnowłosa głowa z końskim ogonem. I mundurowi ?

Ci, którzy stali przy nim robili się coraz bardziej natarczywi. Trudno mu już było nie zareagować.

Prawą piętą włączył pole siłowe, które odepchnęło policjantów wprost pod nadjeżdżające samochody. Rozległ się skowyt dartych opon. Darvil chłodnym okiem oceniając sytuację, ruszył z elektrycznego kopyta. I właśnie wtedy wyskoczyła z policyjnego samochodu. Wprost pod koła Bydlaka 2400. Darvil postawił go bokiem. Udało mu się jej nie rozjechać. A szkoda by było, bo ładna .Chociaż wyglądała jak dziwka. Wystarczył mu rzut oka. Wczepiła się w niego paznokciami. Kurtka i tak już  rozorana bebechami czarnych ptaków. Nie było czego żałować. Jakoś udało jej się znaleźć na minimalistycznym tylnym siodełku .Objęła go od tyłu tak, że ledwo mógł oddychać. Walnął ją lekko łokciem. Nacisk zelżał ale nie spadła.”Widać zrozumiała”. Włączył napęd wodorowy. I nitro. I rakieta.

W ekranie wstecznym zobaczył spiętrzający się karambol. Tego nie było planach.

 

 

  •          *            *

 

 

-I co teraz zrobimy ? – Namana miała bardzo niewyraźną minę.

Przez drzwi wejściowe słychać było zbliżające się kroki. „Siedem osób”- pomyślał a na jego ogolonej czaszce pojawiły się kropelki potu.

-Masz ostatnią szansę, Namana- spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. Na nią a potem na mikrofalę..

-Wiesz, że zostanę z tobą..- trudno było wytrzymać wzrok zakochanej kobiety

-W takim razie się poddajemy.

-…?

-Żartowałem..

-Wiem.

-Wiem, że wiesz – oboje mówili szeptem.

Odgłosy na klatce umilkły. To mogło znaczyć tylko to, że stoją już pod drzwiami.

-Istnieje tylko jeden sposób- dotknął płytki wbudowanej w potylicę i wcisnął guzik.

Łomot do drzwi. On wziął ją na ręce. W sposób czuły i zdecydowany. Nie broniła się. Ufnie go objęła. Znowu łomot. Tak nie pukają sąsiedzi, którzy przyszli pożyczyć trochę kawy.

Ram poczuł się podwójnie mocno. Raz, że akcelerator. Żadne spidy nie działały w ten sposób. Dwa, że ona. Albo odwrotnie. Nie ważne.

-Uwielbiam rozwalać szlabany!- zabrzmiało to bardzo mocno. Jak pogróżka pod adresem prześladowców.

-Przecież tu nie ma żadnych szlabanów..ty szelmo

-Gazu- zawołał a dziki uśmiech rozjaśnił jego łysą głowę.

 

 

  •          *            *

 

Bractwo miało potężne korzenie. To naprawdę była długa historia. Jeszcze Mistrz Mistrza Mistrza  Lao Czy ją spisywał i odtwarzał, czyli jego Prapramistrz. Ale księga została zniszczona podczas sławnego otwarcia nie tej szafki, przez Namanę. Był to tzw.  Wielki Skuff, podczas którego przepadła w pomarańczowej dziurze większość ezoterycznej biblioteki Mistrzów. Przypuszcza się, że z tego powodu współcześni adepci Zentao nie używają kawy. Niektórzy twierdzą, że to dość typowy przykład szumów informacyjnych bo Namana miała wtedy zaparzyć herbatę.

Kiedy, pewnego razu,  byli sami i mogli cieszyć się sobą, Manaramini weszła nagle w trans, przerywając pieszczoty i zaczęła nadawać. Ram, tytułowany już jako Maharamtau, myślał najpierw, że to channeling ale okazało się, że podczas sławnego otwarcia szafki, wchłonęła całą brakującą część biblioteki. Zaczęło się spisywanie. Dzięki temu w ogóle coś wiemy na temat Bractwa z samej Księgi. Oprócz biblioteki Mistrzów istnieją oczywiście inne przekazy.

Współcześnie, coraz większą popularnością, w kręgach naukowych, cieszy się teoria antropologa Rene Wolfa (cóż za przypadkowa zbieżność), że człowiek pochodzi od wilka. Przemawia za tym szereg artefaktów z dziedziny archeologii, antropologii, genetyki a nawet semiotyki. Ta ostatnia analizowała, występujące niemal we wszystkich językach ludzkości, związki frazeologiczne stałe, dotyczące wilków,  jak np. łacińskie ‘homo homini lupus est’. Najnowsze badania genetyczne ustaliły, ponad wszelką wątpliwość, że ludzki genotyp jest w 99,9% identyczny z genotypem wilka.  Inna sprawa, że przedmiotem badań były wilki biorące czynny udział w wystąpieniach w czasie Wielkiej Zmiany. W świetle tych odkryć, znaleziska archeologiczne człowieko-wilka  (na północy Skandynawii  obok Fjoerdstur i na Kamczatce a także w innych miejscach globu) zaczęto traktować jako fenomenologiczny paradygmat transformacji wilka w człowieka. Do tej pory różne pierwotne wierzenia przedstawiały sprawę odwrotnie.

Wszystko to, jak to z teoriami naukowymi bywa, nie było ścisłą prawdą, ale o prawdę się ocierało. Bo prawdziwą Prawdę znały i przechowywały dla ludzkości wilki. Działo się tak przez setki tysięcy lat a może dłużej.

Sama Księga Bractwa, odtworzona z przekazu Manaramini, której autentyczność potwierdził sam Lao Czy, napisana była w języku funaidzkim, traktowanym przez niektórych badaczy,  jako jeden z dialektów języka praatlantyckiego. Nie wiadomo jakim cudem opisywana przez księgę historia sięgała czasów współczesnych i mówiła też o przyszłości. Dla niektórych badaczy świadczyło to oczywiście o jej nieautentyczności. Natomiast  środowisko okultystyczne było zachwycone. O ustaleniu fonetyki języka funaidzkiego nie mogło być mowy a sam zapis zdjęto z Namany w wyniku serii zdjęć wykonanych techniką holograficznej ultrasonografii rentgenowskiej.. Znaki Funaidzkie były trójwymiarowe i takaż  sama księga, co podkreślał sam Lao Czy. Coś jak Ultra 3 D.

Dopiero chaldejskie i staroegipskie tłumaczenia, które wydobyto z Namany już mniej inwazyjnymi metodami, a w największym stopniu przekład sanskrycki (część indologów była zdania, że Księga należała pierwotnie do wedyjskiego kanonu) pozwoliło na częściowe zrozumienie tekstu. Częściowe, ponieważ cały tekst był archetypowym szyfrem. Na szczęście Namana zawierała w sobie jeszcze księgi komentarzy i komentarzy do komentarzy,  jak to z dziełami starożytnych Indii najczęściej bywa. Komentarze sięgały jednak tylko do współczesności. Tak więc tekst wraz z suplementami, został w końcu przetłumaczony, zrozumiany i udostępniony. Całość obejmowała w Kosmonecie równowartość 24-ech opasłych tomów.

Brak miejsca i charakter niniejszej pracy nie pozwala na obszerne omówienie Księgi Wilków. To pozostawiamy specjalistycznym opracowaniom naukowym. Tutaj podana jej zostanie esencja. Co nastąpi niebawem.

 

 

  •          *            *

 

Grupa komandosów gwardii właśnie miała wysadzić drzwi, kiedy drzwi eksplodowały same, razem ze ścianą .Snajperzy nie zdołali wycelować do uciekającej, w szaleńczym pędzie i przez to rozmazanej postaci. Pięciu z komanda padło rażonych detonacją.

-On coś trzyma na rękach- wykrzyknął gwardian operator, kiedy minął szok huku i zaczęli ich gonić. Gruz jeszcze opadał. Ram trochę przesadził z siłą wybuchu.

-Kogoś trzyma, idioto- odkrzyknął mu dowódca oddziału..

Schody to był najtrudniejszy manewr z adrenalinowym bioakceleratorem neurotonusu. Ram był dobrze wyszkolony. Prawie jak Riczard Czaprau. No, może jeszcze lepiej. Ram miał poza tym wyższy model czipa, z technologią top level piątego pułapu.

Czas pokładowy umysłu Rama intersubiektywnie zwolnił. Pozostając w ‘zjawisku przepływu’, obserwował wszystko w zwolnionym tempie. Miał czas na reakcję. Prawdę mówiąc, był od tego stanu uzależniony i powinien poddać się terapii ale nie myślał teraz o tym. O niczym teraz nie myślał i to właśnie było najfajniejsze. Teraz zbiegał ze schodów. Zbiegał z prędkością lawiny, swobodnie jak pasikonik. Trzymał swój słodki ciężar a ona wydawała mu się lekka jak piórko. Namana też właściwie czuła się świetnie. Ktoś się nią opiekował.  Pędzili w granicach 200 i nieco ponad 200 km/h.

Ram w sumie nie dotykał schodów. Na półpiętrach odbijał się od ścian  i przelatywał nad poręczami . Biegł pod kątem prawie równoległym do podłoża, co chwile wykonując precyzyjny półobrót.

Okazało się, że komandosi gwardii  byli wszędzie. Lasery waliły po ścianach rozwalając mury i wypalając wielkie otwory. Świetliste smugi, huk, spadający gruz i kurzu siwy dym. Do tego krzyki przerażonych lokatorów.

Bioakcelerator automatycznie aktywował funkcję percepcji radarowej i termowizyjnej. W ostatniej  chwili bo Ram już przestawał widzieć cokolwiek poza siwym dymem. Nie był zdolny nawet przetrzeć oczu. Teraz zaczął widzieć (odczuwać)  jakby wszystkimi porami skóry, mimo że był ubrany.  Pięknie to wyglądało a szczególnie jarzące rozbłyski broni laserowej.

-Wstrzymać ogień! –  spokojny głos przebrzmiał echem  na klatce schodowej.

„Już parter.”

 

 

  •          *            *

 

Lort Anzelm przechadzał się z programistką Mają po należącej do Zamku, części parkowej. Znajdował pewne ukojenie rozmawiając z tą ziemską kobietą o pełnych zrozumienia oczach. I pełnych piersiach. Tak, była ładna. Była sexy. Słuchała go poza tym z uwaga i to było chyba najważniejsze. Zresztą wszystko razem. Mógł sobie z nią pozwolić na szczerość.

-Rozumiesz, jak nie zapanujemy nad sytuacją, Orthmaster ześle mnie na ciężkie roboty na Preyferia.

Zresztą – dodał po namyśle – na peryferiach to my już jesteśmy..

-Uchm- Maja pokiwała głową, prowadzona przez Lorta pod rękę. Zdążyła już polubić błonę pławną pomiędzy jego długimi sześcioma palcami.”Wygląda jak człowiek. No prawie. Pomijając pewne szczegóły anatomiczne…” – nie wiedziała o tym ale jej rozważania były analogiczne do jego, na jej temat.

-Ujawnienie tych wszystkich informacji przez Bractwo Wilków pozbawia nas moralnego prawa przywództwa nad planetą..

-Uchm..

 

-Nie zdążyliśmy poznać Kodu. Wilk Powiernik to cholerny twardziel, się okazał..

-To wy się znacie ? – zpytała.

-Na pewnym poziomie, oczywiście, wszyscy się znamy. A  jeszcze chciał mnie zlikwidować. Wtargnął do mojego gabinetu. Całe szczęście program astrologiczny to przewidywał. Byłem przygotowany.

Maja ze zdziwieniem odnotowała wyraz dumy na jego twarzy. A przecież rasa Thorgów miała być pozbawiona ludzkich uczuć.

-Program astrologiczny ?

-A tak, dysponuję takim.. Niestety sprawdza się tylko w pewnym zakresie.. raczej indywidualnym.

-To interesujące- powiedziała a pomyślała „Ciekawe, czy wiadomo co będzie z nami ? „

-Gdyby udało się poznać Kod i wprowadzić do Synchronizatora, oczywiście w odwrotnej kolejności liczbowej, o tej funkcji nikt prawie nie wie, powstrzymalibyśmy Bractwo..- Lort się zastanawiał – no może.. Jednak wilki wiedziały. Kod Ezoteryczny był najlepiej strzeżoną tajemnicą wszechświata, odkąd zaistniała podzielona świadomość. Cholera, to nie tylko podważa naszą władzę na tej planecie (Lort Anzelm nie lubił wymawiać słowa Ziemia. Nie wiadomo dlaczego). To przekreśla zasadność jakiejkolwiek władzy, gdziekolwiek. Może to zresztą dobrze..

-‘Nikt nie jest większy od brata swego’- zaryzykowała cytat z krążących nielegalnie odpisów Księgi

-Tak..- nie skarcił jej za nieprawomyślną, surowo zabronioną, ezoteryczną propagandę, wymierzoną przeciwko jedynie słusznemu, liberalno-monarchistycznemu systemowi Lortacji Thorgów- A jeszcze te przecieki od obcych i ich nowinki technologiczne, powodują chaos w całym mieście… —Acha..

-Duchowość to anarchia. Teraz każdy palant dowie się, że jest Bogiem..I gdzie tu miejsce na szacunek dla władzy, przełożonego, funkcji, rangi, wysokiego urodzenia- wyrzucił to zdanie jednym tchem, musiał to mieć dobrze przemyślane – ja jestem Bogiem i ty jesteś Bogiem i kropka. Żadnej hierarchii a jeśli nawet jakaś by była to i tak każdy uważa się za króla. Wilki wklepały to do systemu podstępnie, skomasowanym przekazem telepatycznym. Synchronizator już to łyknął. To widać..

-Uchm.

-To nie jest powtórka z Wojny Międzywymiarowej. Wojna była dobra. Nakręcała koniunkturę. W jej wyniku przejęliśmy władzę nad mnóstwem systemów. Tutaj też. Technologie poszły do przodu. Przemysł. Praca dla wielu, wielu ras. A teraz..- dodał i jego twarz zrobiła się smutna. A na ogół była nieprzenikniona jak maska, chyba że udawał.

-Taak ?

-Wtedy otwarły się częstotliwości światów równoległych. Nikt nie zobaczył Aniołów. No zjawili się jacyś półprzezroczyści kolesie z niskich podplanów piątego wymiaru z wątpliwym poczuciem humoru. Chyba z Plejad. Nieźle namieszali bo nie dało się ich zastrzelić. Zamknęliśmy ich w polu tachionowym i siedzą. Ale teraz..

-Zobaczymy Aniołów ? – zapytała swoim słodkim głosikiem, cała podekscytowana.

-Nie wiem.. Ale wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ujawnia się to, co miało się nie ujawnić..

-Co, mój Lorcie, się ujawnia ?

-To czego strzegliśmy tyle eonów. Ostateczna Informacja. Tylko wariaci ją wykrzykiwali. I mistrzowie duchowi. Tych pierwszych się zamykało w szpitalach a ci drudzy i tak na ogół nie chcieli z nikim gadać. Sami się zamykali. W jaskiniach albo w klasztorach. A jeśli już ktoś ich wysłuchał, to nie mógł uwierzyć. A jeśli uwierzył, to nie mógł zobaczyć. A jeśli nawet by zobaczył to zostawał wariatem i można było go zamknąć. W sumie mistycyzm był zjawiskiem marginalnym.

I przekaz był zdeformowany. Kłócili się ze sobą o słowa.

Maja nie udawała. Naprawdę słuchała uważnie.

-A teraz pcha się czysty przekaz. A ortogonalna funkcja Synchronizatora sprawia, że kto uwierzy ten zobaczy..

-Nie można by wyłączyć Synchronizatora ? – podsunęła.

-Kod E już się wklepał i jest nierozdzielny. Mechanizm integrujący selekcję modulacyjną z wartością pionową już to scalił. Gdyby wyłączyć Synchronizator przestałabyś mnie widzieć..

-Ach, to byłoby straszne!

-Tak. Straszne. „A ja postrzegałbym ciebie jako rudą małpę” dodał w myślach. Ta wizja mocno go zresztą podnieciła. Zdziwiło go to. I zdziwił się, że się dziwi. Objął ją mocno w pasie.

Przylgnęła do niego całym ciałem. Przez gruby skórzany płaszcz wyczuła stalowe mięśnie Thorga.

-Czy mogłabym ci jakoś pomóc ? – zapytała troskliwie patrząc mu prosto w oczy.

-No wiesz..- spojrzał na nią wymownie.

Zrozumiała. „Zrobił się taki delikatny. Kiedyś bez słowa łapał mnie za włosy i ..” W sumie też to lubiła. „Taki męski.” Uklękła posłusznie, uważając na  jego płetwy i rozchyliła poły skórzanego płaszcza. Nie miał nic pod spodem.

Jego kutas, jak zwykle u tej rasy obcych, był wielki i sękaty. Włożyła go w swoje ciepłe usta, uszminkowane na zielono. Ledwie się mieścił. Ujęłą w obie dłonie jego wielkie jądra. Patrzyli na siebie.

Lort Anzelm jęczał jak człowiek. Przerwała na chwilę. Coś jej się przypomniało.

-Co to za Ostateczna Informacja ? – zapytała łapiąc oddech. Z kącika zielonych ust ściekał płyn miłosny.

-Ten świat nie istnieje- odpowiedział jakby z oddali – jesteśmy snem Boga..
-Acha.- Rozpoczęła pieszczotę na nowo.”Jestem twoim złudzeniem. Jestem Maja”. Jej głowa poruszała się coraz szybciej. Trzymał ją za włosy.

Strażnicy na monitoringu woleli nie patrzeć w ekrany. Nie kiedy byli razem. Może kątem oka ale było im jakoś nieswojo.

 

  •          *            *

 

 

-Jak się nazywasz ? – zaszumiało i Dżon zrozumiał to pytanie ale w zdziwieniu patrzył i nie odpowiadał.

-Wszak ludzie jakoś nazywają się nawzajem..

-Dżon Szmis, tak mi się wydaje – bo to był jeden z tych momentów, kiedy człowiek niczego nie jest pewny. Rozmowa z drzewem wywołała efekt szoku, widać.

– Nowe nazwisko ci nadaję – poczuł, że chwila jest podniosła – odtąd zwał się będziesz Dżonem Avokado ! –  Naprawdę mocno zaszumiało, chociaż wiatru nie było. Może go nie poczuł.

-Nie prosiłem..

-Bo nie musiałeś. Twoje imię czekało na ciebie od wieków w splotach moich korzeni, w zapomnianej butelce.. Teraz ją odkorkowało. Musiałem ci powiedzieć.

-W butelce..? – „może źle zrozumiałem ?”

-Dobrze zrozumiałeś! Powtórz, żebyś zobaczył.

-Dżon Avokado – powiedział. Z początku niepewnie. Potem naprawdę zobaczył. Mglista postać. Coraz bardziej wyraźna. Zstępowała na niego. „Moja dusza ?” Tak, wiedział to na pewno. Poczuł jak bardzo był pusty. Mimo wszystkiego. Wypełniał się samym sobą. Wypełniał się i wypełniał. Dobre to było. Najlepsze co go w tym  życiu spotkało. Spotkać samego siebie.

-Jestem Dżon Avokado! – wrzasnął na całe gardło i wydawało mu się, że cały wszechświat mu odpowiedział : Witamy.

-Dzięki – Powiedział Dżon zrewitalizowany, w sposób zwykły i uroczysty zarazem.

-Proszę bardzo. No to masz już duszę i akcelerator

 

 

.*          *            *

 

 

Mknęli miejską autostradą. Ruch był już dużo mniejszy. Przytulona do niego wyglądała jak plecaczek. Plecaczek w mini z wypiętą pupą i  pięknymi nogami. Wiatr trzepał utleniony ogon jej włosów w rytmie grzmotu wodorowego silnika.

Schowani za aerodynamiczną owiewką, pochyleni do przodu, lecieli w tunelu rozmytych kształtów  po cienkiej nitce drogi. Próbowała patrzyć na boki. Jak rozmazana akwarela malowana ręką przedszkolaka. „Wynika z tego, że przedszkolakiem jest kierowca bombowca”- pomyślała z rozbawieniem, „ ach, ci wspaniali mężczyźni na swoich rozpędzonych..”

Mocny pochył przerwał jej rozważania. Położyli się na wietrze. To był chyba zakręt. „Nie ma komfortu rozmyślania”, pomyślała.

W sumie czuł się dobrze. Od kiedy się przysiadła.”Przysiąść to się można w knajpie” zdążył  pomyśleć, kiedy coś wielkiego (trzydziestotonowa ciężarówka?) zajechało im drogę.

-Kurwa, kurwa, kurwa, chuju pierdolony w dupę jebany skurwysynu, pizdo jedna- w ostatnim ułamku ostatniego momentu ostatniej chwili, prześlizgnęli się przez lukę między pojazdami – uff – poczuł ciarki od czubków palców rąk idące w górę i po całym ciele. Oczywiście nie zwolnił a nawet przyspieszył bo jeszcze się dało.

Do niej też coś dotarło, poczuł jak się odpręża, kiedy to minęli. Zresztą wszystko mijali albo wyprzedzali. Taki styl życia i jazdy.

 

 

 

  •          *            *

 

 

-Przychodzimy w pokoju, nu- kontynuował wilk a wokół niego zbierał się coraz większy tłum – gęsta zasłona iluzji zostanie rozdarta i zobaczyta jak to naprawde wygląda a pięknie to wygląda – wilk dla spotęgowania efektu stanął na tylne łapy i zamachał przednimi, ale tłum się nie przestraszył – naprawdę pięknie wygląda, zobaczyta.

-Umysł jest jeden – wilk patrzył po zgromadzonych – jest jedno Ja, które nazywają Bogiem – wycelował swoim nosem po kolei w najbliżej stojących – nu, twoje i twoje i twoje i twoje ale Ja jest jedno, najgłębsza istota każdego, drzewa, wilka człowieka i nu, plugawego robaka. A to wszystko dokoła to wizja podzielonego umysłu, halucynacja popierdolona.

-Nu, możeta zapytać, czemu to samo wszyscy widzita, albo przynajmniej podobnie ? A ja, prosty wilk wam odpowiadam : halucynacja to zbiorowa. Piekło wymyśliliśta sobie, piekło, sen piekielny śnita. Każden z was jeden ma piekło prywatne, swoje a jeszcze wspólne i z niego najtrudniej się wydostać. Ale słuchajta, czas piekła się kończy, śmierć jest tylko wymysłem, śmierć, starość, cierpienie, choroba.. to kary, które wymyśliliśta, za grzechy nie popełnione, bo we śnie one wam się przyśniły. Jest dobrze, tylko się obudźta. Nu, wszystkieśta niewinne.

Tłum zafalował, coś się tutaj działo. Z tyłu okrzyki, przepychanie. Do akcji wkroczyły oddziały gwardii. Ciężarówki otoczyły zgromadzenie i zaczęła się regularna łapanka.

Wilk nie przestawał mówić :

-Nic się nie bójta przyjaciele i oporu, nu nie stawiaj ta a patrzcie jak my wilcy dzikie pojmać się pozwalamy. Nu, bo jak napisano;” Pojmą was w owe dni a ci, którzy nie pojmują to was pojmają. Ale wypuścić rychło będą musieli albowiem kształt tej iluzji przemija.” Nu, nie bójta się – mówił dalej wilk kiedy gwardianie zarzucili na niego sieć. Nawet wtedy nie przestawał mówić. Zwrócił się do gwardianów:

-Pojmaliśta mnie bo nie  pojmujeta co nauczam was, nu. Atoli odpuszczają się wasze grzechy bo nie wieta co czynit..- i tak wniesiono go do ciężarówki a gwardianie wyglądali na zupełnie zdezorientowanych, a on mówił dalej.

Z ludźmi nie poszło już tak gładko i kiedy wilka wywieziono, jego pacyfistyczny autorytet przestał działać, przynajmniej bezpośrednio. Bo tłum jakoś inaczej wyglądał. Inaczej patrzyli. Ale zachowali się tak samo.

-Proszę zachować spokój i wsiadać do samochodów! Proszę zachować!.. – Darł się megafon.

Grupy cywilów zaczęły uciekać by zatrzymać się w pewnym oddaleniu. Kogoś tam gwardianie złapali. Część się szarpała. Część prowadziła bójkę na pięści z pałkami. Po chwili tłum cywilów stał naprzeciw oddziałów. Nastąpił jednoznaczny podział.

Poleciały pierwsze kamienie jak pierwsze krople deszczu. Krzyki i strzały.

-Proszę zachować spokój i wsiadać!..

-Oddajcie nam wilka! Oddajcie nam wilka!

Najbardziej zaciekłe walki rozpętały się w okolicach  Megastadionu.

 

 

  •           *              *

 

 

Tym razem brama wyleciała razem z framugami. Ram z Namaną wylecieli jak pocisk broni konwencjonalnej. Pole siłowe (guzik ten po lewej z góry) nieźle chroniło ich przed uderzeniami.

Wyglądało to jakby brama ich wypluła. Przebili się taranem przez zaporę gwardii na zewnątrz budynku i już mieli zwiewać dalej kiedy…

Ram poczuł, że wpada na dość miękką elastyczną przeszkodę, chociaż nic nie widział ani na poziomie termowizji ani na radarowym. Coś spowolniło go na odcinku kilkudziesięciu metrów aż do całkowitego zatrzymania a potem ta sama siła wystrzeliła go razem z Namaną do tyłu. Polecieli z powrotem jak z procy. Ram upuścił Namanę i pospadali bezradnie wprost pod nogi gwardii.

 

 

  •          *            *

 

Jego Magnificencja zaległ na kanapie. Z rannego boku, który Stjuart prowizorycznie zawinął ręcznikiem, sączyła się krew.

-Nu, przydałby się Lao Czy- powiedział wilk – mnie nie mogli dostać, nu przepowiednia mówi, że Centalny Wilk..- zaczął tonem usprawiedliwienia.

-Wiem, wiem Jego Magnificencjo, kapitan schodzi ostatni – StjuArt machnął ręką trochę lekceważąco a raczej ze zniecierpliwieniem, zresztą nie wiadomo bo był trochę pijany – zaraz zobaczymy – powiedział i rozwiązując skórzany woreczek wyrzucił na podłogę Szlachetne Wróżebne Kamienie. Kucnął nad nimi jak typowy wróżbita.

Chwilę wchodził w trans, a że alkohol tego nie ułatwia, trwało to długą chwilę.

Wilk leżał grzecznie na kanapie i starał się nie jęczeć.

-Lao Czy nie ma w Mieście..

-Na pewno ? – zapytał z niepokojem ranny.

StjuArt spojrzał na niego z taką dezaprobatą, że Jego Magnificencja, zawstydzony swoim wątpieniem, spuścił czerwone fluorescencyjne oczy.

-Wyniósł się swoim teleportem- zamilkł na chwilę, koncentrując się na Szlachetnych Wróżebnych Kamieniach – zaraz, zaraz… razem z tym kontrabandzistą Darvilem, nie.. osobno.. inaczej..

-Kontrabasistą – zamruczał Wilk, który widocznie wraz z upływem krwi, tracił przytomność umysłu – nu, tak..

– Nie,.. Darvil tam był.. nie, ..tylko jego ślady…Lao Czy poszedł za wilkiem Powiernikiem Kodu..

-On żyje..- wielka wilcza głowa opadła na kanapę

-Tak, ale teraz nazywa się… jakoś tak dziwnie…Przenieśli się razem do HIPERMARKETU.  A ściśle mówiąc do galerii handlowej.

Z kanapy dobiegło regularne chrapanie.

-Zaraz coś poradzimy jego Magnificencjo – mruknął StjuArt i lekko się zataczając poszedł do drugiego pokoju, skad wrócił niosąc woreczek Szlachetnych Leczniczych Kamieni – będzie dobrze – odbiło mu się browarem i zabrał się do roboty.

 

  •          *              *

Tego dnia pies pani Szmis przemówił ludzkim głosem. Konkretnie mówiąc, suka, Lili, rasy Yorkschire.

Pani Szmis spokojnie ją upomniała, bo Lili siedziała już na kuchennym stole.

-Psy nie chodzą po stołach, Lili, kto jest taki niegrzeczny ?

-To nie ma znaczenia- odpowiedziała Lili dosyć grubym, jak na Yorka głosem.

-Jak to nie ma znaczenia ? – do Madżi nie dotarło jeszcze z kim rozmawia a uwiódł ją sam dialog. Sama dyskusja ją uwiodła – stoły służą do jedzenia a nie do chodzenia, czy siadania.

-Nie pojmujesz, po co to wszystko jest. Nie masz pojęcia. Nie rozumiesz tego. W pale ci się nie mieści.

-Lili !!!

-Tak, Lili ! – widzisz tylko sumę wszystkich wspomnień mnie i wszystkich stołów. Widzisz tylko przeszłość. Nic nie widzisz.

-Piesku..- Na szczęście Madżi zachowała sprawność umysłową w obliczu nietypowej sytuacji i skojarzyła z nią oglądane dzisiaj wiadomości. Dżon gdzieś pojechał w interesach a oni podawali, że zamieszki w mieście, nie, fala niepokojów może być spowodowana przedostaniem się do wodociągów halucynogennej substancji i że gadających wilków tak naprawdę nie ma a tym bardziej tych, które opowiadają, że świat jest nierzeczywisty.

Madżi się odprężyła. Położyła na stole swoje zgrabne nogi w rajstopach od Maraniego (40 citydolarów) a Lii polizała ją po palcach.

-Nie jesteś tym ciałem, ta noga nie istnieje, istnieje tylko Duchowa Istota.

-Tak, tak Lilii, obie się żeśmy naćpały, nawet fajnie, co ? No złaź z tego stołu.

 

 

  •          *            *

 

 

Miał wrażenie, że już nikt ich nie goni.

„Jeśli nikt cię nie goni to musisz być nielicho do przodu”

Miał wrażenie, że to już nie jest Miasto.

„No bo ile można jechać przez miasto z prędkością 500 km/h ?”

Chociaż wyglądało jak Miasto. Powierzchownie. Szybkim mgnieniem oka. Ale pusto. Żadnych pojazdów. Autostrada wznosiła się nad morzem. „Nad morzem? Chyba na słupach? Nad jakim morzem?”

„Wyprzedzenie wszystkich samochodów jest niemożliwe, lecz jeśli przestaniesz wyprzedzać samego siebie, wyprzedzanie kogokolwiek nie jest potrzebne” i oczywiście;

„Lepiej świadomie na czerwonym niż nieświadomie na zielonym”.

Ale tutaj nie było żadnych świateł. Żadnych skrzyżowań.

I on. Mistrz ekstremalnych prędkości na publicznych drogach. Mistrz sentencji okrutny. Darvil.

W kosmonecie krążył jego nielegalny poradnik; ”Jak skutecznie poruszać się po drogach, zachować cenne życie i ocalić prawo jazdy.” Autor był poszukiwany listem gończym jako wróg publiczny ale nie wiedzieli kto to. A on był tutaj, ale sam nie wiedział, gdzie to tutaj jest. Ważne, że był w ogóle,     mistrz kontrabandy, cały na czarno. A z tyłu ona. Czujna i gotowa.

Ośmiopasmowa autostrada pięła się łagodnie w górę ponad ciemnym morzem.”Chyba na słupach?” Rozkoszny pomruk wodorowego silnika, same basy. Fajnie się jechało. Droga wydawała się nie mieć końca.

 

 

  •          *            *

 

 

Skutych od tyłu położono ich na podłodze bezgłośnego helikoptera do zadań specjalnych, który niezwłocznie wystartował.

Ram kątem oka widział leżącą obok Namanę. Wiedział, że nic jej nie jest.”Nawet teraz pięknie wygląda.” Burza jej czarnych włosów rozsypała się po podłodze.”Wyjdziemy z tego, dziecinko”.

Helikopter wznosił się pionowo do góry. Rzeczywiście był prawie bezgłośny. Jedyna taka maszyna w powietrznej kawalerii Miasta. Cóż za technologia!

Maszyna przechyliła się i skierowała w stronę Zamku. Przelatywali właśnie nad Jeziorem Centralnym. W nocy było zawsze pięknie podświetlone ale teraz był dzień.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, pilot śmigłowca wykopał siedzącego obok gwardiana. Wykopał go na zewnątrz, przez otwarte rozsuwane drzwi.

Nie usłyszeli krzyku, widocznie stłumił go hełm. Zanim nastąpiło hipotetyczne ‘plum’, pilot trzymał już wycelowany w pozostałych dwóch strażników, starożytny rewolwer bębenkowy. Wielki jak armata.

„Dziwne.”

Ci dopiero zorientowali się o co chodzi.

-Ej, wy dwaj, wyskakiwać!

Z niedowierzaniem, ale bez ociągania, postąpili według wskazówek pilota.

Ram i Namana z trudem wyginali głowy, żeby zobaczyć, co się dzieje. Miny mieli bardzo zdziwione.

Pilot w mundurze gwardii podniósł czarną przyłbicę hełmu. Ram i Namana zdziwili się jeszcze bardziej.

-Riczard Czaprau!- przedstawił się tubalnym głosem – nareszcie w akcji! Jak bardzo mi tego brakowało! – wystudiowanym perfekcyjnie gestem schował rewolwer do kabury.

 

 

  •          *               *

 

 

Pięciu cywilów ustawiono pod ścianą. Ręce związano im od tyłu drutem kolczastym. Tradycyjnie.

Stare koszary to naprawdę ponury budynek. W sam raz.

Skazańcy mieli zawiązane oczy. Też tradycyjnie. Nic nowego pod słońcem. Tutaj słońce nie dochodziło. Egzekucje odbywały się w piwnicy. Tradycyjnie.

Ta miała być pierwsza od dłuższego czasu. Rozkaz specjalny Lorta Anzelma.

-Wyrokiem Trybunału Stanu Wyjątkowego Lortacji Thorgów Prawowitych Władców Miasta,  skazuje się na karę śmierci..- odczytywał dowódca szwadronu.

-Nie możecie nic nam zrobić- pierwszy ze skazańców odezwał się dość słabym głosem

-…jako zdrajców ludzkości…

-Ciała nie ma, materia nie istnieje! – skazańcy odzywali się już mocniej.

-przez rozstrzelanie..

-Nawet w dupę nas nie możecie pocałować! – to już było na całe gardło.

-Wyrok jest prawomocny..

-Nie ma śmierci! Nie ma śmierci! – skazańcy zaczęli skandować.

-Cel..

-Przepraszam, telefon do pana. Dzwonią z Zamku.

 

 

 

  •          *            *

 

 

-A dlaczego wy drzewa jesteście dla nas ludzi takie wyrozumiałe ? Przecież was wycinamy, palimy..

-Bo my drzewa i wy ludzie jesteśmy istotami pionowymi.

-Czy to jedyny powód ?

-Nie, ale wystarczający. Drzewo nie jest tym, czym się wydaje.

-A  ja ?

-Ty też nie.

-Dżon Avokado..

-Imię to tylko imię. Wyraz rdzennej mocy. Ale to także przemija. Jak każda forma.

-Dałeś mi to imię..myślałem..

-Było twoje od wieków, czekało na ciebie, bo nie miałeś duszy.

– To nie jestem duszą ?

-Nie do końca, bo jesteś początkiem i końcem zarazem. Ciało i dusza jest twoim wyrazem, imię jest wyrazem duszy. Najpierw musiałeś wejść w ciało. Ten czip ci pomógł. Poczułeś, że masz ciało, wcześniej byłeś zagubiony w myślach. Myślałeś, że jesteś myślami a nie miałeś duszy. Swoją duszę wygnałeś już dawno, oddaliłeś z powodu poczucia winy. Dlatego tak ci było smutno. Utratę duszy teraz depresją nazywają. Trzeba zawołać się po imieniu. Żeby być musisz najpierw mieć ciało i duszę. Być sobą. Inaczej nie urodziłbyś się na ziemi. A potem możesz być totalnie. Wiem, że bardzo cierpiałeś..

-Kim jestem ?

Drzewo się znowu śmiało. Spadło dwadzieścia dwa żołędzie. Trzy z nich trafiły Dżona w głowę

-Bardzo śmieszne.

-Ważne, że jesteś. Twoje i moje Ja –  to  samo. Powtórz.

-Twoje i moje..

-Nie. Powtórz :Ja Jestem !

-Ja Jestem.

 

 

  •            *             *

 

 

Szejk Falu al Amid kończył budowę urządzenia. Był to rodzaj samonaprowadzającego pocisku. Poprawił jeszcze kilka piórek, gumą arabską. Ptak był gotowy. Ustawił go na grzędzie obok siedmiu innych ptaków i z satysfakcją popatrzył na swoje dzieło. Z fałd  szat wydobył pilota. Wcisnął guzik. Ptak poruszył skrzydłami. Rozwinął je i tak zastygł.

„Działa.”

„Niczym się nie różnią oprócz przeznaczenia. Może tak samo jak ten tam w klatce. Taka jest widać wola Allacha.”

Schował pilot i wyjął bioplazmowy telefon. Rozmawiał krótko.

Wyszedł przed dom. Popatrzył dokoła. Nikogo. Skierował się na plac osady, którą tworzyło jeszcze kilkanaście podobnych, glinianych budynków. I nieco wyższy Meczet Modłów.

Na placu grupka obdartych dzieciaków otaczała, skleconą s desek i patyków, klatkę. W klatce był wilk. Leżał spokojnie na boku. Dzieciaki mu dokuczały.

-Spadajcie- rzucił twardym tonem, podchodząc.

Dzieci rozbiegły się po placu.

– I co psie niewierny, złożysz wyznanie wiary ?

-Jestem wilkiem- odpowiedział spokojnie ten w klatce.

-Wilki nie mogą wejść do raju, ani żadne inne zwierzęta- za plecami Falu rozległ się głos Mułły plemiennego Szamana, głos stłumiony przez straszną maskę, którą Mułła nosił często na co dzień.

-Ten może, bo to człowiek, zaczarowany w wilka.

-Raczej to Dżin pustynny.

-Dżin nie dałby się złapać.

-Nie oparł się moim czarom.

-Kim jesteś, psie niewierny ?

-Jestem wilkiem- powiedział Dwóch Za Jednym Zamachem i usiadł – ale bywam także człowiekiem.

-A widzisz ! – Szejk Falu al  Amid spojrzał na Mułłę Szamana z wyższością.

-Słyszę. Ale psu nie wierzę.

-To wilk, przecież powiedział, i człowiek zarazem. Wilki nie kłamią. Napisali tak w Księdze.

-W Księdze Wilków?

-Słyszałeś?

-Wiedziałem.

Dwóch Za Jednym Zamachem również kiwnął twierdząco głową.

Okazało się, że rozmowie przysłuchuje się już więcej osób. Podeszli niepostrzeżenie. Wszyscy poruszali się bezgłośnie jak duchy. Tak się nazywali. Duchy Polujące Z Wybuchowymi Krukami. Długa nazwa. Wszyscy w szarych szatach. Sami mężczyźni. Kobiety siedziały w domach. Tylko Szejk Falu al Amid był cały na biało.

Zgromadzeni otoczyli klatkę.

Mułła Szaman zwany al Macka, widząc ich, zamilkł. Nie chciał strzępić gęby w obecności hołoty.

Przybyli też się nie odzywali.

-Czcigodni mężowie- odezwał się Falu, poprawiając zwisający z tyłu głowy, tren  z białej surówki jedwabnej – Synowie pustyni. Ten tu pies niewierny, okazał się wilkiem. Nie jest zwykłą istotą, a jako taki, nie podpada  pod szariat. Przepowiednia, której jako wasz szejk, Falu al  Amid, jestem powiernikiem, mówi coś o wilkach. Ale nie pamiętam dokładnie. To były dawne czasy. Słyszałem to od mojego dziadka kiedy byłem mały. Od wielkiego dziadka Falu Falu !

Na dźwięk imienia dziadka, Beduini bezwiednie pochylili głowy.

Al Macka nic się nie odzywał ale na pewno miał pod spodem pogardliwy wyraz twarzy.

Był zazdrosny i zawsze uważał przodków Falu  Amida i jego samego za heretyków.

-I dlatego wkrótce, przybędzie Mędrzec Sufi Radżirumi i rozsądzi sprawę. Wezwałem go przez telefon. Na tym kończę zebranie. Dajcie wilkowi wody.

Beduini posłusznie się rozeszli.

Dwóch Za Jednym Zamachem położył się na boku. Marzył o swojej wilczycy. Czekała na niego w holograficznym pado- ku, tam na zewnątrz. Niewyczuwalne są tam ślady. Nie ma takich receptorów. Sensorów. Tylko on. Dwóch za Jednym Zamachem i ona. Jego wilczyca.

Otworzył przejście w swojej głowie. Są tam razem. Wszystko widzą, nic nie wiedząc o sobie,

nawzajem. Są razem. Rozszarpują mandragory. Korzeń krwawi. Ale do posprzątania. Wszystko czerwone albo zielone, wedle życzenia. Tęsknił za nią. Już się przyzwyczaił. Mimo, że jej nie było to i tak z nim była. Właściwie od zawsze. Ziewnął. Ziewał też od zawsze.

Wypadł z zardzewiałej betoniarki. Już dawno takich nie używają. Lao Czy ją tu ustawił. Wylot z teleporta.  Poczuł zapach. Przypomniał sobie. Wilcze jagody. Marzył o nich. Mimo, że był na terapii. Anonimowi Amatorzy Wilczych Jagód. Postanowił zjeść tylko kilka. I ponieśli wilka.

To znaczy złapali. Chociaż nie uciekał. Se leżał. I se widział. Nielegalny biosynchronizator nastrojów, zażył . Teraz siedział w klatce. Znowu w klatce. Jaki niefart. Przynieśli wodę. Nie łatwo jest być apostołem. Się napił. Już nie wiedział, czy myśli są wewnątrz ? czy na zewnątrz ? człowieka ? czy też zwierza ? O co chodzi ? To już było ostateczne pytanie, znak, żeby przestać analizować i rozpocząć kontemplację.

„Wychodziwa  z umysła do umysła. Całkowicie poza. Gate. Gate.”

Mułła Szaman al Macka zatrzymał się w pewnej odległości i kiedy nikt już nie widział, stanął na jednej nodze, rozpostarł ręce jak skrzydła i skrzyżował palce u rąk i coś burczał. W stronę klatki. Nie wyglądało to na błogosławieństwo.

Wilk patrzył przymrużonym okiem. Zrobił sobie pole ochronne. Od klątw i od upałów.

 

 

  •          *            *

 

Zatrzymali się na platformie. Kiedyś  wiertnicza, teraz można powiedzieć, widokowa. Odkąd energia była praktycznie za darmo, trudno było rządzić Ziemią .W kosmonecie ujawniono powszechnie dostępne metody uzyskiwania energii. Praktycznie mógł to zrobić prawie każdy  warsztat samochodowy. Ogniwa neowodorowe, czyli tzw. neowodór.  Dosłownie z powietrza, z wody i z ziemi. Ogień też był potrzebny. Odtąd zaczęły upadać rządy. Także ten globalny, zmieniał się co chwilę. Sytuacja ustabilizowało dopiero  przejęcie władzy przez Thorgów. Większość ludzi nie wiedziała nic na ich temat.

Tędy szła autostrada. I dalej. Po słupach. Nad morzem Na koniec świata. Dookoła. Autostrada. Darvil nic o niej wcześniej nie wiedział. Wyglądało jakby prawie nikt nie wiedział. Tylko czasem widzieli jakiś pojazd. Bydlak 2400 WNR podparty na stopce, prezentował się pięknie. Oni też.  Lepiej niż w reklamie. W zwielokrotnionych refleksach lśniły chromy motocykla.

Wszystko tak elegancko wyglądało. Autostrada jak morski wąż nad morzem w lewo i w prawo. Słupy z kilometr w głąb albo i dalej. Za stacją wielopoziomowa estakada. Niebo w kolorze indygo. A pod nimi morze, szumiące rozkosznie. Przyjrzał się jej a ona jemu. Ich oczy się spotkały. Było dobrze. Nie musieli nic mówić.

Przypomniał mu się wiersz Tagore;

‘W jakim języku przemawiasz, o Morze ?

W języku wiecznego pytania

A w jakim języku odpowiadasz, o Niebo ?

W języku wiecznego milczenia.’

Nie wypowiedział jednak tego na głos. Nie musiał.

Ona też to znała.

 

 

  •          *             *

 

 

 

Bractwo miało potężne korzenie. Przyczyną, sensem i celem jego istnienia było przechowywanie i stopniowe ujawnianie ludzkości Ostatecznej Informacji. Ta Informacja stanowiła, z kolei, przyczynę, sens i cel istnienia ludzkości. Krótko mówiąc, duchowa ‘ Ś-wiadomość’. Ujmując rzecz etymologicznie, słowo ‘ świadomość’ można przedstawić jako ‘wiadomość światła’, czyli wiadomość otrzymaną od światła, przez światło i w świetle. Wilki się z tym zgadzały.

Niniejszym omówione zostaną ogólnodostępne źródła, z pominięciem okultystycznej biblioteki Lao Czy, która została wydobyta i odtworzona z Namany.

Można z nich wnioskować, że Bractwo pochodziło bezpośrednio od Adama Kadmona. Adam po hebrajsku znaczy ‘człowiek’. Określenie to oznaczało  też  czerwoną glinę. O Adamie Kadmonie można poczytać w Żydowskiej kabale. Apokryfy,  znalezione w Nag Hammadi,  ujawniają rąbka tajemnicy na temat powstania Bractwa Wilków.

„ A kiedy nie był jeszcze podzielony, jego lewa strona poczuła niepełność.

Jego prawej (stronie) nic nie brakowało, ale lewa, w której była niepełność, mówiła do niego: Jeśliś taki pełny to dlaczego podzieleni jesteśmy ? Jeśli ci nie brak niczego, to co ja tutaj robię ? Jeśli znasz wszystkie odpowiedzi, to skąd te pytania ?

I w ten sposób lewa strona nie dawała mu spokoju, tak że miał w końcu dosyć (inne tłum.: nie mógł wytrzymać tego).

I rzekł Adam Kadmon do swojej lewej strony: Lepiej było nie wychodzić z Wiecznego Płomienia, który nas zrodził, niż posłuchać ciebie (inne tłum.: niż ci ulec), lewa strono.

Ale wiem, o co ci chodzi. Dobrze, spróbuję owocu poznania, którym kusi  wąż starodawny.

I skosztował owocu i jadł go a był smaczny.

I wyłoniły się z niego światy i zobaczył, że są on i ona. I zobaczyli, że są nadzy.

Wtedy zapałali żądzą do siebie i połączyli się.

A niewiasta, bo tak ją nazwał, bo nie wiedziała, rzekła do niego: Widzisz, że jest dobrze.

Bo było im dobrze i zniknęły pytania.

A on jej odpowiedział: zobaczymy.

Jako że kiedy skosztowali owoc, czas powstał (inne tłum.: czas zaczął płynąć ze źródła)

A Bóg przechadzał się w podmuchu wiatru po ogrodzie i szukał człowieka, wołając: Adamie Kadmonie, gdzie jesteś ?

Niewiasta, słysząc to rzekła do człowieka, mówiąc cicho (inne tłum.: szepnęła mu do ucha): Nie możemy się tak Mu pokazać. Ty coś wymyśl.

I przywołał człowiek moc (którą posiadał), przez swoje podobieństwo do Boga, i przemienili się w wilki i On ich nie poznał.

Wymknęli się więc chyłkiem na wschód od Edenu.

I dlatego do dzisiaj Bóg szuka człowieka i nie może go odnaleźć.

Ale przyjdzie czas odnalezienia, albowiem wilk stanie się człowiekiem (inne tłum.: wilk ujawni człowieka).”

Tyle tekst gnostyckiego apokryfu z kodeksu z Nag Hammadi. Analogiczne informacje można odnaleźć w rękopisach zoroastriańskich, prawedyjskich, bon a także w kulturze tolteckiej. Motyw wilka-człowieka występuje także u Eskimosów, w wierzeniach ludów czarnej Afryki  i w wierzeniach przedchrześcijańskich ludów europejskich. Zachowały się pisma wczesnobuddyjskie, odkryte w Tybecie, jako tzw. termy, w których wilk pełni rolę najwyższego wtajemniczającego.

Podobnie pisze o ‘złotym wilku” jako mistagogu, Heloestafernes, współczesny Pitagorasa.

Według niektórych ewangelii apokryficznych, Jezus chodził z wilkiem, z którym często rozmawiał. Jakby na potwierdzenie tego, zdjęcia rentgenowskie ‘Ostatniej Wieczerzy’ Leonarda Da Vinci ujawniają postać wilka, który siedzi przy stole (widać jego głowę) po prawej stronie Jezusa. W tekstach z wspomnianego Nad Hammadi, znajduje się też częściwo tylko zachowana, ‘Ewangelia według Wilka’.

Na temat niektórych aspektów tej sprawy, w tym artefaktów naukowych i domniemań, wspomniano już wcześniej.

Wracając do źródeł wydobytych i odtworzonych z Namany, Ostateczna Informacja stanowi prawdę duchową przystosowaną i przeznaczoną dla genotypu ludzkiego. A to w odróżnieniu od przekazów ezoterycznych z kosmosu, które nie uwzględniają specyfiki ludzkiego uwarunkowania, a przede wszystkim  potężnej energii uczuć, której istoty z innych systemów nie mogą pojąć a najczęściej się boją. Bractwo tłumaczyło to Buddzie jeszcze przed jego przebudzeniem, ale słabo to rozumiał. Lepiej już  poczuł to Jezus i to poczuł dosłownie. Wilki uważają, że był najbardziej ludzki, ze wszystkich nauczycieli przysłanych przez Wieczny Płomień.

Ziemia była zawsze tak fascynującym miejscem a zarazem tak często omijanym przez obcych. Z racji, że tutaj rządzą uczucia. I emocje. Nie, żeby były im całkiem nie znane ale nie w takiej skali jak tutaj.  I chociaż reakcje ludzkie można było przewidzieć, to jednak nie do końca. Wiązało się z tym dość duże ryzyko. A największe trudności i kłopoty mieli z tym oczywiście, ludzie.

Z drugiej strony emocje, szczególnie tak silne, jakie można wygenerować na Ziemi, stanowiły łakomy kąsek dla różnych kosmicznych ras, będących w stanie bardziej zaawansowanego technologicznego rozwoju. Ale niekoniecznie etycznego. Rasy te uwielbiały odgrywać na ziemi rolę bogów. Najczęściej przeciwstawiało się temu tylko Bractwo Wilków.

Cena tej misji była duża. Bractwo zapłaciło najwyższą z możliwych. Jego członkowie nie mieli możliwości identyfikacji z wilczą rasą. Ludźmi bywali tylko czasami. Byli ni tym, ni owym. Wilcze mózgi stępiły im zdolności intelektualne a ludzkie cechy nie pozwalały być w pełni wilkami. Ale Bractwo trwało. Przez dziesiątki tysięcy lat.

 

  •           *             *

 

 

 

Siedział przy swoim, osmalonym po ataku Dwóch Za Jednym Zamachem, biurku i drapał się po głowie. Błona pławna między sześcioma palcami miała piękny mieniący się turkusowy kolor. Miał ręce stworzone do gry na krghu, tradycyjnym instrumencie Thorgów. Uczył się od wczesnego dzieciństwa. Krgh został stworzony jeszcze przez Hanai, rasę która zapoczątkowała cywilizację na ojczystej planecie Lorta Anzelma. Wolał nie podawać jej nazwy ani współrzędnych. Thorgowie ukryli swoją planetę, tworząc wokół niej parawan czasoprzestrzenny. Niełatwo było tam trafić. Mieli swoje powody.

Nie wziął ze sobą na Ziemię (nie lubił tej nazwy) swojego instrumentu. Był za duży, wielkości ziemskich kościelnych organów. Tak to sobie tłumaczył. Thorgowie jako potężna rasa lubili potężną muzykę.

Chociaż konserwatyści mówili, że krgh ma zbyt miękkie dźwięki i osłabia ducha wojownika. To przez to, że stworzyli go Hanai, zniewieściała rasa, która posiadała  nielotne już skrzydła. Posiadała, bo obecnie uważa się ją za wymarłą. Podobno jacyś jej przedstawiciele zdołali się schronić i przetrwać w okolicach Betelguzy. Podobno na XX82106. Krgh nazywał się u nich sila.

Lort Anzelm miał 200 lat. Tak około. Prawda jest taka, że nie grał odkąd zaczął zabijać. A zabijać zaczął dawno temu. Ale dopiero teraz zaczynał odczuwać. Czuł różne rzeczy. Nie, żeby wcześniej nic nie czuł ale spektrum, które teraz mu się otwierało, można porównać do wcześniejszej fazy, jak język szympansów w stosunku do słownika pojęć filozoficznych. Zresztą Thorowie nie znali się na filozofii. Uważali ją za dekadencką dziedzinę. Ich z kolei można było porównać do Spartan. „Po których nic nie zostało”- pomyślał Lort Anzelm. Liznął trochę historii tej planety.

Poczuł tęsknotę za muzyką. Wewnętrzne obrazy ukazywały mu potrójną klawiaturę krgh’a, jak przebiera po niej swoimi dwunastoma palcami. Thorgowie używali skali kwadrotonalnej. Poczuł smutek i jeszcze coś, czego nie potrafił nazwać. To było uczucie przykrości, na wspomnienie scen, kiedy odbierał komuś życie. Pojawiło mu się pytanie, jak wtedy czuli się oni. Ci, których zabijał.”To się nazywa empatia. Oznaka słabości, występująca często u ludzi.”- przypomniał sobie podręcznik psychologii kosmicznej -„no ładnie..”Teraz poczuł zdziwienie. Uczucie rodziło uczucie. Teraz irytacja.” Wszystko przez tę ziemską kobietę.”

-Kurwa, kurwa, kurwa!- To naprawdę było świetne słowo, którego znaczenia dziś nikt nie pamiętał. Podobno pochodziło z języków słowiańskich. Znakomicie wyrażało złość.

-Dowódca gwardii, kurwa!- wrzasnął w bioplazmowy telefon, który był po prostu cyfrowym amplifikatorem telepatycznym- wstrzymać, kurwa egzekucję, kurwa mać !!!

 

  •          *             *

 

W kabinie bezgłośnego helikoptera rozległ się tradycyjny dzwonek bioplazmowej komórki.

Riczard Czaprał odebrał z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

-Chwila- przełożył telefon do prawej ręki (był bowiem mańkutem, jakkolwiek mówiono, że obie ręce miał jednakowo doskonale sprawne, ale czego to o nim nie opowiadano) lewą wyciągnął starodawny rewolwer z bardzo wielką lufą i strzelił do Rama.

-Zdrajca!- straszliwie rozdarła się Namana.

Riczard Czaprał wzruszył ramionami.

-Rozkaz to rozkaz- po czym wybuchnął niepohamowanym psychodelicznym śmiechem- a mogło być gorzej !

Potem strzelił do Namany.

 

 

  •          *            *

 

 

-A może nie po mnie ? – Dżon Avokado patrzył na zbliżające się parkową aleją, ciężarówki na sygnale. Miały wymalowany znak gwardii – ale chyba po mnie, może lekarz doniósł ?

-Nie jesteś aż taki ważny – zaszumiał dąb – przynajmniej nie twoje ciało.. Ale może ono pomóc.

Te ciężarówki wiozą ludzi, którzy za dużo się dowiedzieli, tak jak ty ode mnie. Dowiedzieli się od wilków. Dlatego zostali uwięzieni. Możesz ich uwolnić.

– Od wilków ?

-Ach, ty nic nie wiesz..

-Przecież powiedziałeś, że wiem już..

-Nie o tym, o wydarzeniach w Mieście.

Ciężarówki mijały ich nieopodal. Było ich może kilkanaście. Może więcej. Jechały i jechały.

-Pięćdziesiąt – zaszumiał dąb.

-Byłem w mieście..Co pięćdziesiąt ?

-Pięćdziesiąt ciężarówek, w każdej około stu ludzi. Pięć tysięcy osób. To już kolejny transport. My dęby umiemy liczyć. Jesteśmy połączone nie tylko w jednym umyśle ale też korzeniami. My, wszystkie drzewa..

-A  krzewy ?

-Nie bądź durny. Kiedy byłeś tutaj w mieście zaczęły nauczać wilki. Ludzie słuchali. Gwardia zwija ludzi. W koszarach upchną 50 000. Tam są stare kazamaty. Resztę zamykają w Megastadionie. I w Zamku. To będzie masowa eksterminacja.

-Was machen, co zrobić – nie wiedzieć czemu, Dżon w trudnych sytuacjach, zaczynał mówić po niemiecku, którego to języka nie znał. Nawiasem mówiąc, poza lingwistami, nikt go już nie znał, bo był językiem martwym.

-No wiesz..-zaszumiał dąb.

-Wiem, mam akcelerator. I czuję jakiś dziwny spokój. Bo Jestem. Wiem, że jestem.

Dżon wiedział też co ma robić, zresztą tylko jedno przychodziło mu na myśl. A może to adrenalinowy bioakcelerator neurotonusu tak namieszał mu w głowie. Co by to nie było, wcisnął od razu guzik – ten z góry po prawej.

 

 

  •          *            *

 

 

 

Ogromny cień sunął na powierzchni morza, kładąc się na autostradzie i na platformie, na której zaparkowali.

Oni nie widzieli jednak nic oprócz siebie, stojąc zapatrzeni.

On widział ją i szary błękit morza.

Ona widziała jego twarz na tle horyzontu.

Cień sunął niezauważony, zmieniając tylko nastrój chwili na dużo bardziej mroczny. Myśleli może, że słońce już zachodzi ale słońce miało się dobrze, stojąc wysoko.

Trójgłowy smok złożył skrzydła i runął w dół  jak orzeł. Kiedyś miał siedem głów lecz przy przejściu do tego wymiaru, zredukował do trzech. Za dużo kłopotu. Nurkowy lot drapieżcy pięknie wyglądał ale nikt nie patrzył. Świst powietrza.

A oni zapatrzeni, jak w złotej judze, wzrokiem tylko samym, doznawali orgazmu.

Że też w takiej chwili. Porwał ją smok okrutny, uchwyciwszy w szpony, uniósł sprzed oblicza ukochanego w nieznane. Łopot potężnych skrzydeł i nierealna sylwetka smoka się oddala.

Darwil z niedowierzaniem odprowadzał ją wzrokiem a potem opadł na kolana i zapłakał.

Już nie było tak pięknie. Nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. A Bydlak 2400 WNR, mimo wszystko, nie potrafił latać.

 

 

  •          *          *

 

W osadzie zjawił się sufi. Radżirumi miał długie białe dredy, ubrany był w tiszort, dżinsy i glany. Z tylnej kieszeni wystawała mu szpanerska bioplazmowa komórka. Z zza paska sterczał rewolwer. Ignorując czołobitne pozdrowienia Beduinów, skierował się prosto na plac gdzie stała klatka z wilkiem. Ten leżał sobie wygodnie, podniósł się jednak widząc, że przybył Dostojny a za nim cała ludność osady. Również kobiety. Szejk Falu al Amid udzielił im specjalnego zezwolenia. Teraz stał obok klatki razem z sufim.

-Lao Czy, jak Boga kocham – Dwóch Za Jednym Zamachem zamerdał ogonem.

-Stul pysk- syknął sufi, po czym zwrócił się do zgromadzonych – Opętany przez Szejtana ten zwierz najwyraźniej. Sam muszę temu kres położyć bo nie łatwo takiego diabła życia pozbawić. Ale najpierw powiedzieć musi, kto go przysłał. Niech to wyzna wobec nas wszystkich.

Dwóch Za Jednym Zamachem zrobił idiotyczną zdezorientowaną minę a w tłumie rozległ się pomruk. Stojący obok szejka mułła szaman al Macka kiwał miarowo głową.

-Przysłał mnie Jeden Umysł- głos wilka wzniósł się potężnie ponad placem, tak że słyszeli go wszyscy, w sumie prawie dwieście osób – aby obwieścić wam dobrą nowinę. Snem było tylko wasze życie nędzne i to snem koszmarnym. Teraz możecie się już obudzić. Wasze zapieszczone oczy już się otwierają a wasze brudne uszy odtykają się aby usłyszeć co Allach mówi do was przez wilka.

Szmer przeszedł przez słuchających. Dwóch Za Jednym Zamachem podniósł się na tylne łapy opierając przednimi o drewniane kraty klatki.

-Bóg nie stworzył tego świata. Bóg nie stworzył koszmaru. Allach nie chce żebyście cierpieli. Jest miłością i nic o tym nie wie, co wy tu wymyślacie za obłęd. Każdy z was otrzymuje teraz wszystkie dary; mądrości, miłości, mocy i usłyszeliście już, że jesteście wolni, wolni od kary, niewinni, zbawieni – wilk przemawiał całkowicie nawiedzony.

Wszystko, jakoś tak, pojaśniało, mimo że ostro świeciło słońce. Ale nie to było najdziwniejsze.

Ludzie na placu zaczęli unosić się do góry. Na początku wyglądało to jakby stawali na palcach aby lepiej widzieć wilka, ale unosili się również ci w pierwszych rzedach. Tylko mułła szaman al Macka się nie unosił. I Lao Czy.

Potem widać już było ewidentnie, że odrywają się od ziemi. Pięć, dziesięć centymetrów. Stopy stopę nad ziemią. Pół metra. Metr. Zasłuchani w Słowo nie bardzo wiedzieli co się dzieje, lecz przecież trudno nie zorientować się, że się lata. Patrzyli w zachwyceniu wznosząc się coraz wyżej i słuchali a Dwóch Za Jednym Zamachem przemawiał coraz bardziej płomiennie. Nogi szejka Falu al Amida były ponad głową Lao Czy. Dobre dwa metry wyżej. Tłum Beduinów unosił się nad osadą. Część z nich wznosiła ręce ku niebu.

Lao Czy wyszarpnął zza pasa rewolwer. Był to taki sam model jaki miał Riczard Czaprał. Przypadek ? Huknął strzał. Mułła szaman zwalił się na piasek. Drugi strzał rozwalił kłódkę klatki.

-Spadamy- rzucił Lao Czy i szybkim krokiem zaczął się oddalać.

Ale tak naprawdę spadać zaczęli Beduini. Spadali na plac, jedni szybciej, drudzy wolniej.

-Nic im się nie stanie- odpowiedział Lao Czy na pytanie wilka, który dopędził go na rogatkach osady – niektórzy najwyżej skręcą nogę w kostce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.